Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Wojny pamięci
2013-12-08
Z Aliaksiejem Lastoŭskim rozmawiają Marek Wojnar i Aleksander Łaniewski

Gdy spojrzymy na Europę Wschodnią pod kątem pamięci, zauważymy, że dzieli się ona na dwie części: w jednych krajach czci się Armię Czerwoną, a w drugich jej ofiary. Gdzie znajduje się Białoruś – bliżej pamięci ofiar Kuropat, czy Chatynia?    

W latach dziewięćdziesiątych mówiło się o białoruskiej anomalii – kiedy niemal cała Europa Wschodnia wybierała drogę ewolucji od komunizmu, przez demokrację, aż do integracji europejskiej, Białoruś wybrała inny kierunek: zbliżenia z Federacją Rosyjską. Przewidywano wówczas, że Białoruś ostatecznie przyłączy się do Rosji. Procesy te wpływały na białoruską pamięć historyczną.

Przykładowo, konflikty pamięci pomiędzy Rosją a państwami bałtyckimi wynikają z prób stworzenia przez Litwę, Łotwę i Estonię dyskursów pamięci przeciwstawnych narracji rosyjskiej – podnoszone są w związku z tym tematy takie jak opór antykomunistyczny, deportacje czy tzw. okupacja republik bałtyckich. Na Białorusi nie moglibyśmy tak postąpić. Na początku lat dziewięćdziesiątych pozostawaliśmy pod znacznie większym wpływem Rosji niż państwa bałtyckie: zarówno w sferze kulturowej, jak i gospodarczej. Przezwyciężenie tego wpływu okazało się niemożliwe – całkowite zerwanie z Rosją doprowadziłoby do katastrofy gospodarczej. Łukaszenka wybrał w związku z tym pragmatyczną taktykę szukania poparcia społecznego poprzez odwoływanie się do „radzieckości”. Umożliwiło mu to również zbliżenie z Rosją.

Gdyby Białoruś chciała rozpocząć budowę własnej polityki pamięci poprzez konfrontację z radziecką przeszłością, to byłoby na czym budować?

Nie brakuje wydarzeń, do których można się odwołać: przyłączenie białoruskich terenów do Imperium Rosyjskiego, rusyfikacja, zdławienie powstań, a zwłaszcza terror komunistyczny.

 Białoruś powiela rosyjskie wzorce polityki historycznej?  

Liczne wystąpienia czołowych białoruskich polityków są kopią wystąpień ich rosyjskich kolegów. W rezultacie między Białorusią i Rosją nie ma istotnych konfliktów pamięci, a wręcz przeciwnie – kiedy pojawiają się konflikty gospodarcze czy polityczne, Łukaszenka może próbować naciskać na Kreml odwołując się do haseł o jedności Białorusinów i Rosjan czy o wspólnym zdobywaniu Berlina w 1945 roku. Mińsk instrumentalizuje politykę historyczną, która z kolei uwarunkowana jest naszą specyficzną sytuacją geopolityczną i gospodarczą.

Skoro polityka historyczna Białorusi jest wyborem Łukaszenki, to czy stara się on narzucić społeczeństwu własną pamięć? A może kreowane przez niego wyobrażenie przeszłości nie jest narzucane, a odpowiada pamięci większości Białorusinów?

Tworzenie polityki pamięci to proces obustronny. Białoruskie władze posiadają własną pamięć, którą starają się rozpowszechniać, ale nie narzucać – muszą bazować na pamięci Białorusinów, inaczej groziłby im społeczny sprzeciw, a naprędce konstruowany piękny wizerunek przeszłości mógłby się rozsypać jak domek z kart. Nie zapominajmy przy tym, że większość Białorusinów na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy tworzyła się obecna polityka historyczna, nie posiadała innych doświadczeń niż radzieckie. Przecież, kiedy po uzyskaniu niepodległości w 1991 roku Białoruski Front Ludowy, wówczas największa siła opozycyjna, zaczął prowadzić antyradziecką oraz antykomunistyczną politykę historyczną, spotkał się ze sprzeciwem znacznej części społeczeństwa.

