Przyjęte prawo dorzuca do ukraińskiego systemu następne kontrowersje i niejasności, a do tego w bezczelny sposób ograbia studentów.
„Wiedza nie jest na sprzedaż” – to hasło przewodnie ogólnoukraińskiego
protestu studenckiego przeciwko ustawie 796. Demonstracje odbyły się 12
października w piętnastu miastach, między innymi w Charkowie, Kijowie,
Lwowie, Łucku, Ługańsku, Symferopolu.
Mobilizacja studentów była uzasadniona. Ustawa 796 jest kolejnym
absurdem wprowadzonym przez ekipę prezydenta Wiktora Janukowycza.
Przyjęte prawo dorzuca do ukraińskiego systemu następne kontrowersje i
niejasności, a do tego w bezczelny sposób ograbia studentów. Według
ustawy, powtórne przystąpienie do egzaminu będzie kosztowało od 200 do
900 hrywien. Ceny zależą od tego, u kogo zdaje się poprawkę – najtańsza
będzie u młodszego wykładowcy, najdroższa u profesora. Z kosztami
studenci będą musieli liczyć się również w przypadku niepojawienia się
na zajęciach. Mało tego! Znaleziono też sposób na nadgorliwych – opłaty
za zajęcia dodatkowe. Dorzućmy do tego płatny Internet na terenie
uczelni oraz wiele innych opłat, i można zapomnieć o 53. artykule
Konstytucji Ukrainy, zgodnie z którym państwo jakoby zapewnia bezpłatne
studia na państwowych uczelniach.
Mimo że prezydent Wiktor Janukowycz uznał ustawę 796 za „karygodną” i
nakazał premierowi Mykole Azarowowi ją skasować, studenci nie dali się
zwieść władzy, co dobitnie uświadomił jeden z organizatorów: „Zwrócono
na nas uwagę dopiero, gdy ogłosiliśmy ogólnoukraińską akcję, w której
wezmą udział dziesiątki tysięcy ludzi. Do tego czasu byliśmy ignorowani,
tak przez prezydenta, jak i premiera czy Ministerstwo Edukacji”.
Dodatkowo atmosferę podgrzał znany pisarz Serhij Żadan, wzywając
młodzież do walki o jej prawa: „Władza postawiła krzyżyk na bezpłatnej
edukacji. Zajmuje się kłamstwem i demagogią. W związku z tym pojawia się
pytanie: czy potrzebna nam taka władza? Czy ukraińscy studenci
potrzebują takiego ministra oświaty? Czego on może ich nauczyć? Podstaw
korupcji, teorii łapówkarstwa? Kto z was albo z waszych przyjaciół
popiera jego działania? Czemu jeszcze nie został zdymisjonowany?”. I
studencka machina ruszyła.
Co ważne, akcja została zorganizowana przez niezależną organizację
studencką „Priama Dija”, więc nie mogło być mowy o podstawianiu
opłaconych manifestantów, jak to ma miejsce na wiecach politycznych
(odsyłam do
komentarza Iwana Krastewa).
Wydaje się, że największa grupa zaktywizowała się we Lwowie – na
manifestację przyszło około siedmiu tysięcy ludzi. W Kijowie zebrało się
tysiąc osób – studentów i wykładowców. Niestety, nie obeszło się bez
prowokacji – we Lwowie granatami dymnymi, jajkami i pomidorami obrzucono
budynek Rady Dzielnicy, natomiast w stolicy miały miejsce antysemickie
incydenty (najprawdopodobniej wywołane przez członków nacjonalistycznej
„Swobody”, którzy zapowiadali bojkot protestów organizowanych przez
„lewackie” organizacje). Mimo wszystko akcję można uznać za udaną i
pozostaje mieć nadzieję, że władza jeszcze raz zastanowi się, czy próba
komercjalizowania uniwersytetów nie była zbyt pochopną decyzją.
Paweł Pieniążek
Brak komentarzy