Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK

Najnowsze:

Niepodległa na papierze, ale niepodległa

Publicystyka, Najnowsze
Andrzej Brzeziecki

Przez te wszystkie lata Łukaszenka osiągnął tyle, ile pozwoliła mu Moskwa. Bądźmy też szczerzy – nie jest on prezydentem narodu, który rwie się do Europy i pełnej suwerenności.

V Kongres Inicjatyw Europy Wschodniej

Polecamy, Najnowsze
NEW

NEW, patron medialny, zaprasza na V Kongres Inicjatyw Europy Wschodniej: 29 września-1 października, Lublin.

Państwo w budowie

Publicystyka, Najnowsze
Piotr Pogorzelski

Ukrainie przez dwadzieścia pięć lat niepodległości udało się wiele osiągnąć, kolejne ćwierć wieku może być dla niej udane. Trzeba pamiętać, że cały czas patrzymy na proces, a nie ukończone dzieło.

Jubileusz śpiącej królewny

Publicystyka, Najnowsze
Jewhen Magda

Niepodległa Ukraina ma już dwadzieścia pięć lat. Tak długo nie była niepodległa od stuleci. Nasz kraj wciąż szuka swojego miejsca w Europie i przypomina śpiącą królewnę.

Bieżacy numer:

Endek na Wschodzie


Adam Balcer

W Polsce drugą młodość przeżywa obecnie myśl endecka i jej radykalniejsze odmiany. Apologetyczny stosunek dużej części Polaków do tej tradycji może bardzo poważnie utrudnić prowadzenie polskiej polityki wobec wschodnich sąsiadów.

Smok patrzy na niedźwiedzia


Michał Lubina

Chińczycy nie ufają Moskwie i traktują ją jako skład surowców. Jednocześnie rozumieją jej działania i chcą utrzymywać z nią dobre relacje. Chińskie spojrzeniena Rosję jest pozbawione tylko jednego: złudzeń.

Putin wali głową w mur (chiński)

11.06.2014 09:00 Publicystyka, Najnowsze
Jakub Korejba

Według logiki Putina 30-letni kontrakt z Chinami oznacza prezent dla Pekinu w wysokości 100 miliardów dolarów. Co jeszcze zrobi Putin, żeby pokazać Zachodowi, że ma przyjaciół?

Putin pojechał do Pekinu tak, jak niegdyś moskiewscy książęta jeździli do chana Złotej Ordy: po jarłyk, czyli zgodę suwerena na grabienie miejscowych poddanych i ochronę przed konkurencją do władzy.

Szybkość zawarcia kontraktu budzi zdziwienie ekonomistów, którzy przypominają, że Rosja straciła na ostre negocjacje przynajmniej 10 lat (podczas których można było zawrzeć umowę z Chinami po rekordowo wysokich cenach). Czekając tyle lat, zawarła go w końcu w momencie, w którym należało pokazać światu, że pomimo przegrania Ukrainy i faktu międzynarodowej izolacji, posiada ona jeszcze potężnych i wiernych sojuszników.



Rozpiłowanie Rosji

Wobec nagłego przypływu rosyjsko-chińskiej miłości warto przyjrzeć się cyfrom – tym bardziej tam, gdzie ich interpretacja stanowi popis dialektycznej gimnastyki rosyjskich przywódców.

W kwietniu 2014 roku Władimir Putin napisał do szeregu europejskich przywódców list, w którym stwierdził, że „przez ostatnie cztery lata, poprzez obniżenie cen na gaz, Rosja subsydiowała ukraińską gospodarkę na łączną kwotę 35,4 miliardów dolarów (przy czym cena wynosiła 410-430 dolarów za 1000m3).

W maju tego samego roku, ten sam Putin podpisał z Chinami 30-letni kontrakt o wartości 400 miliardów dolarów. Pomimo, że cena jednostki gazu jest „tajemnicą handlową”, łatwo można policzyć, iż wynosi około 350 dolarów za 1000 m3. Objętość dostaw jest podobna i wyniesie 35-40 miliardów metrów rocznie. Wychodzi więc na to, że jeżeli liczyć metodą putinowską, to Rosja zobowiązała się subwencjonować chińską gospodarkę na sumę 100 miliardów dolarów.

