
Powyższe pytanie można potraktować dwojako. W pierwszym przypadku chodzi
o to, czy w Rosji mogą się powtórzyć wydarzenia, jakie obserwowaliśmy w
Gruzji w 2003 roku i na Ukrainie w 2004 roku.
Obecnego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa łączą pewne wspólne
cechy z bohaterem pomarańczowej rewolucji Wiktorem Juszczenką. On też
był młodym, zdolnym człowiekiem systemu. Był, przypomnijmy, premierem w
okresie drugiej kadencji Leonida Kuczmy. To wtedy zdobył sobie sympatię
społeczeństwa dzięki wizerunkowi kompetentnego, nieskorumpowanego
polityka. Dopiero kiedy pozbyto się go z rządu, na dobre związał się z
opozycją. Miedwiediew mógłby pójść podobną drogą.
Popuśćmy wodze fantazji. Jest rok 2012. Choć Władimir Putin postanowił
wrócić na Kreml po czterech latach przerwy, Miedwiediew podejmuje
decyzję, że będzie ubiegać się o reelekcję. Rosyjski duumwirat się
rozpada. Obecny prezydent staje na czele „partii Miedwiediewa”, która –
jak wiadomo – istnieje w Rosji, tylko nie wiadomo, czy sam Miedwiediew
dziś do niej należy. Może liczyć na poparcie części wyborców i elit,
którym podoba się „bezkompromisowa” polityka młodego prezydenta i marzy
się bardziej nowoczesna, mniej poradziecka Rosja. Prezydent – wbrew
sondażom – wybory przegrywa. Pojawiają się głosy, że wyniki zostały
sfałszowane. I co dalej? Czy oszukani wyborcy wyjdą na ulice, czy będą w
stanie się zorganizować, żeby przeciwstawić się potężnej machinie
państwa? Nie wydaje się to zbyt prawdopodobne. Ukraińcy „szykowali się”
do rewolucji cztery lata – była akcja „Ukraina bez Kuczmy”, niemal
wygrane wybory parlamentarne w 2002 roku, Kanał 5, działalność „Pory”
etc. Tego Miedwiediewowi brakuje. Ma jednak inny atut – partię
Miedwiediewa, część administracji,
adminresursu,
po które może sięgnąć. Być może z ich pomocą uda mu się wygrać i
triumfalnie ogłosić obrońcą demokracji. Taki scenariusz będzie miał
jednak więcej wspólnego z rozgrywkami wewnątrzpałacowymi niż z
autentycznym protestem społecznym, jakim była – przy wszelkich jej
słabościach – rewolucja 2004 roku na Ukrainie. I jeszcze jedna sprawa –
porównanie Miedwiediewa do Juszczenki nie jest przypadkowe. Obu
polityków łączy nie tylko to, że są ludźmi systemu, ale i to, że właśnie
z powodu swojej przeszłości nie potrafią z nim skutecznie walczyć.
Juszczenko zawsze się wahał – inaczej niż Julia Tymoszenko – czy walczyć
z systemem Kuczmy, czy iść z nim na układy. Miedwiediew jawi się na tle
Putina jako zwolennik zdecydowanych rozwiązań, niemniej bilans jego
kadencji jest dość umiarkowany. Nawet gdyby miał stanąć na czele
„kolorowej rewolucji” (co nie wydaje się zbyt prawdopodobne), jego
porewolucyjne rządy nie przyniosłyby zasadniczych zmian w Rosji.
Czas na drugie, bardziej zasadnicze pytanie: czy możliwa jest
demokratyzacja i modernizacja Rosji? W ekonomii znany jest termin
„choroba holenderska”, oznaczający negatywne skutki gospodarcze odkrycia
złóż surowców naturalnych. Zyski, jakie przynosi najczęściej ropa czy
gaz, prowadzą do dezindustrializacji, zmieniają społeczeństwo lub jego
część w klasę rentierów, a z władzy czynią dystrybutora tego łatwo
zdobytego bogactwa. Choroby holenderskiej można uniknąć, jeśli państwo i
gospodarka znajdują się na odpowiednio wysokim poziomie rozwoju w
momencie odkrycia drogocennych złóż (
casus Norwegii). W innych przypadkach łatwo można się jej nabawić. Rosja
niewątpliwie cierpi na chorobę holenderską. To jednak stosunkowo świeży
problem.
Największą bolączką, z jaką boryka się Rosja, jest syndrom imperialny.
Rosja/ZSRR nie była jedynym imperium w czasach nowożytnych. Większość
imperiów istniejących w ciągu ostatnich dwustu lat powstało jednak w
inny sposób – Wielka Brytania, Francja, później Stany Zjednoczone były
narodem, zanim stały się imperiami; co więcej, miały określony system
instytucji, tradycje ochrony praw człowieka i swobód obywatelskich,
„kapitalistyczną” gospodarkę. W przypadku Rosji sytuacja była i jest
skrajnie odmienna. Wielka Brytania miała imperium, Rosja była (jest)
imperium. To właśnie imperium jest kluczowym elementem jej tożsamości.
Syndrom imperialny trochę niczym „choroba holenderska” utrudnia
modernizację, sprzyja osyfikacji istniejących struktur politycznych i
społecznych, ogranicza możliwości rozwoju demokratycznych instytucji.
Warunkiem sine qua non demokratyzacji Rosji jest przezwyciężenie
syndromu imperialnego – uznanie prawa do samostanowienia kolonialnych
narodów Federacji Rosyjskiej (Kaukaz Północny, Syberia), rezygnacja z
ingerencji w wewnętrzne sprawy państw sąsiedzkich. Doświadczenia
ostatnich dwudziestu lat pokazują, że Rosja nie jest na to gotowa.
Symptomatyczne jest, że nawet projekty „modernizacji” Rosji (
Rossija XXI wieka: obraz żełajemo zawtra,
Institut Sowriemiennogo Razwitia, Moskwa 2010) zakładają, że nowoczesna
Rosja będzie mocarstwem, uznają za oczywistość istnienie ścisłych
powiązań na obszarze poradzieckim i pomijają milczeniem kwestie
przyszłości nierosyjskich mieszkańców Rosji. W tych warunkach
demokratyzacja Rosji wydaje się co najmniej wątpliwa.
* Andrzej Szeptycki jest adiunktem w Instytucie Stosunków
Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego, członkiem Rady Forum
Polsko-Ukraińskiego. Stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej”.
--
Zobacz także tekst Dmitrija Babicza
Daremne oczekiwania Kaczyńskiego na rewolucję w Rosji !
Brak komentarzy