NEW |   Dwumiesięcznik społeczno-polityczny poświęcony Europie Wschodniej
en ru ua
O NAS | REDAKCJA | PRENUMERATA | GDZIE NAS KUPIĆ | REKLAMA | WYDAWCA | KONTAKT | RSS RSS

Bandera bez tytułu?

kategorie: Publicystyka
dodano: 2010-04-04 00:00:00 przez: Paweł Pieniążek

W ostatnich tygodniach w ukraińskich mediach dominowały trzy wydarzenia: wybory prezydenckie, powstanie nowej koalicji i nieśmiertelny Stepan Bandera. Ostatniego newsa wywołał odchodzący prezydent Wiktor Juszczenko. Ciężko ocenić, czy rzeczywiście zależało mu na uhonorowaniu lidera UPA, czy może chciał podłożyć świnię uchodzącemu za neutralnego prezydenta Wiktorowi Janukowyczowi.

Mało prawdopodobne, aby Juszczenko nie zdawał sobie sprawy, że sąd jego decyzję uchyli. Musiał też wiedzieć, jak wpłynie ona na wyborców – jeszcze bardziej spolaryzuje niebieskich i pomarańczowych. Mimo wszystko sądzę, że nie spodziewał się aż takiej sensacji. Poza ukraińskimi politykami do konfliktu dołączyli się również rosyjscy i polscy. Parlament Europejski, który przeważnie nie spieszy się z podejmowaniem decyzji dotyczących Ukrainy, tym razem zadział sprawnie i wystosował deklarację potępiającą decyzję Juszczenki. Jednym z głównych argumentów była współpraca OUN z nazistowskimi Niemcami. W odpowiedzi Juszczenko przypomniał, że Bandera walczył o państwo ukraińskie. Podobne zdanie co PE wyraził nowy antybohater studentów, minister oświaty i nauki Dmytro Tabacznyk.

Sprawa odbiła się echem nie tylko w sferze politycznej. Mieszkańcy zachodniej Ukrainy zaczęli aktywnie walczyć o nieodbieranie Banderze tytułu. Lwowscy studenci, oprócz demonstrowania przeciwko Tabacznykowi, zbierają podpisy pod petycją o niezmienianie decyzji eksprezydenta Juszczenki. Podobny sposób działania przyjęła Komunistyczna Partia Ukrainy, która chwali się, że zebrała już pięćdziesiąt tysięcy podpisów pod konkurencyjnym apelem – aby tytuł Bohatera Ukrainy raz na zawsze odebrać liderowi UPA.

W Dniu Durnia (odpowiednik naszego Prima Aprilis) ukraiński związek weteranów wojny  zorganizował spotkanie z prasą. Wśród zaproszonych gości z Izraela, USA i Ukrainy znalazł się również polski „specjalista” od spraw UPA – ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, kapelan kresowiaków. Na konferencję przyszła między innymi około dwudziestoosobowa grupa młodych ludzi. Usiedli cicho i czekali. Gdy gospodarze zaczęli witać gości, młodzi wstali i zaczęli skandować nacjonalistyczne hasła, na przykład: „Okupanci precz z Ukrainy”, „Bandera nasz bohater”, czym skutecznie uniemożliwili dalsze prowadzenie konferencji. Jak się okazało, byli to członkowie skrajnie prawicowego ugrupowania Swoboda. Warto jednak przypomnieć, że z takich samych metod korzysta ksiądz Isakowicz-Zaleski, więc nacjonaliści odpłacili mu pięknym za nadobne.

Doniecki sąd administracyjny 2 kwietnia odebrał Banderze odznaczenie, argumentując, że tytuł Bohatera Ukrainy może być przyznany tylko obywatelom niepodległej Ukrainy, istniejącej od 1991 roku. Nie trzeba tłumaczyć, że wpasowanie w to kryterium upowca jest zadaniem karkołomnym.

Zwolennicy Bandery mają dziesięć dni na odwołanie się od decyzji sądu i zapewne skorzystają z tej możliwości, bo mają zastrzeżenia do pracy wymiaru sprawiedliwości. Najważniejszy jest nieuwzględnienie prośby wnuka Bandery o przesunięcie terminu rozprawy. Prośba była umotywowana tym, że Stepan Bandera młodszy mieszka w Kanadzie i na Ukrainie mógłby pojawić się dopiero za trzy miesiące. Sąd wniosek uchylił i wyznaczył termin.

Pewne jest jedno – sprawa prędko się nie skończy i wciąż będzie wywoływała wiele kontrowersji. Obecna władza musi liczyć się z wyborcami z zachodniej Ukrainy, którzy już teraz nie pałają entuzjazmem do Partii Regionów. Z drugiej jednak strony popieranie Bandery zraziłoby „żelazny” elektorat oraz negatywnie wpłynęłoby na stosunki z Rosją i Unią Europejską, na co Ukraina pozwolić sobie nie może. Dlatego możemy się spodziewać, że rząd podejścia do Bandery nie zmieni, bo ma zbyt wiele do stracenia.

Paweł Pieniążek

Brak komentarzy