Podczas wyborów prezydenckich lider Partii Regionów Wiktor Janukowycz powiedział swojej oponentce, ówczesnej premier Julii Tymoszenko, że najlepiej będzie, jeśli „pójdzie do kuchni”. Większość obserwatorów potraktowała te słowa jako incydent – wymsknęło mu się. Jednak coraz więcej wskazuje na to, że nie był to po prostu „głupi tekst”, lecz wyraz rzeczywistego stosunku Partii Regionów do statusu kobiet w ukraińskim społeczeństwie.
Po uroczystościach związanych z objęciem władzy przez nowego gubernatora obwodu dniepropietrowskiego premier Mykoła Azarow wytłumaczył, dlaczego w jego rządzie nie ma żadnej kobiety: „Reformy na Ukrainie to nie jest sprawa kobiet”. Premier twierdzi, że tak dobrał członków nowego rządu, aby byli to ludzie, którzy mogą pracować po szesnaście godzin na dobę siedem dni w tygodniu, za których może wziąć odpowiedzialność i wie, że będą w stanie powiedzieć „nie”.
Zapewne nie tylko ja zastanawiam się, co to ma wspólnego z kobietami. Dla Azarowa to oczywiste: jaka kobieta umie ciężko pracować albo jest asertywna?
Martwi szowinistyczne podejście do kwestii równouprawnienia, wyrażane nie tylko przez ukraińskich polityków, ale również przez ukraińskie media, których sprawa nie zainteresowała. Najszerszą relację udało mi się znaleźć na stronie brytyjskiego „The Guardian”.
Jednak Ukrainki coraz częściej biorą sprawy w swoje ręce i zrzeszają się w grupy protestujące przeciwko polityce dyskryminacji. Oprócz ruchów typowo feministycznych, jak polsko-ukraiński Gender Lviv, powstają inne ruchy walczące ze złym traktowaniem kobiet na Ukrainie, na przykład popularny podczas ostatnich wyborów Femen, realizujący kampanię „Ukraina nie wagina”. Można się więc spodziewać, że coraz aktywniejsze Ukrainki nie pozwolą w przyszłości wypowiadać politykom tak absurdalnych słów.
Paweł Pieniążek
Brak komentarzy