 I to wykorzystał Łukaszenka…

Łukaszenka postawił na odwoływanie się do pamięci o Związku Radzieckim licząc, że pomoże mu to wygrać wybory prezydenckie w 1994 roku – i pomogło. W następnych latach sam został jednak zakładnikiem myślenia w kategoriach, które były aktualne na początku lat dziewięćdziesiątych – chociaż sytuacja polityczna Białorusi uległa zasadniczej zmianie. Opozycja narodowo-demokratyczna została zmarginalizowana i walka z nią za pomocą polityki historycznej straciła sens. Tymczasem Łukaszenko nadal nazywa często opozycję „piątą kolumną”, utożsamia ich z kolaborantami z czasów wojny. Z kolei państwa zachodnie, które w ten czy inny sposób starają się wpłynąć na sytuację na Białorusi, oskarża o próby wywołania wojny, militaryzm, pozbawienie Białorusi niepodległości – odwołuje się w ten sposób do II wojny światowej.

Z drugiej strony, znaczna część opozycji – która też nie jest wolna od prób falsyfikacji historii – również popełnia błędy. Nieustannie mówi ona o radzieckich zbrodniach, zamykając się dobrowolnie w intelektualno-kulturowym gettcie. Było już tak na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy mówiący stale o terrorze radzieckim Białoruski Front Narodowy nie był w stanie zaproponować dobrego programu gospodarczego. A wówczas właśnie taki program był potrzebny.

Czy nie widzi Pan perspektyw, aby dyskurs historyczny przebił się do świadomości masowej? W Polsce upowszechnia się ostatnio pamięć o podziemiu antykomunistycznym, na Ukrainie za czasów Wiktora Juszczenki więcej zaczęło się mówić o Hołodomorze.

Póki co wpływ martyrologicznego dyskursu pamięci propagowanego przez opozycję narodowo-demokratyczną na świadomość społeczną jest znikomy. Dzisiaj jednak bardziej aktualny jest nie powrót do retoryki antykomunistycznej, ale próba rozliczenia się z radziecką przeszłością. Nie był to wyłącznie czas represji, ale również procesów narodowotwórczych – w taki czy inny sposób, ale naród białoruski w znacznym stopniu ukształtował się właśnie w okresie radzieckim. Stąd biorą się zarówno nasze sukcesy, jak i porażki. Ani więc gloryfikacja Związku Radzieckiego, ani dyskurs antykomunistyczny nie są dobrą drogą do zrozumienia przeszłości. Istotna w tym kontekście jest autonomia historyków.

 W jakich więc warunkach pracują białoruscy historycy?

W pewnych dziedzinach istnieją ograniczenia. Nie można jednak powiedzieć, że naukowcy zatrudnieni na uczelniach państwowych zajmują się historią w sposób nierzetelny, a obiektywnie opisują ją jedynie historycy z uczelni wyrzuceni.

Na Ukrainie postaciami wokół których zjednoczyć może się najwięcej osób są Taras Szewczenki, Iwan Franko czy Łesia Ukrainka. Czy na Białorusi postaci kultury również spełniają taką rolę?

Tak, na Białorusi jest podobnie – kultura budzi mniejsze kontrowersje niż polityka. Działacze oświatowi jak Franciszek Skaryna i księżna Eufrozyna Połocka budzą jednoznacznie pozytywne reakcje. Estymą cieszy się również duża część białoruskiej inteligencji XX wieku: Janka Kupała, Jakub Kołas czy Uładzimir Karatkiewicz. W mniejszym stopniu symbolem pojednania może stać się Wasil Bykau, który uczestniczył w walce politycznej na początku lat dziewięćdziesiątych. Wraz z upływem czasu, jego działalność polityczna zostanie jednak zapewne zapomniana, a genialne utwory literackie pozostaną. Może więc i on dołączy do białoruskiego panteonu.

Większość społeczeństwa pozytywnie odnosi się również do dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Na Białorusi już dawno odeszliśmy od radzieckiej koncepcji, według której WKL było państwem utworzonym przez litewskich feudałów w wyniku podboju i wyzysku. Dla opozycji narodowo-demokratycznej tradycja Księstwa jest jednym z fundamentów historii narodowej, ale również władze nie odnoszą się do tej spuścizny negatywnie. W ostatnim czasie jest wręcz odwrotnie – rządzący coraz częściej odwołują się do epoki WKL, wprowadza się ją do medialnego dyskursu, odnawia się zamki. Księstwo budzi napięcia, ale w relacjach z Litwą – konflikty dotyczą tego, w jaki sposób podzielić to dziedzictwo.

Kto odpowiada za białorusko-litewski konflikt pamięci?

