NEW |   Dwumiesięcznik społeczno-polityczny poświęcony Europie Wschodniej
en ru ua
O NAS | REDAKCJA | PRENUMERATA | GDZIE NAS KUPIĆ | REKLAMA | WYDAWCA | KONTAKT | RSS RSS

Janukowycz między Kuczmą a Putinem?

kategorie: Publicystyka
dodano: 2010-04-20 00:00:00 przez: Piotr Andrusieczko

Minął miesiąc od zaprzysiężenia nowego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza. Niektórzy z ukraińskich politologów, jak Wołodymyr Fesenko, widzą w działaniach obecnego prezydenta powrót do czasów Leonida Kuczmy, czego symbolem miała być zmiana nazwy aparatu prezydenckiego z Sekretariatu Prezydenta na Administrację Prezydenta. Janukowycz w pierwszych krokach rzeczywiście upodobnił się do Kuczmy z 1994 roku, który wygrał wybory między innymi dzięki hasłom zbliżenia z Rosją i wprowadzenia rosyjskiego jako drugiego języka państwowego. Nowy prezydent odbył dwie wizyty zagraniczne, chociaż z pierwszą pojechał nie do Moskwy, lecz do Brukseli. Wprawdzie kolejność ta w żaden sposób nie przesądza o szczerej europejskiej orientacji Janukowycza, dowodzi jedynie jego pragmatycznej wielokierunkowości. Janukowycz bez wątpienia lepiej czuje się w Moskwie, a prywatna wizyta w drugi dzień świąt wielkanocnych (spotkał się z prezydentem Miedwiediewem) jest tego potwierdzeniem i zapewne takich nieoficjalnych wizyt będzie więcej. Janukowycza do Kuczmy upodobniła również kwestia języka. Nowy prezydent, rozpoczynając swoje urzędowanie, oświadczył, że „język ukraiński będzie rozwijany na Ukrainie jako jedyny język państwowy”. Co prawda Anna German od razu sprostowała, że chodzi o to, aby język rosyjski nie pozostał bez ochrony, a do tego ma zostać wykorzystana Europejska Karta Języków Regionalnych. Janukowycza do Kuczmy upodobnia też sposób formułowania władzy czy jej monopolizacja poprzez otoczenie się swoim premierem i ministrami.

Sukcesem nowego prezydenta było stosunkowo szybkie powołanie koalicji i utworzenie rządu. Było to możliwe dzięki zmianie sposobu formowania koalicji w parlamencie. Przegłosowano zmiany, które dopuszczają jako podmioty w formowaniu koalicji nie tylko frakcje, ale również pojedynczych deputowanych. Janukowycz szybko podpisał odpowiednie ustawy, jednocześnie sprawa trafiła jednak do Sądu Konstytucyjnego, który teoretycznie może ogłosić, że koalicja została sformułowana z naruszeniem Konstytucji Ukrainy. Większość ekspertów uznaje jednak, że werdykt Sądu będzie niejednoznaczny, a to wystarczy dla uznania tego sposobu tworzenia koalicji. Przed Wielkanocą pojawiły się nawet nieoficjalne informacje, że na wstępnym głosowaniu większość sędziów opowiedziała się za uznaniem nowej metody.

Można zatem przyjąć, że koalicja utworzona przez Partię Regionów, Blok Łytwyna i Komunistyczną Partię Ukrainy oraz deputowanych niezrzeszonych powinna utrzymać się do następnych wyborów. Jej jedynym słabym ogniwem jest frakcja komunistów, którzy wyrażają niezadowolenie z niedostatecznego udziału ich przedstawicieli przy formułowaniu nowych organów władzy. Poza tym KPU i jej lider Petro Symonenko występują publicznie z krytyką proponowanych przez wicepremiera ds. ekonomicznych Serhija Tihipkę reform polegających między innymi na podniesieniu taryf komunalnych dla ludności oraz zamrożeniu programów socjalnych. Tyle że polityka ekonomiczna nowego rządu wciąż jest wielką niewiadomą.
Nową władzę zwykło się oceniać dopiero po stu dniach sprawowania przez nią urzędu, jednak już teraz można wskazać pewne sprzeczności tkwiące u jej podstaw, wynikające przede wszystkim z polityki kadrowej Janukowycza.

Trzeba zacząć od tego, że to prezydent stoi za nominacjami. Jak zaznacza politolog Taras Berezowec, tak naprawdę mamy do czynienia nie tyle z rządem Azarowa, co z rządem Janukowycza. Większość ministrów zostało delegowanych albo dzięki rekomendacji, albo w wyniku bezpośredniej wskazówki Janukowycza. Na przykład do ostatniej chwili nie było znane nazwisko ministra spraw wewnętrznych. Po uwagę były brane trzy kandydatury, przy czym najbardziej prawdopodobna wydawała się osoba Mykoły Dzygi. Stało się jednak inaczej. Prezydent Janukowycz w ostatniej chwili miał własną ręką wpisać nazwisko Anatolija Mogyljewa. Podobnie rzecz miała się z Ołeksandrem Kuźmukiem, który był przekonany o swojej nominacji na ministra obrony i podobno zrobił się zielony, kiedy usłyszał, że został nim Mychajło Jeżelja. Zaskoczenie wywołała też nominacja Dmytra Tabacznyka na stanowisko ministra edukacji. Krążą informacje, że na Tabacznyka i ministra spraw zagranicznych naciskała Rosja. O ile jednak nominacja Konstantyna Hryszczenki nikogo nie zaskoczyła i jest to dyplomata szanowany nawet przez oponentów prezydenta, to postać ministra edukacji wywołuje duże emocje. Tabacznyk zasłynął z potępiania „ukraińskiego faszyzmu”, a jego opinia o OUN i UPA odzwierciedla najbardziej skrajny stosunek przedstawicieli Kremla do tych kart historii. Przez Ukrainę zresztą przetoczyła się już pierwsza i zapewne nie ostatnia fala protestów przeciwko ministrowi edukacji.

Rząd do małych nie należy – dwudziestu dziewięciu ministrów i aż sześciu wicepremierów, a mówi się, że możliwe jest powołanie jeszcze jednego wicepremiera – ds. eurointegracji – którym miałby zostać poprzedni minister spraw zagranicznych Petro Poroszenko. Wielu ekspertów, w tym również pierwszy prezydent Ukrainy, podkreślało brak kobiet w rządzie. Do tego w świat poszły słowa premiera Azarowa o miejscu kobiet w kuchni. Kobiet wśród ministrów nie ma, ale są w Administracji Prezydenta: bliska współpracowniczka Wiktora Janukowycza Anna German i zdecydowana reformatorka Iryna Akimowa, odpowiadająca za ekonomię. Obie panie łączą bliskie związki z grupą Rinata Achmetowa. Co ciekawe, grupa Achmetowa jest stosunkowo słabo reprezentowana wśród nowej władzy. Wicepremierem ds. Euro 2012 został bliski współpracownik Achmetowa Borys Kołesnikow; również ministerstwo przemysłu dostało się ręce tak zwanej grupy Achmetow-Kołesnikow. Zdecydowaną przewagę w organach władzy ma inna grupa – Lowoczkina-Bojki-Firtasza. Ten ostatni to współwłaściciel skandalicznej spółki RosUkrEnergo, która zdaje się odzyskiwać wpływy. Co prawda sam Dmytro Firtasz nie należy do Partii Regionów, ale można mówić, że posiada tam partnerów i tym samym wpływy. Serhij Lowoczkin stanął na czele Administracji Prezydenta, a Jurij Bojko został ministrem ds. paliwa i energetyki.

Sytuacja jest bardziej skomplikowana, bo obok dwóch wspomnianych już grup wpływu w Partii Regionów reprezentowanych w nowej władzy, są też inne, na przykład grupa Klujewa. Andrij Klujew został pierwszym wicepremierem i jest uznawany za możliwego sojusznika Achmetowa w neutralizowaniu wpływów Firtasza. Konkurujące ze sobą grupy mogą (chociaż nie muszą) okazać się w przyszłości problemem nie tylko dla rządu, ale także dla samej Partii Regionów. Jednak dzisiaj zdaje się, że wszystkie sznurki władzy skupił w swoich rękach prezydent Janukowycz.

W najbliższym czasie spór mogą wywołać dwie wizje polityki ekonomicznej reprezentowane w rządzie. Premier Mykoła Azarow jest zwolennikiem koncentracji władzy i zwiększenia udziału państwa w ekonomice wolnorynkowej, natomiast wicepremier ds. ekonomii Serhij Tihipko opowiada się za liberalnymi reformami ekonomicznymi i zmianami w stylu transformacji, które miały miejsce w Europie Środkowo-Wschodniej. Tihipko stosunkowo szybko zgodził się na propozycję wejścia do rządu, zaznaczając, że robi to pod warunkiem realizacji przez rząd reform. Niektórzy eksperci twierdzą, że w ten sposób chce zrekompensować sobie straty, jakie poniósł w trakcie kampanii wyborczej (szacuje się, że wydał około 70 milionów dolarów), i w odpowiednim momencie wycofać się z gry.

Trudno powiedzieć, jak długo Tihipko wytrwa na stanowisku wicepremiera. Proponowane przez niego reformy są związane z zaciskaniem pasa, czyli ograniczeniem wydatków budżetowych na cele socjalne oraz podwyższeniem opłat za gaz i usługi komunalne. Przeczy to hasłom wyborczym Janukowycza, który obiecał całemu społeczeństwu szybką poprawę sytuacji ekonomicznej. Już teraz słychać sprzeczne oświadczenia. Niedawno Andrij Klujew zaznaczył, że rząd postara się nie podwyższać w tym roku opłat za gaz. Tyle że Ukraina potrzebuje pieniędzy. Dług wewnętrzny wynosi 93 procent PKB. W kwietniu Ukraina powinna spłacić 6 miliardów hrywien długu, przy planowanych wpływach do budżetu w wysokości 12 miliardów hrywien. Za czasów premier Julii Tymoszenko Ukraina otrzymała kredyt z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, zawieszony na czas wyborów. Mimo wcześniejszej krytyki, nowy rząd stara się odblokować wypłatę kolejnych transz. Nie wiadomo jednak, jak MFW zareaguje na zwiększanie wypłat socjalnych. W marcu na wypłaty dla górników przeznaczono 422 miliony hrywien z Funduszu Stabilizacyjnego (praktyka zapoczątkowana przez Tymoszenko), mimo że wcześniej Partia Regionów z Azarowem na czele często krytykowała rząd Tymoszenko za niecelowe wykorzystywanie środków Funduszu. Eksperci wskazują na niebezpieczeństwo związane ze zwiększaniem obciążeń fiskalnych dla małego i średniego biznesu w miejsce proponowanych przez Tihipkę wakacji podatkowych. Podstawowym problemem jest brak budżetu na rok 2010. Premier Azarow obiecał, że budżet zostanie uchwalony w kwietniu.

Na razie Julia Tymoszenko obserwuje sytuację i w opozycji zachowuje się stosunkowo spokojnie. Pojawiły się nawet głosy, że BJuT może poprzeć zaproponowane przez rząd reformy. Problem jednak w tym, że nie wiadomo, na czym będą one polegać. Należy raczej oczekiwać kompromisu pomiędzy reformowaniem gospodarki a realizacją obietnic socjalnych. W praktyce może to oznaczać stabilizację, ale również zastój. Zresztą wielu ekspertów jeszcze przed sformułowaniem rządu twierdziło, że będzie on realizował misję samobójczą.

Opozycja jest podzielona, a nowa władza stara się stosować wobec niej taktykę z czasów Kuczmy – dzielić i marginalizować. Najliczniejsza frakcja opozycyjna w parlamencie – BJuT –  liczy straty. Jej szeregi nadal opuszczają deputowani, którzy zdecydowali się dołączyć do koalicji. Niektórzy eksperci szacują, że łącznie frakcję BJuT może opuścić od dwudziestu pięciu do trzydziestu deputowanych. Przed świętami pojawiła się informacja o mianowaniu Andrija Portnowa – deputowanego BJuT odpowiadającego za stronę prawną inicjatyw Bloku – na zastępcę szefa Administracji Prezydenta. Wydaje się, że Tymoszenko popełniła błąd, nie dokonując zaraz po wyborach „wielkiej czystki”.

Następnym starciem politycznym będą wybory samorządowe. Ich data wciąż pozostaje nieznana, tym niemniej przewodniczący Komitetu Wyborców Ukrainy ocenia, że będą one równie zacięte jak wybory prezydenckie, zwłaszcza że niektórzy gracze będą chcieli wykorzystać w ich trakcie swoje poparcie z wyborów prezydenckich. Chodzi przede wszystkim o Arsenija Jaceniuka i Serhija Tihipkę. Ten drugi w obliczu wyborów może podać się do dymisji, jeśli oczywiście do tego czasu utrzyma się na stanowisku. Zapewne nadzieje z wyborami wiąże również były prezydent Juszczenko, który w ostatnim czasie prowadzi aktywne życie medialne.

Janukowycz stara się kontrolować całą władzę, również tę w regionach. Niektóre nominacje wywołują konsternację nawet w szeregach Partii Regionów. Przykładem są zmiany w strukturach władzy na Krymie, gdzie nowym premierem został Wasyl Dżarty – oskarżany przez oponentów o kryminalną przeszłość. Inne mogą zaskakiwać za granicą, na przykład mianowanie na szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy właściciela grupy telewizyjnej Inter Walerija Choroszkowskiego. Zresztą już poprzednik Janukowycza, wbrew zapowiedziom z 2004 roku, nie widział nic niestosownego w zazębianiu się biznesu z polityką. Sam Janukowycz stara się tworzyć obraz „dobrego gospodarza”, który zajmuje się wszystkim i który za niepowodzenia może nie tylko publicznie skrytykować swojego premiera i ministrów, ale nawet wyciągnąć wobec nich stosowne konsekwencje. Znajome? Otóż to, już pierwsze spotkanie Janukowycza z premierem Azarowem przed kamerami przypominało spotkania Putina z jego premierem czy ministrami. Tyle że, jak pisał już kilka lat temu prezydent Kuczma, „Ukraina to nie Rosja”. Na szczęście.

Piotr Andrusieczko

Brak komentarzy