
Coraz częściej Warszawa, Moskwa, Kijów i Bruksela spoglądają w kierunku Mińska, który przygotowuje się do wyborów prezydenckich. Już 19 grudnia Białorusini będą wybierać najważniejszą osobę w kraju. Przyjrzyjmy się gorącej kampanii wyborczej: wiecom, debatom telewizyjnym, ulicznym dyskusjom i licznym billboardom, których... nie ma?
Kampania finansowana ze środków budżetowych, informująca o zbliżających się wyborach, owszem, istnieje i jest widoczna na ulicach. Oprócz plakatów z datą wyborów, pojawiły się również billboardy propagandowe „Razem jesteśmy Białorusią”, mające na celu zapewnienie zadowalającej frekwencji wyborczej i zwiększenie poczucia przynależności narodowej. Z owych plakatów uśmiechają się do nas na przykład wąsaci panowie z pokaźnymi brzuchami na tle zboża i lśniącego kombajnu lub nauczycielka w szkolnej sali, tłumacząca coś oczarowanej atrakcyjnością przekazywanej wiedzy młodzieży. Wzorów plakatów jest kilka, każdy poświęcony innej grupie społecznej: oprócz wyżej wymienionych, także weteranom wojennym czy inżynierom. Miało być poważnie, wyszło groteskowo. Oprócz tego, na wszystkich urzędach i innych budynkach użyteczności publicznej tydzień temu wywieszono narodowe flagi, a wzdłuż głównych ulic na latarniach powiewają zielono-czerwone proporczyki.
Jeśli chodzi o obecnego przywódcę, to wbrew pozorom jego podobizna nie jest obecna we wszystkich możliwych miejscach. Co więcej, nie ma plakatów w jakikolwiek sposób wprost nawiązujących do głosowania na Aleksandra Grigorowicza! Łukaszenka stosuje bowiem sprytną kryptokampanię. W miastach wiszą transparenty z hasłami: „Za silną i rozwijającą się Białoruś!” czy „Tylko stabilność zapewni nam rozwój”, oraz wspomniane wcześniej billboardy, z których wnioski można wyciągnąć samemu – plony rolnicze są obfite, dzieci się uczą, weteranów się szanuje, pracy nie brakuje. Kto inny może być ojcem tego sukcesu, jeśli nie człowiek rządzący samodzielnie już szesnaście lat?
A co z konkurencją? Nie ma jej. Rzecz nie w tym, że ich kampania jest blokowana, opozycyjnych kandydatów po prostu na takową nie stać. Z dziewięciu kandydatów najbardziej widoczni są Uładzimir Niaklajeu („Mów Prawdę”), Andrej Sannikau („Europejska Białoruś”) i Ryhor Kastusiau (BNF). Wspierający ich ludzie rozdają na ulicach ulotki, rozmawiają z przechodniami, namawiając do głosowania; po ulicach jeżdżą samochody z flagami kojarzącymi się z owymi kandydatami. Organizowane są również pikiety, będące jednocześnie spotkaniami z kandydatami (dotychczas dwie), których organizatorami byli Sannikau i Niaklajeu. Inicjatywy te są jednak niewidoczne.
Temperatura kampanii wyborczej odpowiada tej na białoruskich termometrach i nie wzbudza większych emocji u krajan Jakuba Kołasa i Janki Kupały. Plotek związanych z wyborami jest mało i przeważnie uderzają w ton: „kto z naszych sąsiadów chce nas ograbić”. Niaklajeu, wcześniej postrzegany jako człowiek niezamożny, o wyglądzie odpowiadającym stereotypowi poety, przeobraził się w świetnie prezentującego się dżentelmena w drogim garniturze, a jego kampania jest w tym momencie najgłośniejsza. To od razu wzbudziło podejrzenia, że odpowiedzialny za tę nagłą metamorfozę jest Kreml, który od emisji filmu dokumentalnego
Ojciec chrzestny w państwowej rosyjskiej telewizji, kompletnie dyskredytującego Łukaszenkę, nie kryje niechęci do obecnego prezydenta. Aleksander Grigorowicz nie pozostaje Moskwie dłużny i Sannikaua razem z Niaklajeuem przedstawia jako ludzi finansowanych przez stronę rosyjską; straszy, że w efekcie zwycięstwa któregoś z tych kandydatów Białoruś straci niezależność na rzecz większego sąsiada. Nie w smak niektórym wyborcom są również polskie korzenie Jarosława Romańczuka, z którymi czwarty kandydat w sondażach się nie kryje, ale też nie chwali się nimi na prawo i lewo. Oprócz tego, chodnikowe płyty nie grają niczego interesującego, niczym mantra powtarza się jedynie slogan, że wśród kandydatów nie ma nikogo, kto kierowałby państwem lepiej niż Aleksander Łukaszenka.
W mediach nie wygląda to o wiele lepiej niż na ulicach, chociaż gazety „Nasza Niwa”, wydawana w języku białoruskim, oraz „Bielaruś siegodnia” wydrukowały programy wszystkich kandydatów na urząd prezydencki. Czytelnicy pierwszej są na bieżąco informowani o przygotowaniach do wyborów, ale to jednak wciąż za mało, biorąc pod uwagę, że wybiera się w nich osobę, która będzie miała największą władzę w kraju przez pięć lat – co w przypadku Białorusi może zadecydować o jej „być albo nie być”. W publicznej telewizji odbyła się dotychczas jedna debata przeprowadzona na żywo (chociaż były z tym na początku ogromne problemy). Łukaszenka się na niej nie pojawił, za to dziennikarze prowadzący dali wyjątkowy popis stronniczości. Uładzimir Niaklajeu opuścił debatę w połowie, inni pomstowali na obecnego prezydenta. Ale czy ktoś się tym przejął? Czy ulice Mińska i innych miast tętnią przedwyborczymi dyskusjami? Na to nie wygląda. Na dwa dotychczasowe spotkania opozycjonistów w Mińsku przyszło od tysiąca do dwóch tysięcy osób, a mieszkańców stolica ma prawie dwa miliony. Pozostaje czekać. Czekać na to, co będzie dalej, jeśli w ogóle coś będzie, oprócz od dawna oczywistego zwycięstwa dotychczasowego prezydenta i chwilowego pokrzykiwania grupki idealistycznej młodzieży...
Michał Marciniak