Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Albo „my”, albo „oni”
2014-09-22
Ołeksij Maciuka

 

Lokalna gazeta pisze: „Donieck to najlepsze ukraińskie miasto, którego wszyscy jesteśmy dłużnikami". Wszystkie sfery życia – od gospodarki po kulturę – były podporządkowane temu paradygmatowi: „Wszyscy są nam coś winni, bo jesteśmy wyjątkowi".

Zasłaniając się lokalnym patriotyzmem, w Doniecku w siłę rosły klany, spośród których największy należał do Rinata Achmetowa i Borysa Kolesnikowa. Jego integralną częścią był także Wiktor Janukowycz, który jako gubernator obwodu w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku prowadził politykę, odwołując się do donbaskiego patriotyzmu. Wówczas pojawiły się miejscowe symbole: palma Mercalowa – rzeźba, która stanęła w Centrum Doniecka, i herb obwodu z hasłem „Możliwości udowodnione w działaniu".

Zażyłość członków donieckich klanów była czymś więcej niż tylko przyjaźnią. Przypominała raczej intymną więź – osoby należące do klanu były ojcami chrzestnymi dzieci swoich wspólników, razem prowadziły interesy, czasem nawet członkowie ich rodzin zawierali małżeństwa. Klanowa ideologia była prosta i sprowadzała się do hasła: „Jesteśmy z Doniecka, a więc jesteśmy lepsi".

Dla Janukowycza i jego otoczenia rządzenie regionem było czymś świętym. Wystarczy porównać budynki administracji obwodowych w Doniecku i innych ukraińskich miastach – doniecki budynek z masą przepustek, dywanami i szczególną atmosferą był w czasach Janukowycza prawdziwą twierdzą. I właśnie opowieści o „szczególnej atmosferze", „wyjątkowości" wypełniały duchową pustkę mieszkańców Donbasu. Nobilitowano każdego, kto dawał ludziom tę „duchową pożywkę", a każdy będący u władzy stawał się donbaskim kapłanem. Dopiero dziś, kiedy te czasy minęły, staje się jasne, że wszystko to było teatrem, kłamstwem serwowanym w ładnym opakowaniu. Donbas musi spojrzeć więc sam na siebie, ujrzeć swoją wewnętrzną pustkę – nie ma już dekoracji, konstrukcja się rozsypała.

Tworząc donieckie mity, opierano się na opozycji „my" i „oni". Twierdzono, że „my" karmimy kraj, jesteśmy najdzielniejsi, mówimy po rosyjsku, a „oni" hulają po Majdanie i wielbią Banderę. Podziały trwały od dawna, jednak kropkę nad „i" postawiły wydarzenia z listopada 2004 roku.

 

Donbas karmi Ukrainę

Jedno z ulubionych haseł miejscowej elity od połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia brzmiało: „Donbas karmi całą Ukrainę". W ten sposób donieckie elity chciały dać do zrozumienia innym regionom, że te, żyjąc na donbaskim garnuszku, stają się ich dłużnikami. Teza o dokarmianiu kraju była jednym z kamieni węgielnych Partii Regionalnego Odrodzenia Ukrainy, która od 2001 roku funkcjonuje jako Partia Regionów. „My" i „oni" – na tej antynomii wyrastała filozofi a polityczna regionałów. Bazując na obawach wyborców i podtrzymując społeczne niezadowolenie, miejscowa elita długie lata utrzymywała się u władzy. Sprawujący funkcję mera Doniecka w latach 1993-2002 Wołodymyr Rybak oraz piastujący to samo stanowisko od 2002 roku po dziś dzień Aleksandr Łukjanczenko podczas każdej konferencji prasowej powtarzali tę samą śpiewkę: „Do Kijowa wysyłamy mnóstwo pieniędzy, a otrzymujemy z powrotem kilkadziesiąt razy mniej – to niesprawiedliwe!".

Kiedy jednak prezydentem został Janukowycz, Łukjanczenko natychmiast zamilkł, a rozdrażnienie wobec znikających z budżetu środków ustąpiło miejsca pochwalnym mowom wygłaszanym pod adresem głowy państwa. Później historia powtórzyła się: kiedy Janukowycz uciekł do Rosji, nie minęło wiele czasu, a Łukjanczenko znowu uskarżał się, że donieckie hrywny lądują na kijowskich kontach. Tymczasem obywatel nie jest w stanie połapać się w zawiłościach budżetu, bilansach przychodów i wydatków. Doniecki budżet tworzy się według radzieckich wzorców, a lokalna gazeta, która powinna wyjaśniać czytelnikom nudne sprawy (jak chociażby plany budżetowe), była zajęta lansowaniem hasła:

Donieck to najlepsze ukraińskie miasto, którego wszyscy jesteśmy dłużnikami". Wszystkie sfery życia – od gospodarki po kulturę – były podporządkowane temu paradygmatowi: „Wszyscy są nam coś winni, bo jesteśmy wyjątkowi".