Jeśli chodzi o politykę historyczną, Białoruś jest bardzo pokojowym krajem – jesteśmy uwikłani w mniej konfliktów na tym tle, niż którykolwiek z naszych sąsiadów. Na Białorusi już od dawna panuje konsensus co do tego, że WKL było państwem białorusko-litewskim. Dzisiejsze konflikty o spuściznę po WKL eskalowane są przede wszystkim przez stronę litewską – nie znam żadnego zawodowego historyka, który dowodziłby, że WKL było wyłącznie państwem białoruskim, natomiast na Litwie głosy o wyłącznym prawie Litwinów do dziedzictwa Księstwa są dość powszechne. Aktualnie w litewskich mediach coraz częściej można spotkać się z histerią wyrażaną w pytaniu: „co zrobimy, jeżeli Łukaszenka zacznie pretendować do spuścizny po WKL?”

Twierdzi Pan, że Białoruś jest krajem nastawionym pokojowo jeśli chodzi o politykę historyczną. Między Mińskiem, a Warszawą dochodzi jednak do sporów o pamięć.

Niemal przez całą swoją historię białoruski ruch narodowy walczył z Polską. Tak było zarówno pod koniec XIX wieku, w dwudziestoleciu międzywojennym, jak i w czasach radzieckich – zmieniło się to dopiero po uzyskaniu przez Białoruś niepodległości. Sprzyjała temu mądra i przemyślana polityka polskich władz, które zaczęły aktywnie działać na Wschodzie: nawiązywały dialog zapraszając białoruskich historyków, organizując konferencje czy fundując stypendia. Nasi historycy mogli zapoznać się z badaniami polskich kolegów, czego rezultatem była zmiana stosunku wobec dziedzictwa Rzeczypospolitej.

Nie oznacza to, że w stosunkach polsko-białoruskich w sferze pamięci nie ma miejsc mogących wywoływać konflikty – na pewno dotyczy to dziedzictwa II Rzeczypospolitej. Na przykład Traktat Ryski oznaczał dla Białorusinów podział państwa na dwie części. Niestety, w Polsce nie istnieje świadomość tego, co oznaczał pokojowy traktat w Rydze dla Białorusi. Innym konfliktogennym tematem jest działalność Armii Krajowej na Białorusi oraz na Białostocczyźnie, gdzie podczas operacji „Burza” miały miejsce akcje karne wymierzone w ludność białoruską i prawosławną. Problem jest zauważalny, gdyż w Polsce w odróżnieniu od Białorusi w żołnierzach AK widzi się bohaterów. Nie uważam jednak, że te kwestie wywołają konflikty pamięci na taką skalę jak spory polsko-ukraińskie – ich skala była o wiele mniejsza.

 Z którym z sąsiadów możliwość wybuchu konfliktu pamięci jest najmniejsza?

Z Ukrainą – mimo marginalnych ukraińskich głosów o Polesiu w składzie Wielkiej Ukrainy.

 A czy w najbliższych latach wybuchną wojny pamięci z innymi krajami?

Na Białorusi tożsamość narodowa budowana jest raczej na poczuciu przynależności do państwa, a pamięć historyczna ma dość ograniczone znaczenie. Białoruś utrzyma przyjazne relacje z sąsiadami.

 

Aliaksiej Lastoŭski jest doktorem socjologii i badaczem białoruskiej pamięci. W latach 2005-2011 pracownik Instytutu Socjologii Narodowej Akademii Nauk Białorusi, obecnie zastępca redaktora naczelnego czasopisma „Belarussian Political Science Reviev” oraz pracownik Instytutu Badań Politycznych „Polityczna sfera”.


Powrót
Najnowsze

Zachód: nie takie nam sankcje straszne

21.07.2017
Grzegorz Kaliszuk
Czytaj dalej

Litewsko-polski węzeł gordyjski

19.07.2017
Adam Balcer

 

Adam Balcer odpowiada na tekst Dominika Wilczewskiego na temat relacji polsko-litewskich.

Polsko-litewskie relacje od lat znajdują się w impasie. Jednak, trudno pogodzić się z tezą, że dojście do władzy PiS oraz wzrost w Polsce bezkrytycznego stosunku do Kresów nie miało na nie większego wpływu.

Czytaj dalej

„Russiagate”: sukces czy porażka Moskwy?

17.07.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Milczenie i czyny prezydenta

14.07.2017
Ewa Polak
Czytaj dalej

Mój własny Wschód

11.07.2017
Paulina Niechciał - tekst i zdjęcie
Czytaj dalej

"Gazeta Wyborcza" o "Nowej Europie Wschodniej"

10.07.2017
Wojciech Maziarski
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu