Lew, król puszczy, kazał podzielić się zwierzętom na te piękne i te mądre. Gdy każde ze zwierząt zajęło już swoje miejsce, na środku została żaba. Lew zapytał, czemu nie jest ani po lewej, ani po prawej stronie. Ta z rozbrajającą szczerością odparła: „Przecież się nie rozdwoję”.
Współczesna Białoruś, podobnie jak owa żaba, też nie chce iść ani na zachód, ani na wschód, dobrze jej tam, gdzie jest. Po środku. Zachód zbyt odbiega od tradycji i religii, żyje się tam szybko i niepewnie. Unia Europejska, łącznie z Polską, jest za mało słowiańska, żeby Białoruś się z nią zaprzyjaźniła. Z kolei Rosja i kraje WNP, owszem, są bliskie Łukaszence, bo łączy je wspólna przeszłość, ale niekoniecznie przyszłość. Już od kilkunastu lat prezydent wraz ze swoim prywatnym „Kołchozem Białoruś”, jak złośliwie nazywa się naszego wschodniego sąsiada, konsekwentnie odmawia zdecydowanego kroku w którąkolwiek stronę politycznego rozwoju.
Żeby zrozumieć politykę zagraniczną Łukaszenki, nie można opierać się na działaniach i zapewnieniach prezydenta, bo zarówno w relacjach z Rosją, jak i z Unią Europejską cechuje je wszystko, oprócz spójności i konkretyzacji dialogu. Jeśli chodzi o głównych spadkobierców Związku Radzieckiego, na początku wszystko wydawało się proste. Wzajemne zapewnienia o przyjaźni, ZBiR, handel gazem, który dobra Rosja sprzedawała Białorusi za bezcen. Niestety, gdy ceny gazu zaczęły rosnąć, Łukaszenka poczuł, że prezydent Putin traktuje go jak biednego, nieszkodliwego kuzyna, co urażało jego ambicje, swego czasu sięgające nawet Moskwy.
Eskalacja konfliktu na linii Kreml-Mińsk nastąpiła w 2002 roku i do dziś nie został on rozwiązany, zaś w kontaktach dyplomatycznych prezydent Białorusi wysyła nieczytelne dla obserwatorów sygnały. W marcu 2010 roku premier Rosji Władimir Putin przyleciał na szczyt do Brześcia. Problem w tym, że w przygranicznym mieście nie zastał prezydenta Białorusi, bo ten właśnie poleciał do swojego nowego przyjaciela Hugo Chaveza do Wenezueli. Oficjalne wyjaśnienie brzmiało: spotkanie Łukaszenki z Putinem nie było planowane, w przeciwieństwie do spotkania z Chavezem. Nieoficjalnie po raz kolejny bat’ka, jak nazywają swojego prezydenta Białorusini, pokazał, że nie jest na scenie politycznej chłopcem do bicia, zaś Rosja nie jest jego ostatnią deską ratunku, bo może znaleźć sobie przyjaciół wszędzie, nawet na drugim końcu świata.
Z kolei już w kwietniu doszło do spotkania w Mińsku białoruskiego prezydenta z pierwszym wicepremierem Federacji Rosyjskiej Igorem Szuwałowem. „Jesteśmy jednym narodem, nie dochodzi między nami do żadnych konfrontacji i nie będzie między nami żadnych konfliktów w polityce czy dyplomacji, póki na arenie międzynarodowej będziemy występować jako jedna całość, tak jak dzieje się to teraz” – takie słowa padły z ust Aleksandra Łukaszenki podczas spotkania. Chwilę potem prezydent dodał też, że to media opozycyjne generują sztuczny konflikt między bratnimi państwami i mimo dywersyfikacji eksportu, głównym partnerem ekonomicznym Białorusi pozostaje Rosja. W podobnym tonie prezydent wypowiadał się na konferencji prasowej zorganizowanej dla rosyjskich dziennikarzy w październiku 2009 roku, podkreślając, jak ważny dla Białorusi jest związek z Rosją, z tym że powinien on opierać się na „zasadach przyjętych przez ludzkość, przede wszystkim na zasadach równości”.
Zapewnienia Łukaszenki co do faktycznego istnienia idei państwa związkowego to nie tylko słowa rzucane na konferencjach prasowych. Do miesięcznika „Belarus” wydawanego przez Ministerstwo Informacji Republiki Białorusi dołączany jest biuletyn „Sojuz”, traktujący o współpracy w ramach Związku Białorusi i Rosji. Projekty wspólnotowe dotyczą wszystkich dziedzin – od ekonomii, gospodarki, poprzez naukę i szkolnictwo, na militariach i działalności kulturalnej kończąc. Możemy tu przeczytać między innymi relację z IV edycji Międzynarodowego Festiwalu „Młodzież za Państwem Związkowym”, któremu towarzyszyły liczne konferencje promujące przyjaźń między Mińskiem a Moskwą.