W rzeczywistości było inaczej: obwód doniecki był w dużym stopniu dotowany z budżetu centralnego regionów, jeszcze biedniejszy jest stanowiący część Donbasu obwód łuhański. Nie powinno to dziwić – jak inaczej wyjaśnić ogromną ilość biedaszybów, z których ludzie wydobywają na własną rękę węgiel, żeby coś zarobić, żeby przeżyć? Jak wytłumaczyć masową migrację zarobkową z Donbasu do Rosji? Skąd wzięły się tak głębokie podziały w lokalnej społeczności na bogaczy i biedotę? Klasa średnia istniała tylko w Doniecku, choć określanie tych ludzi klasą średnią jest umowne – z zarobkiem ledwo przekraczającym tysiąc dolarów miesięcznie w przeliczeniu na jedną rodzinę wystarczało im tylko na codzienne potrzeby i w najlepszym razie na wakacyjny wypad. Trudno, żeby było inaczej – nie było łatwo prowadzić na wschodzie Ukrainy mały bądź średni biznes, w końcu na takich przedsiębiorcach żerowali lokalni urzędnicy. Żeby mieć spokój, trzeba było na lewo i prawo rozdawać łapówki. Kiedy więc na zachodniej Ukrainie dużą wagę przykładano do rozwoju drobnych przedsiębiorstw, w Doniecku mer przechwalał się, jak ogromne są wpływy do lokalnego budżetu pochodzące od miejscowych gigantów przemysłowych. Wszyscy zdawali sobie sprawę z korupcji panoszącej się w donieckich organach decyzyjnych, kontrolnych i porządkowych.

Ten system żył własnym życiem. Poczucie „wyjątkowości" mieszkańców Doniecka się nasilało, a szczyt osiągnęło, kiedy Janukowycz został wybrany prezydentem. Nie każdy jednak, kto był zameldowany w obwodzie donieckim, mógł łatwo załapać się na rządową fuchę – szansę taką mieli wyłącznie wierni od lat członkowie klanu Janukowycza-Achmetowa, ludzie, którzy dochrapali się posad dzięki oparciu się na opozycji „my" i „oni", gdzie „my" oznaczało donieckich, a „oni" wszystkich pozostałych: Ukraińców, banderowców. „Karmimy ich, a w zamian oni znęcają się nad nami, narzucają nam swój język i system wartości" – powiedziała kiedyś na sesji rady obwodowej deputowana z partii komunistycznej.

Za podziałem na „nas" i „ich" opowiedział się w 2006 roku także Nikołaj Lewczenko, wówczas sekretarz donieckiej rady miejskiej. Lewczenko zainicjował kampanię „Albo my, albo oni". Jej celem było zachęcenie mieszkańców Doniecka do wzięcia udziału w wyborach i oddanie głosu na Partię Regionów („nas") oraz niedopuszczenie do władzy „pomarańczowych" („ich"). Wytoczono później przeciwko politykowi sprawę karną, ale ten bronił się, twierdząc, że „nami" według kampanii miał być Donieck, a „nimi" poddoniecka Makiejewka. Ten epizod w fi lmie Inne Chelsea pokazuje Jakob Preuss.

 

Donbas mówi po rosyjsku

O ile podział na „nas" i „ich" na szczeblu ofi cjalnym stał się z czasem częścią powszechnego dyskursu, o tyle lokalne społeczeństwo obywatelskie w dużej mierze formowało się, negując tę antynomię. Trzeci sektor demonstracyjnie dążył do jedności i wypracowania zasad społeczeństwa otwartego. Na przestrzeni dwudziestu trzech lat niepodległości, w Doniecku działała grupa aktywistów, których celem była zmiana nazw ulic i placów w mieście – chcieli zerwać z symboliką radziecką. Bo i jest z czym zrywać: na przykład główny plac miasta nosi imię Lenina, centralny rejon Doniecka nazywa się Woroszyłowski – ku pamięci marszałka ZSRR Klimenta Woroszyłowa, a sąsiedni – Kalininski, poświęcony Michaiłowi Kalininowi.

W 2013 roku miejscowa organizacja Proswita postulowała zmianę nazwy obwodowej biblioteki, która nosi imię Nataszy Krupskiej. Aktywiści proponowali nadać bibliotece imię Wasilija Stusa, miejscowego poety i dysydenta, który zginął w latach osiemdziesiątych XX wieku w radzieckim łagrze. Mer Łukjanczenko oświadczył wówczas, że o takich kwestiach decydować powinni wszyscy mieszkańcy miasta, a sam zaproponował zamianę Krupskiej na Włodzimierza Wysockiego. Innymi słowy: „Kogo chcecie, byle nie Stusa!". Dopóki Proswita prowadziła walkę, radni i władze robili, co w ich mocy, żeby pozostawić prorosyjską symbolikę. Podejmowano różne działania: doniecka Rada Obwodowa dwukrotnie przyjmowała program obrony i rozwoju języka rosyjskiego na terytorium Obwodu Donieckiego, a doniecka rada miejska zatwierdziła podobny program w mieście.

Posiedzenia tych ciał nigdy nie toczyły się po ukraińsku, wydawało się, że dla radnych i urzędników język ukraiński był czymś w rodzaju „zła koniecznego". Miejscowi politycy kultywowali pamięć walczącej w latach osiemdziesiątych XX wieku w Afganistanie armii radzieckiej, a jednocześnie całkowicie negatywnie wypowiadali się o działalności Ukraińskiej Powstańczej Armii w czasie II wojny światowej. Słowo „banderowiec" w Donbasie zawsze miało pejoratywny wydźwięk: kiedy ktoś nazywał tak drugą osobę, widział w niej człowieka złego i zepsutego. Doniecki mer Łukjanczenko od czasu do czasu umyślnie posługiwał się językiem ukraińskim, chcąc w ten sposób podkreślić, z jaką trudnością przychodzi mu go używać. Nawet akcent zdradzał ludzi pokroju Łukjanczenki: wielu donieckich działaczy w słowie „ukraiński" akcentowało nie – jak należy – pierwszą literę „i", ale pierwszą „a": taki błąd robi się często umyślnie, żeby zaznaczyć swój pogardliwy stosunek do ukraińskiego języka i kultury.

Z podobnych powodów niektórzy mówią „na Ukrainie", a inni „w Ukrainie". W zachodniej i środkowej części kraju zwykło się mówić „w Ukrainie", podczas gdy znaczna część ludności na wschodzie umyślnie używa wariantu „na Ukrainie" – to kalka z rosyjskiego. W zależności od tego, którą z możliwości wybierał nasz rozmówca, zawsze wiedzieliśmy, z kim mamy do czynienia. Te niuanse dotyczą jednak głównie ludzi, którzy od dawna żyją w tutejszym bagienku – osoby z zewnątrz mogłyby nawet nie zrozumieć, na czym polega dylemat akcentowania czy wyboru przyimka. My sami zrozumieliśmy te niuanse dopiero po wybuchu konfliktu zbrojnego w 2014 roku, kiedy mieszkańcy Doniecka podzielili się na dwie grupy.

Linia podziału biegła – powiedzmy umownie – równolegle z podziałem na stosujących przyimki i akcenty w ten bądź inny sposób. Straszenie, że niebawem zjawią się tu „banderowcy", którzy zmuszą wszystkich do mówienia po ukraińsku, to dziś donbaska codzienność. Zamiast szukać kompromisu, lokalni urzędnicy woleli wznosić barykady. Stosunek do bohaterów UPA, Stepana Bandery, statusu języka rosyjskiego, akcesji Ukrainy do NATO i Unii Europejskiej – te zagadnienia miejscowe elity wykorzystywały, żeby pogłębiać wewnątrzukraińskie podziały. I pogłębiały. Na przykład w 2003 roku – rok przed wyborami prezydenckimi – do Doniecka miał przybyć jeden z kandydatów, Wiktor Juszczenko. Władze obwodowe rozkleiły na mieście plakaty z hasłem „Juszczenko – faszysta". Kiedy zaś w 2013 roku opozycyjne wówczas ugrupowania Batkiwszczyna i UDAR zorganizowały marsz po Doniecku, skończyło się na licznych sprawach sądowych za zablokowanie ulicy. Nie miało znaczenia, że kilka tygodni wcześniej podobny marsz zorganizowała Partia Regionów, również blokując jezdnię.

 

Rewolucja na rozkaz

Miejscowi politycy traktowali obwód doniecki jako swoje królestwo. Nie mieli tu zresztą przeciwników – proukraińskie czy demokratyczne ugrupowania nie otrzymywały w wyborach więcej niż 3 procent głosów. Apatia i polityczna bierność wśród wyborców: potwór Partii Regionów żerował na tych cechach, rozrastał się i zbierał swoje żniwo.

Jedynym szlachetnym przedsięwzięciem w ciągu tych wszystkich lat był doniecki Euromajdan w listopadzie ubiegłego roku. Wcześniej inicjatywy cieszące się poparciem mas miały raczej podłoże ekonomiczne – protestowali niezadowoleni górnicy, ofiary katastrofy w Czarnobylu czy weterani wojny afgańsko-radzieckiej. O ile jednak większość wychodziła na ulicę, żądając chleba i kiełbasy, to na Euromajdanie domagano się wolności i respektowania określonych wartości.

Ludzie manifestowali jeszcze w 2004 roku – wówczas na donieckim placu Lenina stało opustoszałe biało-niebieskie miasteczko namiotowe, alternatywa dla pomarańczowego Majdanu w stolicy. Przychodzono na plac grupami według ustalonego z góry planu. Studiowałem wtedy na uniwersytecie, prorektor Donieckiego Uniwersytetu Narodowego Tatiana Marmazowa zmuszała studentów, aby zamiast zajęć brali udział w projanukowyczowskich mityngach. Wszystkie akcje poparcia lidera Partii Regionów były wyreżyserowane – podobnie zresztą jak całe życie społeczno-polityczne Donbasu. Lokalne władze robiły, co mogły, żeby zdusić „alternatywne" poglądy, rozprawić się z opozycją, zamknąć usta myślącym inaczej.

Kiedy Janukowycz został prezydentem, ludzie zaczęli trafi ać do więzień: w areszcie siedzieli lokalni aktywiści, jak: Konstantin Matiejczenko, Konstantin Ławrow i inni. W tamtym czasie Władimirowi Rybakowi (później zabitemu przez rosyjskich separatystów radnemu z Horliwki), który był członkiem Batkiwszczyny, wytoczono kilka spraw karnych. Odmienne poglądy musiały być zduszone. Poparciem władz cieszyły się wyłącznie te organizacje, które prezentowały poglądy zbliżone do Partii Regionów. Na przykład w 2004 roku pojawiła się Republika Doniecka – jej liderzy dziś sprawują funkcję „ministrów" Donieckiej Republiki Ludowej. Organizacja ta otrzymała już wówczas misję opracowania „separatystycznego" planu działań – jej przywódcy twierdzili, że na zachodniej Ukrainie żyją „faszyści", chcący narzucić mieszkańcom Doniecka swój język. Przez dziesięć lat założyciele Republiki Donieckiej nie tylko nie byli pociągnięci do odpowiedzialności, ale otrzymywali stanowiska w przedsiębiorstwach powołanych przez radę miejską. W 2008 roku Służba Bezpieczeństwa Ukrainy złożyła do sądu wniosek o likwidację tej organizacji w związku z jej nawoływaniem do separatyzmu. Sąd, co prawda, rozwiązał Republikę Doniecką, ale jej członkowie zrzeszyli się w nieformalnej grupie o tej samej nazwie. Kiedy w kolejnych latach podczas weekendów zbierali się na placu Lenina i rozdawali ulotki, nikt im nie przeszkadzał. Z ulotek można było dowiedzieć się nieco o historii Doniecko-Krzyworoskiej Republiki Radzieckiej i „bestialstwach banderowców".

Wiele tłumaczy też kolejność zdarzeń. Republika Doniecka aktywowała się dwukrotnie: w 2004 roku, kiedy Janukowycz przegrał wybory, oraz w 2014 roku, kiedy Janukowycz uciekł z kraju. Wydaje się więc, że organizacja potrzebna jest wyłącznie do inscenizowania protestów. Ostatnio przyłączyli się do jej działaczy uzbrojeni bojownicy z Rosji – wówczas idea Republiki Donieckiej się zmaterializowała.

 

* * *

 

Przeciwstawianie „nas" i „ich" doprowadziło do zbrojnego konfliktu na wschodzie Ukrainy. Przez dwadzieścia trzy lata rządy w regionie sprawowało to samo środowisko, jego celem było i jest utrzymanie wpływów. Wykształciła się grupa obywateli, którzy zdecydowali, że „oni" są wrogami, a „my" musimy się bronić. Owi „oni" na przestrzeni lat przybierali różne formy – z początku byli „banderowcami", później „pomarańczowymi", „ukraińskojęzycznymi", aż w końcu stali się „euroentuzjastami". Kim jednak są ci, którzy przeciwstawiając się „nim", mówią o sobie „my"? Kogo tak naprawdę bronią? O jakie wartości walczą? O swoje? A może one wcale do tych ludzi nie należą?

 

Przełożył Zbigniew Rokita

Oleksij Maciuka jest redaktorem naczelnym gazety „Nowosti Donbassa".

 


Polecamy inne artykuły autora: Ołeksij Maciuka
Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Gdańsk: Pokazucha. Na gruzińskich zasadach

12.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Jedenasta rocznica wybuchu wojny sierpniowej

08.08.2019
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Donbas – pokoju nie będzie

08.08.2019
Aleksander Kowalewski
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu