Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Wojna i pół pokoju

Krajobraz upstrzony dobudówkami nie przypomina niczego, co pojmowalne dla zachodnioeuropejskich nawyków architektonicznych. Kojarzy się z wielkim pulpitem wypełnionym wyskakującymi okienkami albo trójwymiarowym zapisem złudzenia optycznego.

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”.

 

Architekci, dziennikarze i naukowcy dokładają starań, żeby znaleźć dla tego kuriozum odpowiednią nazwę. Rosyjska pristrojka i gruzińska moszeneba zawieszają poradzieckie przybudówki w językowej próżni, a przecież już na pierwszy rzut oka widać, że nie chodzi tylko o to, że budowniczy zaopatrzył się w materiały i dobudował do istniejącego już budynku nową bryłę. Jeśli już koniecznie należy skondensować historię przybudówek w jednym zdaniu, brzmiałoby to raczej: ktoś zdobył coś i to wykorzystał.

Na ubiegłorocznym weneckim Biennale Sztuki o przybudówkach, bohaterkach gruzińskiego pawilonu, mówiono per „kamikadze loggia”, bo nie dość, że grożą zawaleniem, to jeszcze są gruzińskie, tak jak gruzińskie są nazwiska kończące się na -dze, a dze znaczy syn – cóż jest ważniejszego od syna w gruzińskim domu. Inne próby to: parasite (gra słów „pasożyt” i „paramiejsce”), anarchitektura, architektura spontaniczna.

Poradzieckie przybudówki kolą w zachodnie oczy, łamiąc tabu bryły. Ingerują w przestrzeń w jej wnętrzu i zawłaszczają to, co na zewnątrz. Występują pojedynczo i w pionach. Za budulec służą: kawałki plastiku, cegieł, blachy, drewna, dykty czy sklejki, przeważnie niewymiarowe i z odzysku. Zdarzają się także regionalizmy: w Kutaisi, gdzie kiedyś działała fabryka samochodów, w elewacje przybudówek wtyka się drzwi od autobusu w funkcji okna. Szpary w konstrukcjach zapycha się starymi kołdrami, kolorowymi szmatami i wełną. Nie ma tu za grosz szacunku dla skończonych form, za to jest sporo brawury.

 

Gdyby tak wybudować

Marina, sześćdziesięcioletnia mieszkanka jednego z tbiliskich mikrorejonów, żyje z mężem i rodziną syna w – jak twierdzi – półtora pokoju z kuchnią.ajczęściej dodatkowy pokój. Prawie zawszoszklona – pełni funkcję to spiżarni, to składu rzeczy niepotrzebnych. 

– Klatka schodowa zawsze była krzywa, zsyp zapchany, nawet winda przestała działać. Może i Gruzja była miodem Związku Radzieckiego – Marina żachnęła się na moje zdziwienie. – Ale wciąż była tylko republiką. Może gdzieś były jakieś standardy. Może w Moskwie. 

W istocie winda tkwi na parterze, choć nadal przyjmuje opłaty. Jeśli w przypadku wind działają znane mi prawa fizyki, to w zardzewiałej puszce nadal rozbrzmiewa brzęk mojej pięciotetrówki.

Marina urodziła się w Kachetii, wschodnim regionie Gruzji, do stolicy przeprowadziła się jako młoda dziewczyna. Po założeniu rodziny dostała jednopokojowe mieszkanie. O ile w latach sześćdziesiątych XX wieku konstruktorzy pamiętali jeszcze o hucznie ogłaszanej funkcjonalności mikrorejonów, o tyle dziesięć lat później, kiedy migracja do miast gwałtownie wzrosła, a gospodarka popadła w stagnację, plany zabudowy przedmieść trafiły do szuflad. Bloki okrążały miasto w rekordowym tempie, na przemyślaną przestrzeń publiczną czy rozwinięcie sektora usług nie było czasu ani pieniędzy.

– Wcale nie było tak, że każdy marzył o wyprowadzce do miasta. Tbilisi jest najpiękniejszym miastem na świecie, ale jak pomieścić kilkunastoosobową rodzinę w małym mieszkaniu? – pyta Marina.

