Od końca poprzedniego tygodnia Ukraina funkcjonuje według nowej, a właściwie starej konstytucji. Wcześniej władza przeprowadziła czystkę wśród sędziów konstytucyjnych, zapewniając sobie decyzje korzystne dla ekipy prezydenta Wiktora Janukowycza. Jednak jeszcze kilka dni przed posiedzeniem Sądu Konstytucyjnego uważano, że po prostu konstatuje on niekonstytucyjność procedur, według których w 2004 roku wprowadzono zmiany do ustawy zasadniczej. Tym samym dano parlamentowi możliwość, aby rozpoczął proces konstytucyjnych zmian i obdarzył Wiktora Janukowycza pełnomocnictwami. Zastępca przewodniczącego Partii Regionów w parlamencie Mychajło Czeczetow stwierdził nawet, że dla takich zmian potrzebna jest większość parlamentarna. Jednak to, co zaproponował Sąd Konstytucyjny, było niespodzianką nawet dla wielu „regionałów” mających pojęcie o prawie.
Potwierdzenie niekonstytucyjności procedur z 2004 roku i zaproponowanie organom władzy funkcjonowania według konstytucji z 1996 roku było całkowicie bezprawne. Przy czym zrobiono to w taki sposób, że władza zyskała możliwość interpretacji decyzji Sądu – z czego natychmiast skorzystała. Ministra sprawiedliwości Ukrainy Ołeksandra Ławrynowicza, doświadczonego prawnika, nie onieśmieliły sprzeczności w decyzji sędziów, więc on także oznajmił, że od teraz w państwie funkcjonuje ustawa zasadnicza z 1996 roku. Tym sposobem miało miejsce bezprecedensowe wydarzenie: konstytucyjnego przewrotu dokonał sam Sąd Konstytucyjny – organ zobowiązany do ochrony konstytucji, a już na pewno do niewtrącania się w jej treść. Ale nie będziemy surowo oceniać jego członków – jasne jest, że byli zależni od władzy. Wielu ukraińskich polityków i obserwatorów od razu po zgłoszeniu poprawek przez rządzącą koalicję do Sądu Konstytucyjnego mówiło o bezprecedensowym nacisku ze strony Administracji Prezydenta.
Najtrudniej zrozumieć, po co to wszystko zrobiono. To prawda, że Wiktor Janukowycz przywrócił sobie pełnomocnictwa, które miał Leonid Kuczma, ale zrobił to przy dosyć wątpliwej legitymizacji, a do tego zupełnie niepotrzebnie. Głowa państwa i tak jest obecnie bezsprzecznym liderem partii rządzącej, kontroluje rząd, parlament i regionalną administrację. Jeśli Janukowycz rzeczywiście bał się osłabienia Partii Regionów podczas wyborów w 2012 roku (chociaż wydaje się, że w ogóle o tym nie myśli), to miał możliwość zebrania konstytucyjnej większości w parlamencie i zmiany ustawy zasadniczej w przepisowy sposób. A tak podał w wątpliwość własną legitymizację i nie jest wykluczone, że nie odciśnie to piętna na jego karierze – nie dzisiaj, ale po utracie władzy. Celowości tej decyzji można upatrywać nie tyle w zamiarach prezydenta, ile w ambicjach szefa jego Administracji. Szefowie Administracji Leonida Kuczmy często rządzili państwem, bo byli o wiele bardziej autorytatywni od premierów. W obecnej sytuacji mój niepokój budzi zwłaszcza Serhij Lowoczkin. Urzędnik ten już okazywał lekceważenie protokołowi dyplomatycznemu, zajmując miejsce przed ministrami. Teraz tych ministrów zmienia się w petentów, czekających na wizytę w Lowoczkina – a nie prezydenckim – gabinecie. Podobnie było za czasów Kuczmy, gdy władzę sprawował wszechmocny Wiktor Medwedczuk. Gdy go zabrakło, nastąpił kryzys i rozpad władzy, odeszli także ci, którzy tę władzę uosabiali.
Witalij Portnikow
Przełożył Paweł Pieniążek.
Brak komentarzy