Jednym pociągnięciem pióra Putin postanowił nie tylko wziąć na siebie koszt badań i eksploatacji złóż oraz budowy gazociągu „Siła Syberii” (zgodnie z danymi Gazpromu – około 60 miliardów dolarów), ale także pańskim gestem zwolnił eksport gazu chińską rurą zarówno z podatku, jak i z cła wywozowego – najważniejszego źródła dochodów rosyjskiego budżetu. Już kilka tygodni po podpisaniu „kontraktu dziesięciolecia” Putin przyznał Gazpromowi w ramach „kapitalizacji” 25 miliardów dolarów ze zgromadzonych w złocie rezerw budżetowych przyznając tym samym, że spółka kontrolująca największe zasoby gazu na świecie nie jest w stanie nawet zarobić na własne potrzeby inwestycyjne.

Nawiasem mówiąc, są jednak w Rosji ludzie, którzy niezależnie od wyżej wymienionych strat dla państwa i tak na tym kontrakcie zarobią. Podwykonawcy Gazpromu „Strojgazkonsalting”, „Strojgazmontaż” to spółki kontrolowane przez przyjaciół Putina, których celem nie jest pomnażanie narodowego bogactwa czy realizacja geopolitycznych imperatywów, ale – jak mówi się w Rosji – „rozpiłowanie” budżetu. Dla nich chiński kontrakt otwiera w tej dziedzinie możliwości przy których olimpiada w Soczi, Szczyt APEC we Władywostoku, czy nawet przyłączenie Krymu wydają się groszowymi sprawami.



Wiano z rurą

Powstaje więc pytanie: po co „sprzedawać” Chińczykom gaz, skoro nie tylko nie przyniesie to zysku rosyjskiemu podatnikowi (który formalnie jest jego właścicielem), ale jeszcze trzeba do transakcji dopłacać? W końcu ten sam gaz można by z zyskiem sprzedać komuś innemu – choćby Ukrainie.

Z punktu widzenia racjonalności ekonomicznej umowa jest bez sensu, ma jednak fundamentalne znaczenie geopolityczne. Przesłanie Putina jest proste i opiera się na staroświeckim (żeby nie powiedzieć: prymitywnym) pojmowaniu logiki stosunków międzynarodowych. Według niego jeśli Zachód nakłada na Rosję sankcje i broni Ukrainy, to należy odwrócić się od niego i robić interesy ze Wschodem. Energetycznyzwrot na Wschód” ma również sugerować Europie groźbę skierowania gazu do odbiorców azjatyckich – to zaś ma skłonić uzależnione rosyjskiego surowca państwa do większej pobłażliwości wobec rosyjskiego ekspansjonizmu.

Również jednak w tej kwestii działania Rosji grubymi nićmi szypokazuchą: systemy europejski (istniejący) i azjatycki (planowany) nie są połączone i nie ma fizycznej możliwości przekierowania surowca z jednego kierunku na drugi. Ewentualne połączenie wymaga położenia tysięcy kilometrów dodatkowych rur, co generować będzie kolejne dziesiątki miliardów dolarów kosztów. Tym samym, z punktu widzenia stosunków rosyjsko-europejskich, chiński kontrakt w żaden sposób nie zmienia sytuacji na rynku. Zarówno gaz, jak i rura są prezentem, który Rosja wnosi jako wiano dla przypieczętowania rodzącego się strategicznego partnerstwa z Niebiańskim Królestwem.



Drugi Wiedeń w trzecim Rzymie

Podpisanie więc chińskiego kontraktu jestkrokiem czysto politycznym, mającym zapewnić Rosji kluczowego sojusznika w walce o odbudowę strefy wpływów, którą Putin uczynił priorytetem swojej trzeciej kadencji. Na naszych oczach powstaje złożony z Rosji i Chin blok nowych Państw Centralnych, tym razem na skalę nie Europy, ale całej Eurazji. Zgodnie z intencją Moskwy, Rosja i Chiny, jak niegdyś Austro-Węgry i Rzesza Niemiecka mają pomóc sobie wzajemnie w zabezpieczeniu tyłów w walce z napierającymi na nich mocarstwami morskimi.