Ona chyba też o tym nie marzyła, bo z suszarki na pranie zamontowanej za oknem przybudówki zwisa winorośl. Wiszący ogród. Odwracam wzrok, żeby uniknąć opowieści o kacheckim winie, ile go tam jest i dlaczego jest najlepsze w Gruzji. Pytam, jak powstała przybudówka vel pół pokoju. Historia jest prosta i reprezentatywna. Był bodajże sierpniowy wieczór, Związek Radziecki chylił się ku upadkowi, do drzwi Mariny zadzwonił sąsiad z dołu. Oznajmił, że ma zamiar zbudować sobie dodatkowy pokój, którego dach utworzy przed oknem Mariny. Powstałoby coś w rodzaju tarasu i może niegłupim pomysłem byłoby, żeby także Marina zadzwoniła do sąsiada z góry i namówiła go na to samo. W efekcie powstałby cały pion przybudówek skonstruowanych wspólnymi siłami. Przeprowadzono składkę, zaczęto gromadzić materiały, podywagowano na temat przyszłego zastosowania, a nawet rozbudowy. Związek Radziecki zdążył się rozpaść. Chwilę później wybuchła wojna domowa i znów w drzwiach Mariny zjawił się sąsiad z dołu, tym razem pukając, bo dzwonek już nie działał, i oznajmił, że z planów nic nie wyjdzie, bo sąsiedzka składka straciła jakąkolwiek wartość.

 – No, w każdym razie on sobie pokój wybudował – zauważa Marina z lekkim przekąsem.

Ale nic to, bo przed oknem Mariny, przytomnie wymienionym na drzwi, pojawiło się kilkanaście metrów kwadratowych. Pod blokiem natomiast powstała niezliczona ilość metrów kwadratowych dzikich garaży.

– Sprzedawano i trzymano w nich wszystko, tylko nie samochody – opowiada Marina. – Dzikie garaże zajęły całą przestrzeń między blokami, w tym boisko dla dzieci. Co więc zrobiło boisko? Ono się po prostu przeniosło dwa piętra wyżej.

A więc latem na taras wdrapywały się dzieci z okolicznych klatek, a zimą trzymano tam przetwory, bo na spiżarnię w bloku nie było miejsca. Minęło parę lat, sytuacja polityczna uległa stabilizacji, dzieci dorosły, a syn się ożenił. Nowi członkowie rodziny wymagali nowych metrów kwadratowych.

– Nic prostszego – mówi Marina. – Wystarczyły trzy ściany i sufit.

 

Przybudówki i ich bracia

Poradzieckie przybudówki to nie tylko pół pokoju – to bezcenna przestrzeń użytkowa każdego rodzaju. Składzik, pakamera, przechowalnia sprzętu sportowego, lodówka, kotłownia, letni taras, jadalnia, pralnia, pracownia. Podstawową zasadą użytkowania przybudówki jest skrajny pragmatyzm. Widziałam jedną loggię, która co roku na zimę staje się centralnym punktem domu; na środku stawia się stół, zbierają się domownicy. Powód jest prozaiczny: to najlepiej ogrzane pomieszczenie. Pristrojka mieszkańców innego półtora pokoju była z kolei najzimniejszym miejscem w mieszkaniu, dlatego zdecydowali się przechowywać w niej ciało zmarłego dziadka. Niemieckie studentki etnografii, które zabrały mnie na pogrzeb, stąpały ostrożnie wokół prowizorycznego katafalku zgodnie z gruzińskim zwyczajem i niezgodnie z własnym instynktem samozachowawczym.

Przybudówki i ich skromniejsi bracia – zabudowane balkony, ciągną się przez obszar całego byłego Związku Radzieckiego, zdarzają się również w Europie Środkowej. Stagnacja na rynku mieszkaniowym dopadła wszystkich. Tak jak bunt przeciwko jednolitej przestrzeni blokowisk i branie spraw w swoje ręce. Wreszcie, przywłaszczanie ruin systemu, skoro już nie da się ich posprzątać. Gorsza Europa skupiła się z lepszym lub gorszym skutkiem na wynajdywaniu swoich tradycji albo podpinaniu się pod cudze. Najtrudniej było w Azji Środkowej. Kazaskie klatki chruszczowek obrosły portykami w stylu barokowym i empire, między blokami pojawiły się japońskie ogrody. O gruzińskich przybudówkach mówi się jak o właściwości narodowej, czego dowodem jest chociażby pawilon w Wenecji. Na czym polega ich wyjątkowość?