Jednocześnie ta sama gazeta, będąca propagandową tubą rządu, donosi o pierwszym milionie ton ropy naftowej wydobytej przez białorusko-wenezuelskie przedsiębiorstwo naftowe Petrolera BeloVenezolana, założone pod koniec 2007 roku jako owoc przyjaźni Chaveza i Łukaszenki. Zarówno przywódca Wenezueli, jak i Białorusi, oprócz głoszenia kontrowersyjnych opinii, niechętnego spojrzenia na demokrację i poczucia zagrożenia ze strony silniejszych graczy na scenie międzynarodowej („Siły imperializmu i hegemonizmu usiłują zgnieść zarówno nas, jak i Białoruś” – mówił na spotkaniu w Mińsku Chavez), mają też wspólne interesy. Nieprzypadkowo Łukaszenka odwiedził Caracas podczas wizyty premiera Rosji w Brześciu. Obroty handlowe pomiędzy obydwoma krajami, pomimo kryzysu gospodarczego, w 2009 roku wyniosły ponad 230 milionów dolarów. Oznaką intensyfikacji współpracy gospodarczej jest między innymi planowane podpisanie porozumienia o dostawach wenezuelskiej ropy naftowej na Białoruś. Z kolei Białorusini mają pomóc przy budowie osiedli mieszkaniowych w okolicach Caracas. Okazało się, że na naszym kontynencie zabrakło miejsca dla interesów Białorusi, za to w Ameryce Południowej znalazł się partner bliski Łukaszence nie tylko ideologicznie, ale i ekonomicznie. Co prawda rosyjskie media uważają ten układ za „cyniczną przyjaźń wymierzoną przeciw Rosji”, a według wenezuelskiej opozycji prezydentowi Białorusi zależy wyłącznie na materialnym wykorzystaniu Chaveza w czasie kryzysu, jednak przywódcy obydwu krajów nic sobie z tych komentarzy nie robią.
Czy w obecnej sytuacji prezydentowi Białorusi zależy jeszcze w ogóle na dobrych relacjach z Unią Europejską? W kontaktach z Brukselą Łukaszenka zachowuje się podobnie jak w stosunku do Rosji, czyli dwuznacznie. Owszem, chętnie skorzystał z możliwości spotkania z litewską prezydent Dalią Gribauskaite, podczas którego zaznaczył, że zasadniczym stanowiskiem Białorusi jest bycie ogniwem między Wschodem a Zachodem. Również z pozytywnym nastawieniem z roboczą wizytą do Warszawy przyjechał minister spraw zagranicznych Republiki Białorusi Siergiej Martynow. Na obu spotkaniach były uśmiechy, uściski dłoni, czyli dyplomatyczny standard. Na tym też zakończyła się współpraca między Białorusią i Unią Europejską, bo niedługo po tych spotkaniach przez naszego wschodniego sąsiada przeszła fala represji, zarówno wobec opozycji, jak i Związku Polaków na Białorusi Andżeliki Borys.
Jaki będzie kolejny ruch prezydenta Łukaszenki? Jakikolwiek by on nie był, na pewno nie wyznaczy nowego kursu w polityce tego kraju, ponieważ strategia, jaką przyjął przywódca Białorusinów, póki co sprawdza się na arenie międzynarodowej. Oprócz wymiernych korzyści w postaci intratnych umów gospodarczych, pozwala utrzymać elektorat, zaś przypadki łamania praw człowieka spotykają się z co najwyżej lekkim pochrząkiwaniem ze strony Unii Europejskiej, co w Mińsku jest słabo – jeśli w ogóle – słyszalne. Białorusi odpowiada rola samodzielnego państwa, pytanie brzmi, czy z obecną gospodarką i strukturą społeczną stać ją na niezależność. Sam prezydent nie skłania się ku żadnej koncepcji, społeczeństwo też nie przejawia zdecydowanych prozachodnich bądź prorosyjskich nastrojów. Może dzięki wsparciu z dalekiej Ameryki Południowej uda się Białorusi utrzymać status quo, jednak biorąc pod uwagę temperamenty Łukaszenki i Chaveza, nie można przewidzieć przyszłości tej nietypowej przyjaźni. Póki co na arenie międzynarodowej w grze o swoją sprawę Łukaszenka jest krupierem i chociaż niektórym to przeszkadza, brak na horyzoncie koncepcji, dzięki którym sprawy mogłyby przybrać inny obrót.
Michał Marciniak
Brak komentarzy