Skutki rosyjskiego manewru będą rzeczywiście doniosłe, jednak w sensie zupełnie innym, niż zaplanowali to kremlowscy stratedzy: oddalenie się Rosji od Europy spowoduje bowiem pogłębienie izolacji Kremla i konieczność zdania się na łaskę bądź niełaskę lokatorów Zakazanego Miasta. W sojusz z Chinami Rosja wejść może bowiem tylko jako młodszy partner. Oznacza to, że symboliczne poparcie Pekinu w paru pryncypialnych dla Moskwy kwestiach, sprawi iż ta ostatnia stanie się zakładnikiem: Putin będzie musiał akceptować wszystkie polityczne kroki swojego patrona, nawet jeżeli będą ona dla Rosji niekorzystne. A biorąc pod uwagę, jak bardzo nielubiane są Chiny w Azji Wschodniej, oznacza to żyrowanie polityki, której cenę Rosja spłacać będzie w swoich stosunkach z Koreą, Japonią czy USA.

Jest jednak jeszcze jeden aspekt, który w bardzo niekorzystny dla Kremla sposób upodabnia dzisiejszą sytuację do europejskiego rozkładu sił sprzed stulecia. Rosja jest państwem sztucznym, powstałym w wyniku szeregu geopolitycznych zbiegów okoliczności, gigantyczną resztówką od światowej konkurencji mocarstw. Stanowi dziś swojego rodzaju globalne Austro-Węgry – kraj którego istnienie umotywowane jest przede wszystkim strachem partnerów związanym z nagłym usamodzielnieniem się terytoriów i narodów podlegających władzy autorytarnego reżimu. Tak, jak sto lat temu, stary Kajzer był z punktu widzenia mocarstw gwarancją stabilności w Europie Środkowej, tak dziś Putin jest instrumentem stabilizacji ogromnego kawałka Eurazji, na organizację którego dzisiejsze mocarstwa nie mają ani pomysłu ani środków.



Gazowa orda

Świat idzie jednak do przodu i marnotrawstwo zasobów w skali, w jakiej ma ono miejsce w Rosji staje się coraz bardziej nie do przyjęcia dla jej konkurentów. Koszt utrzymywania przez wspólnotę międzynarodową rosyjskiej państwowości w obecnym kształcie wzrasta więc z każdą kolejną nieracjonalną decyzją podjętą przez owładniętego geopolityczną gorączką Putina. W którymś momencie może okazać się, że przewyższy on koszty nowej organizacji przestrzeni zajmowanej obecnie przez państwo rosyjskie. Postępowanie Chin jest najlepszym dowodem na to, że przynajmniej to światowe mocarstwo rozpoczęło już proces włączania syberyjskich zasobów w orbitę własnej strefy wpływów.

Oś Moskwa-Pekin ma być dla Putina podwójnym zabezpieczeniem tyłów: gwarancją zachowania władzy we własnym kraju oraz polisą na wypadek zaostrzenia stosunków z Zachodem. Tymczasem zamiast tego, po cichu przeradza się ona w typowo kolonialny układ, w którym za kilka koralików Rosja staje się bazą surowcową i rynkiem zbytu potężnego sąsiada.

Polityczne skutki podpisania chińskiego kontraktu są dla Rosji jasne: powoli, ale konsekwentnie, przeradza się ona wewnętrznie w zakładnika ambicji jednego człowieka i jego dworu, a na zewnątrz w surowcowy dodatek do Azji, która w przeciwieństwie do Zachodu nie stawia kłopotliwych warunków w dziedzinie stosunku między serwowanym obywatelom kijem i marchewką. Tajemnicą pozostaje jednak ostateczna cena chińskiego poparcia. Prezydent Rosji, jak hazardzista, zastawia w chińskim lombardzie kolejne rodowe srebra, aby tylko starczyło mu żetonów do gry o coraz wyższe stawki z Zachodem.



Jakub Korejba

W TW FB VK

Komentarze