– One są po prostu ekstremalne – odpowiada po chwili milczenia znajomy antropolog zajmujący się transformacją Tbilisi – i są wszędzie.

Spacerujemy po Vake, tbiliskiej perle socrealizmu mieszkaniowego, dziś prestiżowej dzielnicy nowobogackich. Przed nami wyrasta, niegdyś niewielki, dwupiętrowy blok. Po bokach obrósł dwoma pękatymi garażami, na dachu wystrzeliły dwa dodatkowe piętra, a na ich szczycie wyrosła winnica z letnią jadalnią. Jednolite okna pozwalają mniemać, że to wszystko dzieło jednego właściciela. W innym miejscu spotkałam pion przybudówek, do których doklejono dodatkowo małe balkoniki. To prawda, one są wszędzie. Przybudówki powstawały na starych kamienicach, blokach typu chruszczowka, Moskwa, Czechy i enigmatyczny City Project, na hotelach oraz budynkach użyteczności publicznej przekształconych w ośrodki dla uchodźców. Najwięcej przybudówek powstało bowiem podczas wojny domowej i kilka lat po jej zakończeniu, zanim państwo odzyskało kontrolę nad przestrzenią miejską.

Gruziński Gosstroy przestał istnieć, niemal wszystkie mieszkania zostały sprywatyzowane, czyli w praktyce oddane mieszkańcom za darmo. System okazał słabość jeszcze za Gorbaczowa: do minimum ograniczono budowanie nowych osiedli, zezwolono za to na przybudówki. Za Szewardnadzego obowiązywało to samo prawo, z tą różnicą, że pozwolenie kosztowało dużą łapówkę, na którą nikomu nie opłacało się zbierać, bo państwo i tak nie dysponowało instrumentami ścigania samowolki budowlanej. A  inżynierowie wyznaczeni do inspekcji budowlanej usiedli za kierownicami taksówek.

– W czasie wojny odrodził się Jedwabny Szlak – ironizuje Marina. – Plastikowe bojlery, agregaty na olej, przenośne grzejniki. Wszystko podłej jakości. Na wszelki wypadek wszyscy trzymaliśmy to w przybudówkach i na balkonach, czyli jednak był w tym jakiś szacunek do właściwego budynku – śmieje się. – Z wojny nie pamiętam żadnych strzałów, tylko warkot motorów i zapach oleju.

 

Pączkowanie gruzińskiej rodziny

Państwo zainteresowało się losem przybudówek dopiero po kilku głośnych katastrofach w 2005 roku. Runęły całe piony „pasożytów”, ale nikomu nic się nie stało, bo mieszkańcy zajęci byli napędzaniem kapitalistycznej gospodarki: gruzińska mała przedsiębiorczość kwitnie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie wiadomo do końca, jak było naprawdę, bo przekazy medialne opierały się na plotkach, a rząd milczał. Budowy nowych konstrukcji zakazano, ale z tymi już istniejącymi nic nie można było zrobić. Były prywatyzowane razem z mieszkaniami, co było miastom na rękę, bo dodatkowe metry kwadratowe wliczały się w raportach w poczet rzekomo zwiększającej się przestrzeni mieszkaniowej. Ta z kolei, owszem, zwiększała się w tamtych czasach i nadal się poszerza, ale wyłącznie na zasadach rynkowych. Dopiero w przyszłym roku w Tbilisi powstanie pierwsze osiedle tanich, dotowanych mieszkań. Kilka bloków po dwadzieścia rodzin.

Niektóre przybudówki wyglądają naprawdę przerażająco. W dzielnicy Saburtalo jest taka loggia: rachityczne rządki cegieł oparte na dwóch belkach, odstające od konstrukcji budynku na dobre kilka metrów, na ósmym piętrze. Sąsiedzi z niższych pięter nie byli najwyraźniej zainteresowani poszerzaniem swojego Lebensraum.

