Ukraina to nasz sąsiad, a przy okazji duży kraj. W cokolwiek zamierzchłych czasach był to nawet nasz „partner strategiczny”. Podczas pomarańczowej rewolucji wielu Polaków pamiętających epokę „Solidarności” uwierzyło, że na Ukrainie toczy się podobna walka dobrego ze złem (rozczarowanie było zbliżone do polskiego albo nawet silniejsze). W spadku po niegdysiejszym entuzjazmie pozostała nam wspólna organizacja Euro 2012 oraz masa stereotypów i nierozwiązanych problemów. Mamy Ukrainę istniejącą tylko w umysłach elit, Ukrainę analityków i dziennikarzy-specjalistów (liczba takowych ciągle wzrasta, poziom dyskursu pozostaje bez zmian), Ukrainę naukowców (sporo książek wszak się w Polsce na jej temat ukazuje), Ukrainę pasjonatów (którym składam głębokie ukłony), Ukrainę ludzi z Hrubieszowa, Tomaszowa Lubelskiego czy Przemyśla (czyli źródło skromnych dochodów) i Ukrainę naszych polityków (zanikającą). Żadna z nich nie jest prawdziwa.
Decydenci latają do Kijowa samolotami. Kijów jest miastem ciekawym i bogatym. Rozmowy z ukraińskimi politykami odbywają się w nieco zbyt pompatycznych, ale przyjemnych salonach. Ukraińska ekipa prezydenta Janukowycza i polska ekipa premiera Tuska w gruncie rzeczy nie uważają siebie za ważnych partnerów. Nie ma zbyt wielu konfliktów, jest dobrze i przyjemnie, nikt się nie stresuje.
Naukowcy są zadowoleni, kiedy ich książki się ukażą i ktoś je zrecenzuje. Treści w nich zawarte niejednokrotnie mogłyby przyczynić się do przełomu, niewielu jednak je czyta. Na szczęście mamy sporo konferencji. Czasem coś z naukowego dzieła przeciśnie się do dygnitarskiego ucha.
Elity mamy różne. Ta intelektualna wciąż nie umie wyzwolić się ze stereotypów dotyczących stosunków polsko-ukraińskich, wygenerowanych w latach dziewięćdziesiątych. Zbyt często powołujemy się na akademicką wersję myśli Giedroycia i zapominamy, że ostatnia dekada przyniosła spore zmiany w myśleniu Polaków i Ukraińców.
Pasjonaci i tak kochają Ukrainę. To, jak ten kraj wygląda i jakie są nasze relacje z nim, nie ma dla nich znaczenia.
Skromni ludzie z pogranicza grzęzną w kilometrowych kolejkach w Dorohusku, Medyce, Hrebennem i Zosinie. To oni poznają najbiedniejsze chyba części Ukrainy – Wołyń i Ziemię Lwowską – pełne problemów i nacjonalizmu. To oni budują prawdziwe polsko-ukraińskie pojednanie, opierające się na sile niedużego pieniądza. To, co robią, nikogo nie obchodzi, bo to w końcu „mali ludzie”, a Drohobycz i Łuck to nie takie fajne miasta jak Odessa czy Dniepropietrowsk.
Donieck, Dniepropietrowsk i Charków jakoś sobie radzą z przygotowaniami do Euro 2012, rejony przygraniczne nie wyglądają jednak lepiej niż pięć lat temu. Co więcej, nic nie zapowiada zmian. To właśnie dziurawe drogi i problemy z przekroczeniem granicy mogą zostać zapamiętane przez kibiców z Zachodu. Nie czytajmy statystyk, jedźmy do Hrebennego!
Jechałem ostatnio z Sambora przez Mościska do Medyki. Droga stanowczo nie była białoruską „olimpijką” z Brześcia do Mińska – dziura na dziurze niczym po bombardowaniu. Stosunki polsko-ukraińskie bardzo ją przypominają – pełno w nich dziur, jeździmy po niej, bo nie mamy innego wyjścia, a zjechanie z niej w utarte koleiny dróg polskich bardzo nas cieszy. Drogę wprawdzie można załatać, ale tak naprawdę nikomu na tym nie zależy i nikomu nie jest to potrzebne. Rytualne zaklęcia o polsko-ukraińskich stosunkach można wygłaszać w nieskończoność, kto ma mieć dobrze – ma dobrze. A relacje polsko-ukraińskie? Mniejsza o nie.
Łukasz Jasina
Brak komentarzy