
Hrubieszów jest typowym polskim miasteczkiem przygranicznym. Przez dłuższy czas był pogrążony w marazmie. Marazm właściwie trwa nadal, ale w jednym (przynajmniej) aspekcie został przełamany: ludzie w końcu zaczynają żyć jak w Warszawie – powstają hipermarkety. Niespełna dwudziestotysięczne miasto ma już własny Kaufland i Lidl. Niemiecki kapitał wraz z oferowanym przez niego stylem życia dotarły nad Bug. Codzienność stała się bardziej kolorowa, sosy do makaronów smaczniejsze, a wódki w lodówkach tubylców bardziej urozmaicone.
Myliłby się jednak ten, kto twierdzi, że opisane powyżej wspaniałości są przeznaczone jedynie dla mieszkańców powiatu hrubieszowskiego. Okazuje się, że markety postawiono z myślą o przybywających z Włodzimierza czy Nowowołyńska „turystach zakupowych”.
Polsko-ukraińskie zakupy transgraniczne to wyjątkowo skomplikowany temat. Oczywiście Polacy jeżdżą na Ukrainę. Mimo unijnych i państwowych ograniczeń, w przygranicznych domach pali się głównie ukraińskie papierosy i pije tamtejsze piwo. Powtarza się sytuacja z pogranicza polsko-niemieckiego sprzed wejścia Polski do strefy Schengen.
Ukraińcom do Polski podróżować jest trudniej. Wiadomo, wizy... Ale „Zachód” nęci.
Język ukraiński i – co najciekawsze – rosyjski (możliwe, że przyjeżdżają rodziny górników z Nowowołyńska, gdzie tu i ówdzie trafiają się rosyjskojęzyczni obywatele Ukrainy) rozbrzmiewa w najlepsze na parkingach hipermarketów.
Podążający z Warszawy do Łucka autobus zmienił trasę i zatrzymuje się pod hrubieszowskim Kauflandem, a na lokalnym dworcu już nie staje.
Niemieckie hipermarkety z polską obsługą (rekrutującą się spośród osób do niedawna bezrobotnych) i kolorową ofertą handlową stają się dla niektórych Ukraińców bramą do „polskiej” Europy na zachód od Bugu. Bramą przyjemniejszą od przejścia granicznego w Zosinie.
Łukasz Jasina