– Niebezpieczne? – dziwi się Marina. – Czy my cały czas mówimy o bloku, który stoi na zboczu wzgórza, w mieście, w którym zdarzają się trzęsienia ziemi?

Zanim w mieszkaniu Mariny powstało dodatkowe pół pokoju, na tarasie nie było barierki. Nikomu nic się nie stało. To już mijający „termin ważności” chruszczowek pociągnął za sobą więcej ofiar.

Mimo to posiadanie przybudówki – konstrukcji cokolwiek śmiałej estetycznie – wzbudza w mieszkańcach gruzińskich miast zawstydzenie. Na konferencji ICOMOS, poświęconej między innymi, o ironio, dziedzictwu radzieckiego modernizmu, zaczepiłam dwójkę młodych Gruzinów.

– Jasne, wszyscy w Gruzji mamy takie balkony – wypaliła dziewczyna, a stojący obok chłopak zganił ją wzrokiem. Przedstawił się jako przewodniczący samorządu Państwowego Uniwersytetu w Tbilisi.

– To zjawisko jest coraz rzadsze. W Tbilisi następuje masowa renowacja komunistycznych bloków – wyjaśnił tyle łagodnie, ile wierutnie niezgodnie z prawdą.

To zresztą przypomina oficjalne stanowisko poprzedniego rządu, częściowo kontynuowane przez ekipę Bidziny Iwaniszwilego. Ciężko ukryć wspinające się po zboczach Tbilisi rozległe blokowiska, uparcie oprowadzając cudzoziemców po dwóch bezmyślnie i powierzchownie wyremontowanych kwartałach Starego Miasta, co nie znaczy, że nie można próbować. Miejscowi architekci i antropologowie nazywają to zjawisko fasadyzmem lub sighnaghizacją, od nazwy małej miejscowości nieopodal Tbilisi, która pierwsza padła ofiarą strategii rozwoju turystyki.

– Przybudówki przypominają pączkowanie gruzińskiej rodziny – mówi Marina.

– Kiedy wznosisz toast za nowożeńców, życzysz im pomnożenia i rozszerzenia. Gamravleba da gapartoveba. Ich mieszkanie, ich dom stara się za tym pączkowaniem nadążyć.

 

Pieczarka i nagi ślimak

Gruzińscy architekci, choć podkreślają pragmatyczny wymiar przybudówek, również szukają dla nich miejsca w historii, która, jak architektura, lubi się powtarzać.

– Czysto symbolicznie moglibyśmy porównać pristrojki do średniowiecznego budownictwa na zboczach Kaukazu, gdzie kolejne warstwy zabudowań dodawano do już istniejących na zasadzie palimpsestu – mówi Lewan Asabaszwili, aktywista miejski, założyciel Urban Reactor, jednej z najważniejszych organizacji pozarządowych biorących udział w debacie nad dziedzictwem architektonicznym Gruzji. – Bliższe prawdzie byłoby jednak osadzenie przybudówek w kontekście tradycyjnej architektury Tbilisi, która nie istnieje w jednolitym wymiarze.

Heterogeniczność tbiliskiej zabudowy to główny powód, dla którego Lewan walczy z rządowymi postulatami „przywrócenia Tbilisi prawdziwej twarzy”.

– Prawdziwa twarz Tbilisi nie istnieje – grzmi Lewan.

Rzeczywiście, ciężko znaleźć architektoniczną istotę miasta, którego początki datuje się na epokę miedzi, które przeszło przez władzę kilku imperiów, które od końca XVIII wieku doświadczało nieustannych katastrof: najpierw zostało zrównane z ziemią przez wojska irańskie, potem nadeszło kilka trzęsień ziemi i pożarów, a ostatnimi czasy dobrał się do niego Michaił „Budowniczy” Saakaszwili, przyozdabiając Stare Miasto budynkami w kształcie pieczarek i mostami w kształcie nagiego ślimaka. Nowe budynki powstają na nieuprzątniętych gruzach starych, centrum Tbilisi pełne jest eklektycznych konstrukcji z różnych wieków. W tym sensie przybudówki są wisienką na torcie naturalnej dla gruzińskiej stolicy spontaniczności i przygodności architektonicznej. Podobnego zdania jest Gio Sumbadze, artysta, współautor gruzińskiego pawilonu w Wenecji.

