PAWEŁ PIENIĄŻEK: Pańska ostatnia książka Czerwony Książę jest między innymi opowieścią o upadku wielonarodowej monarchii
Habsburgów. W którym momencie zwyciężyły państwa narodowe oraz
nacjonalizm, i czy było to nieuniknione?
TIMOTHY SNYDER: Nic, co zdarzyło się w historii, nie musiało się
zdarzyć. Upadek monarchii był chyba przesądzony od 1918 roku. Ostatni
cesarz habsburski Karol miał pomysł, aby kontynuować monarchię po
wojnie. Gdyby nie zwycięstwo aliantów zachodnich i ich ideologii, to
monarchia, w jakiejś formie, mogłaby przetrwać przynajmniej przez kilka
dekad. My teraz myślimy, że to było nieuniknione, bo tak się stało.
Decydujące znaczenie miała I wojna światowa, a nie miejscowy nacjonalizm
czy jakaś inna wielka siła. Jeśli spojrzymy na obecny kształt Europy,
dostrzeżemy, że na kontynencie istnieje jeszcze wiele monarchii i pod
względem wzrostu gospodarczego oraz poziomu demokracji są one najlepiej
prosperującymi państwami. Dlatego nie uważam, aby upadek monarchii miał
być procesem nieuniknionym.
Nacjonalizm też nie był tak silny, jak się powszechnie uważa. W regionie
dzisiejszej Europy Środkowo-Wschodniej najsilniejszy był w Polsce.
Należy jednak pamiętać, że ten nacjonalizm zwyciężył na poziomie
społecznym raczej podczas i po II wojnie światowej. Oczywiście istniały
ruchy i grupy nacjonalistyczne czy patriotyczne, ale nie były one
tożsame ze społecznością, nawet w momencie triumfu listopada 1918 roku.
Przed I wojną światową społeczność polskojęzyczna wcale nie była tożsama
z polskim narodem. Monarchia nie upadła z powodu nacjonalizmu polskiego
czy jakiegokolwiek innego. Monarchia habsburska nie powinna była wtedy
walczyć, a jeśli już musiała, to nie jednocześnie przeciwko Francji,
Rosji i Serbii. Następnym błędem był sojusz z Niemcami.
Chwilowy triumf faszyzmu i nazizmu nie musiał być skutkiem zwycięstwa
nacjonalizmu. Ruchy radykalne rosły w siłę dzięki niepowodzeniu
nacjonalizmu, bo samo posiadanie państwa czy nawet państwa narodowego
nie wystarczyło. Zwolennicy tych ruchów sądzili, że trzeba było czegoś
więcej. Dzięki takiemu poczuciu radykałowie mogli odnieść sukces.
Jak te wszystkie gwałtowne procesy
wpłynęły na naród ukraiński, który miał już jakąś świadomość, ale
żadnych doświadczeń z państwowością? Czy miały znaczenie dla rozwoju
jego poczucia przynależności do jednej wspólnoty?
Obecność bohatera mojej książki, Wilhelma von Habsburga, czyli Wasyla
Wyszywanego, na Ukrainie jest symbolem ważniejszego procesu. Świadomość
Ukraińców była świadomością socjalną, kierowaną przeciwko ludziom,
którzy zajmowali ich ziemie. Wyszywany to rozumiał i dzięki niemu
poczucie ukraińskości na tych terenach w 1918 roku chyba się umocniło.
On ukrainizował i być może jako pierwszy posługiwał się tym terminem.
Rozumiał ogólnoukraińską tendencję i próbował ją przyspieszyć. Udało mu
się to, ale tylko na małych obszarach. Ważniejsze, że rozumiał, mimo
swojej naiwności, związek między klasą a narodowością.
Czy istnienie Ukraińskiej Republiki
Ludowej było od samego początku skazane na niepowodzenie, bo każdy
traktował ją w kategoriach interesu – gdy była potrzebna, to się ją
popierało?
Tak jak upadek monarchii, również powstanie państw narodowych nie było
nieuniknione. Ukraińcy, którzy mieli świadomość narodową i chcieli
stworzyć państwo, nie mieli szczęścia, mieli za to zbyt wielu wrogów i
znikomą liczbę przyjaciół. Musieli walczyć z Białą i Czerwoną Armią,
czasem z Polakami. Sama Ukraina była podzielona – więź między Ukraińską
Republiką Ludową i Zachodnioukraińską Republiką Ludową była sztuczna, w
dodatku narodziła się zbyt późno. Przypadek miał tu ogromne znaczenie.
Patrząc z perspektywy czasu, możemy powiedzieć: ruch ukraiński był
słabiutki, dlatego mu nie wyszło. Ale jego siła nie musiałaby oznaczać
sukcesu, bo ruch litewski był słabszy, a jednak Litwinom się udało.
Czyli tylko brak szczęścia Ukraińców zdecydował o ich niepowodzeniu?
Nie „tylko”, a „też”. Próba sprowadzenia wszystkiego do jednego czynnika
zawsze jest błędem. Szczęście również było potrzebne. Polakom także, bo
gdyby wojna potoczyła się inaczej, polska państwowość mogłaby nie
powstać, mimo dosyć silnego ruchu niepodległościowego. Szczęście samo w
sobie na pewno nie wystarczy, ale jest konieczne.
Co zatem uważa Pan za główny powód porażki Ukraińskiej Republiki Ludowej?
To ciekawe pytanie, bo Ukraińska Republika Ludowa prowadziła bardziej
tolerancyjną politykę wewnętrzną, niż nam się wydaje – na przykład wobec
Żydów, oczywiście pomijając późniejsze pogromy dokonane przez wojsko.
Tak naprawdę trudno sobie wyobrazić sytuację, w której istnienie
Ukraińskiej Republiki Ludowej byłoby możliwe, więc ciężko wytknąć jeden
konkretny błąd. Jeżeli musiałbym jakiś wymienić, to szukałbym go gdzieś w
wojsku i rządzie, bo od nich wszystko zależało. Wiadomo, że wojsko
wymknęło się spod kontroli, ale trudno powiedzieć, czy była to
przyczyna, czy skutek porażki. Błędem było również szukanie pomocy u
Polaków, bo wywołało konflikt wewnętrzny między Ukraińcami zachodnimi i
centralnymi, co też wydawało się nieuniknione. Oczywiście można
dywagować, że niepotrzebne były pogromy czy zbyt późny sojusz z Polską,
który notabene opóźniała strona polska. Jednak sytuacja była tragiczna w
klasycznym tego słowa znaczeniu i ciężko byłoby znaleźć właściwie
rozwiązanie. Ja go nie widzę.
Może więc utworzenie Ukraińskiej
Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, która skonsolidowała terytorium
Ukrainy, można traktować w kategoriach sukcesu nacjonalistów?
Odpowiem trochę inaczej. Przede wszystkim, o czym już wspominałem,
toczyły się wojny o niepodległość Ukrainy – podczas i po rewolucji
bolszewickiej. To oznaczało, że według Włodzimierza Lenina Ukraina
musiała być republiką radziecką. Właśnie przez Ukrainę niemożliwa stała
się koncepcja jednolitego państwa radzieckiego. Rosjanie i Ukraińcy byli
najważniejszymi narodami wchodzącymi w skład nowego państwa
komunistycznego. Dlatego istnienie Ukraińskiej Republiki Ludowej miało
duże znacznie dla świadomości Ukraińców, bo w ramach państwa
radzieckiego, zwłaszcza w latach dwudziestych, nie tylko pozwolono na
rozwój ukraińskiej twórczości, ale wręcz do tego zachęcano. Przed wojną
samo państwo radzieckie, bez jakiejkolwiek presji ze strony Polski czy
ukraińskiego ruchu niepodległościowego spoza Związku Radzieckiego,
rozszerzyło ukraińskie granice dwukrotnie kosztem ZSRR. To nie miało
związku z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów czy Ukraińską Powstańczą
Armią.
Później, bo w trakcie i po II wojnie światowej, Józef Stalin zdecydował
się oddać Lwów i Galicję radzieckiej Ukrainie, a nie powojennej
komunistycznej Polsce, gdyż praktykował geopolitykę etniczną i myślał o
tym, co trzeba komu dać, aby maksymalnie wyciszyć nastroje
nacjonalistyczne. Dlatego oddał Litwinom Wilno, a Ukraińcom Lwów.
Białorusini nie dostali Wilna, bo nie istniał wystarczająco silny
białoruski ruch nacjonalistyczny. Nie wiem, czy działania OUN, a tym
bardziej UPA w jakiś sposób pomogły w stworzeniu zjednoczonej Ukrainy.
Na pewno ogólny fakt istnienia silnego ruchu nacjonalistycznego był
czynnikiem, który Stalin brał pod uwagę w swoich kalkulacjach.
Czy dzięki kilkuletniemu istnieniu
państwa ukraińskiego i aktywnych ruchów nacjonalistycznych Europa
dostrzegła, że „coś” leży między Polską a Rosją?
Na pewno było gorzej, niż zakłada pytanie. Wracając do I wojny
światowej, zachodni alianci nie toczyli wojny na froncie wschodnim, więc
liczących się wojsk amerykańskich, brytyjskich czy francuskich w tym
regionie w ogóle nie było. To, czego chciał lub nie chciał Zachód, nie
miało większego znaczenia. Między innymi dlatego wybuchła wojna
polsko-bolszewicka. Na froncie wschodnim podczas I wojny światowej nie
zwyciężyła żadna ze stron, była za to rewolucja bolszewicka i powstanie
niepodległej Polski. Istnienie narodu ukraińskiego było podważane przez
wielu Polaków, przede wszystkim przez Romana Dmowskiego; polska
dyplomacja traktowała naród ukraiński jako prowokację austriacką czy
niemiecką. Według nich sama koncepcja istnienia narodu ukraińskiego była
wroga, bo wymyśleni przez Niemców, ewentualnie Habsburgów Ukraińcy
mieli osłabić Polskę – sojusznika Zachodu. Tożsamość Ukraińców
rzeczywiście była słaba, tylko nie wiem, jaki interes mieliby mieć na
przykład Amerykanie w uczestniczeniu w rozgrywkach w tym regionie.
Wilhelm
von Habsburg był szykowany przez ojca do objęcia polskiego tronu.
Jednak gwałtowne zmiany pokrzyżowały te plany. Wilhelm został bez tronu,
za to z ambicjami. Odnalazł swój naród i wydawało się, że walczył nie
tylko o władzę. To wyglądało na szczerą fascynację. Mimo to Ukraińcy nie
pamiętają o Wasylu Wyszywanym, a Unia Europejska nie wspomina o
dziedzictwie Habsburgów. On był ważną postacią w walce o niepodległość,
oni ponadnarodową wspólnotą. Czemu o nich zapomniano?
Wasyl Wyszywany to złożony bohater, łączący różne sprzeczności. Przede
wszystkim nie był etnicznym Ukraińcem, do tego był arystokratą. Był
homoseksualny czy biseksualny, a panujący stereotyp nie dawał
praktycznie żadnych szans na karierę polityczną ludziom o innej
orientacji niż heteroseksualna. Jego rodzina wybrała polskość. Wasyla
Wyszywanego pośrednio „zabiła” historia i okres, w którym był skazany na
zapomnienie. Zresztą wielu ciekawych Ukraińców też zostało
zapomnianych.
Europa funkcjonuje według wizji I wojny światowej, gdzie racja należy do
zwycięzców. Dlatego o Habsburgach raczej nie mówi się ciepło. Zwyciężył
mit paneuropejski, a razem z nim republiki. Narodziło się przekonanie,
że imperia wielonarodowe muszą upaść, bo były złe, a przynajmniej
dysfunkcjonalne.
Austriacy też przyjęli ten punkt widzenia i już zapominają o tradycjach
habsburskich. Dopiero przyjazd do Austrii pozwolił mi zrozumieć to
zjawisko. Austriaccy socjaldemokraci traktują panowanie monarchii
habsburskiej jako okres zacofania. W latach pięćdziesiątych XX wieku (po
okupacji Amerykanów, Sowietów, Brytyjczyków i Francuzów) Austriacy
chcieli zbudować silną tożsamość narodową, a to musiało się wiązać z
rezygnacją z ponadnarodowej wspólnoty. Nawet jeśli nie była już wtedy
zapomniana, to na pewno nie stanowiła źródła inspiracji do politycznego
działania. Austrię budowano przeciwko monarchii, wspomnienia o niej
traktowano w najlepszym razie jako nostalgię.
Dlaczego zdecydował się Pan opisać losy Wilhelma von Habsburga?
Nie do końca ja o tym zdecydowałem. Tylko kilka razy w życiu zdarzyło mi
się pisać o tym, o czym naprawdę chciałem. Historyk jest ofiarą
materiałów, które udało mu się odnaleźć. Musi pozwalać uwodzić się
archiwom. Chcę poświęcić moją działalność naukową badaniom nad
nacjonalizmem na podstawie rodzin, których członkowie wybrali różne
narodowości. Było wiele takich przypadków.
Jeden rozdział książki miał być historią trójki braci: „ukraińskiego”
Wilhelma, „polskiego” Karla Albrechta i „austriacko-niemieckiego” Leo
Karla. Jednak podczas pisania i odkrywania kolejnych materiałów uznałem,
że Wilhelm von Habsburg zasługuje na oddzielną książkę.
Timothy Snyder jest profesorem historii na Yale University. Autor książek Nationalism, Marxism, and Modern Central Europe: A Biography of Kazimierz Kelles-Krauz (1872-1905) (Cambridge 1998, w 2010 roku zostanie wydana po polsku przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej), Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569-1999 (Sejny 2006), Tajna wojna. Henryk Józewski i polsko-sowiecka rozgrywka o Ukrainę (Kraków 2008), Czerwony Książę (Warszawa 2010). We wrześniu bieżącego roku po angielsku i w kwietniu 2011 roku po polsku ukaże się Bloodlands: Europe Between Hitler and Stalin.
Brak komentarzy