– Gruzińskie loggie są zjawiskiem niemal wyłącznie pozytywnym. Kreatywność ludzi pozwala dostosować system do prawdziwych potrzeb. Architekci, zamiast ulegać dyktaturze deweloperów, powinni przyglądać się loggiom – opowiada Gio.

W swojej przybudówce Gio urządził pracownię artystyczną, realizując tym samym marzenie dziadka, który bezskutecznie próbował założyć studio architektoniczne na dachu tego samego budynku. Właściwa ściana bryły pokryta jest szkicami, inne, same w sobie stanowiące interwencję, pomalowane są na biało.

– Chodzi o radykalnie indywidualną adaptację przestrzeni o z góry określonym ograniczonym przeznaczeniu – mówi Gio. – To też gra z własną pamięcią przestrzenną. Wychowałem się w tym domu, kiedy nie było w nim loggii. Kiedy próbuję ułożyć wspomnienia w jakiś ciąg, napotykam na coś w rodzaju błędu pamięci. Architektura poradziecka ma w sobie coś z rośliny. Odrzuca idealne formy zewnętrzne i rozwija się w zgodzie ze sobą.

* * *

Idziemy ulicą, ja i młody lewicowy aktywista Soso, który zachowuje się, jakby mieszkał w innym kraju, wysuniętym o jakieś trzy tysiące kilometrów na zachód, w kraju, w którym nie brakuje Lebensraum.

– Trzymanie się z Identobą [organizacja walcząca o prawa osób LGBT – przyp. aut.] jest hipsterskie – mówi Soso. Jednocześnie stąpa po ziemi, na której nie dalej jak rok temu nieomal doszło do linczu nielicznych uczestników parady równości. Mniejszość kuliła się w marszrutce, większość wściekle na marszrutkę maszerowała, zgodnie z zaleceniami popów i w ich świątobliwej obecności.

Rozmawiamy o działalności trzeciego sektora w Gruzji i o transformacji relacji społecznych w mikrorejonach. Soso wścieka się na kapitalizm, który pod rękę z nacjonalizmem niszczy solidarność społeczną, zastępując ją obojętnością i ksenofobią.

– W mniejszych miejscowościach ludzie protestują przeciwko skandalicznym warunkom pracy, na strajk wybiera się całe miasto. A w Tbilisi – pokrzykuje rozwścieczony Soso, pewnie nie bez racji – neoliberalizm rozpuścił ludziom mózgi.

Soso, który też ma półtora pokoju, nie znosi interpretowania zjawiska przybudówek w kontekście innym niż społeczny.

– To przerost formy nad treścią – oburza się Soso, znowu nie bez racji.

Chcę go zdenerwować jeszcze bardziej, więc podsuwam mu reakcyjną wizję Mariny. Przybudówka jako habitat rozrastającej się o nowe dzieciątka, szwagierki i zięciów tradycyjnej gruzińskiej rodziny. Gamravleba da gapartoveba.

Aaaaww – rozpromienia się Soso. – It’s so cute.

 

Kaja Puto jest redaktorką i tłumaczką związaną z Korporacją Ha!art. Studiuje filmoznawstwo i filozofię.

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej”.


Polecamy inne artykuły autora: Kaja Puto
Powrót
Najnowsze

Bariera nieufności

23.03.2017
Zbigniew Rokita Michał Potocki
Czytaj dalej

Niezrozumiany nacjonalizm

21.03.2017
Marek Wojnar
Czytaj dalej

Jedyna słuszna wykładnia ukraińskiego nacjonalizmu

21.03.2017
Adam Balcer
Czytaj dalej

Spotkanie wokół książki „Dysydenci. Nieuleczalnie nieposłuszni”

21.03.2017
NEW
Czytaj dalej

Akcja #adwokacinagranicy

20.03.2017
Kaja Puto
Czytaj dalej

Dziadowie, ojcowie i synowie

20.03.2017
Kaja Puto
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu