NEW |   Dwumiesięcznik społeczno-polityczny poświęcony Europie Wschodniej
en ru ua
O NAS | REDAKCJA | PRENUMERATA | GDZIE NAS KUPIĆ | REKLAMA | WYDAWCA | KONTAKT | RSS RSS

Jestem gotowy na każdy scenariusz

kategorie: Publicystyka
dodano: 2010-12-17 05:00:00 przez: Z Uładzimirem Niaklajeuem rozmawia Tomasz Kułakowski

Tomasz Kułakowski: Jest Pan jednym z dziesięciu kandydatów na prezydenta Białorusi. Zdecydował się Pan startować, mimo że z Łukaszenką nikt nie wygra. Jestem pewien, że obecny prezydent spektakularnie zwycięży już w pierwszej turze wyborów, 19 grudnia.

Uładzimir Niaklajeu: Niejedna dyktatura padła na świecie, więc dlaczego nie miałby runąć reżim Łukaszenki? Podczas tych wyborów jest wyjątkowa szansa na zwycięstwo – po raz pierwszy, od kiedy działa demokratyczna opozycja na Białorusi.

Po pierwsze, znaczenie ma gospodarka. Ludzie wiedzą, że kampania wyborcza Łukaszenki jest populistyczna i oszukańcza, ponieważ prezydent podnosi pensje, świadczenia socjalne, stypendia, emerytury i renty, nie mając na to pieniędzy. Społeczeństwo doskonale rozumie, że on na kredyt chce podnieść notowania. W poprzednich latach to się udawało, ale teraz ludzie tego nie kupią, ponieważ nie chcą stabilizacji, która jest zastojem. Mają dość kryzysu.

Po drugie, Rosja ma z Łukaszenką na pieńku i chce go wymienić na „lepszego” prezydenta. Kreml poprzez emisję filmów dokumentalnych w telewizji skompromitował jesienią Łukaszenkę, oskarżając go o morderstwa polityczne. Do tej pory to Moskwa utrzymywała reżim, dotując ceny na ropę i gaz. To się zmieniło, ceny i cła skoczyły w górę, rentowność strategicznych białoruskich przedsiębiorstw stoi pod znakiem zapytania. Łukaszence pali się grunt pod nogami.

Po trzecie, jest nacisk Unii Europejskiej. Bruksela, prowadząc w miarę otwarty dialog z Łukaszenką, sprawiła, że prezydent poszedł na ustępstwa wobec Zachodu. Dzięki temu mieliśmy całkiem liberalną kampanię wyborczą, nie było prześladowań opozycji, zamykania w więzieniach. Władze „pozwoliły” na zebranie stu tysięcy podpisów do zarejestrowania mojej kandydatury. Unia będzie pilnować, by te wybory były uczciwsze niż poprzednie.

Po raz ostatni możemy decydować o swoim losie, ponieważ po wygranej Łukaszenka doprowadzi państwo do krachu i podczas następnych wyborów o naszym losie zdecydują partnerzy międzynarodowi, bez udziału opozycji. Nie mogę do tego dopuścić, dlatego kandyduję i przekonuję białoruskie społeczeństwo do podjęcia strategicznej decyzji o swojej przyszłości.

Czym różni się Pan od Aleksandra Łukaszenki?

Jestem konsekwentny w działaniu i nie zmieniam dziesięć razy dziennie programu i przyjaciół, jak Łukaszenka. Poza tym potrafię dogadywać się jednocześnie ze Wschodem i Zachodem, w przeciwieństwie do Aleksandra Łukaszenki, który doprowadził do najgorszych stosunków z Moskwą, a z Brukselą w ogóle nie nawiązał współpracy.

Wydaje się, że największym problemem dzisiejszej Białorusi jest jednak gospodarka.

Zgadzam się. Dla mnie nie ma znaczenia, kto rządzi, byle by zreformował gospodarkę. Łukaszenka nie jest w stanie tego zrobić, ponieważ nie da się zmodernizować tego sektora bez wdrożenia reform politycznych, a modernizacja systemu politycznego oznaczałaby koniec dyktatora. Dlatego wszystkie deklaracje Łukaszenki o demokratyzacji, odwilży politycznej czy reformach to wyłącznie obiecanki.

Jaką ma Pan strategię na reformy polityczne i gospodarcze?

Chcę znowelizować Konstytucję z 1994 roku, by nawet teoretycznie nie było powrotu do dyktatury. Będę dążył do stworzenia ustroju politycznego opartego o trójpodział władzy. Natomiast przy modernizacji gospodarki potrzebujemy rozsądku. Na Białorusi funkcjonują dziesiątki nierentownych przedsiębiorstw państwowych. Nie mógłbym wszystkich zlikwidować, ponieważ bankructwo dotknęłoby całe rodziny, co doprowadziłoby do niepokojów społecznych. Nie będziemy zamykać państwowych molochów, dopóki nie stworzymy nowych miejsc pracy. Dlatego moją misją jest rozwój małej i średniej przedsiębiorczości – tej dynamicznej siły, która pociągnie za sobą całą gospodarkę. To dobra praktyka byłych państw komunistycznych, w tym Polski. Dlatego ja mam szansę na sukces, w przeciwieństwie do Łukaszenki.

Wracając do polityki międzynarodowej, który partner jest dla Pana ważniejszy – Rosja czy Unia Europejska?

Dla Białorusi zawsze w równym stopniu była ważna Rosja i partnerzy zachodni. Ci, którzy głoszą, że powinniśmy opowiedzieć się po jednej ze stron, nie życzą Białorusi dobrze i nie dbają o jej interesy. Polityka wschodnia Białorusi istnieje od zawsze i rozwija się dynamicznie. Z całej tej spuścizny możemy wybrać to, co wartościowe, a resztę zmienić lub odrzucić. Natomiast wektor zachodni istnieje wyłącznie w sferze deklaracji. Nie mamy żadnych formalnych ram współpracy z Unią Europejską. Nie ma nas w Radzie Europy ani na forach Parlamentu Europejskiego.

Z drugiej strony wieszczenie, że Białoruś w ciągu najbliższych lat wstąpi do Wspólnoty, to utopia. Do struktur europejskich wiedzie długa droga, a my jesteśmy skazani na współpracę z dwoma partnerami międzynarodowymi. Tak jak nasza gospodarka nie jest w stanie funkcjonować bez powiązania z Rosją, tak nie zbudujemy społeczeństwa obywatelskiego i systemu gospodarczego opartego na nowych technologiach bez wsparcia Zachodu. Rosja również chce się modernizować i to nas łączy.

Na początku listopada z Łukaszenką w Mińsku spotkali się ministrowie spraw zagranicznych Polski i Niemiec – Radosław Sikorski i Guido Westerwelle. Wówczas Łukaszenka zapewnił, że wybory będą demokratyczne. Wierzy Pan w to?

Nie, ale Łukaszenka musiał coś obiecać, ponieważ w innym wypadku pogrzebałby szanse na kontynuację dialogu z Unią Europejską. Z drugiej strony Bruksela nie powinna naiwnie ufać Łukaszence. Radosław Sikorski obiecał, że Białoruś otrzyma 3 miliardy euro unijnej pomocy strukturalnej w ciągu trzech lat, jeżeli wybory będą transparentne. Jednak za tę kwotę Łukaszenka chce sprzedać wyłącznie imitację demokratyzacji. Zatem moja propozycja jest taka: skoro on sprzedaje fałszywą demokrację, zapłaćcie mu lewymi pieniędzmi. Po drugie, nawet jeśli Łukaszenka bezczelnie sfałszuje te wybory, nie będę namawiał Brukseli do zamrożenia dialogu z Białorusią.

Misja Sikorskiego i Westerwellego to był błąd?

I tak, i nie. Z jednej strony przyjazd ministrów był rozdmuchany propagandowo dla legitymizacji dyktatora i pokazania, że Unia uważa go za „genialnego” polityka. Z drugiej strony ministrowie dali jasny przekaz opozycji, że nie zostanie sama w walce z reżimem i nie padnie ofiarą zbliżenia Białorusi z Zachodem. To dla nas gwarancja bezpieczeństwa, że milicja nie będzie nas biła pałami i strzelała do tłumu. Unia zapewniła parasol i Łukaszence, i nam.

Co Pan zrobi po sfałszowanych wyborach i naciąganym zwycięstwie Łukaszenki?

Jest tylko jeden wariant – wyprowadzenie ludzi na ulice dla obrony naszych praw i podziękowania za głosy wyborców. Skala fałszerstw powinna zdeterminować moich rodaków do wyjścia na miński plac. Co będzie dalej, zależy od konfrontacji z reżimem. Jeżeli przyjdzie nas sto tysięcy, Łukaszenka będzie musiał natychmiast odejść. Jeśli zgromadzi się o połowę mniej ludzi, trzeba będzie z prezydentem negocjować dopuszczenie nas do władzy. Natomiast jeśli na placu będzie jeszcze mniej obywateli, postaramy się o lokalne zwycięstwa. Oddanie przez Łukaszenkę nawet cząstki władzy będzie oznaczać, że nie rozgoni nas siłą. Poza tym automatycznie przejdziemy z kampanii prezydenckiej do parlamentarnej. Trzydzieści pięć moich sztabów w całym kraju po wyborach prezydenckich będzie pracowało dalej, by wprowadzić jak najwięcej ludzi do parlamentu jesienią 2012 roku. Według naszych danych, w obu izbach może się znaleźć nawet czterdziestu naszych deputowanych. Wówczas będziemy mieli realny wpływ na prace parlamentu i zaczniemy prowadzić legalną walkę z reżimem. Wariant ewolucyjny jest bardziej realny, ponieważ mało kto wierzy w kolorową rewolucję. Ja jednak wierzę, ponieważ wystarczy jeden kamień, by wywołać lawinę.

A nie boi się Pan, że po wyborach trafi Pan za kratki? Taki los spotkał cztery lata temu Aleksandra Kazulina, kontrkandydata Łukaszenki w poprzednich wyborach. Przesiedział w więzieniu dwa lata, między innymi za chuligaństwo i organizowanie nielegalnych zgromadzeń.

U nas nie ma wyborów, tylko wojna. Kiedy ruszasz na front, zdajesz sobie sprawę, co cię może spotkać, więc podejmujesz odpowiedzialne decyzje. Nie chcę mówić, czy się boję. Jestem gotowy na każdy scenariusz, łącznie z więzieniem.

Dlaczego nie udało się skonsolidować opozycji i wysunąć jednego kandydata?

Przyczyna jest banalna, podyktowana ludzkimi ambicjami. Liderzy partii opozycyjnych nie startują w wyborach, aby je wygrać, lecz by zaistnieć w opinii publicznej. Proponowałem, byśmy wyłonili jednego kandydata i nie nalegałem, by był to Niaklajeu. Niestety, nie udało się porozumieć.

Jest Pan oceniany jako kandydat nie tyle prorosyjski, co stricte rosyjski, jako projekt polityczny Kremla.

Nie przeszkadza mi, że trafiłem w prorosyjską niszę. Ukierunkowanie na Rosję, będące w opozycji wobec władzy, pomogło mi wiele osiągnąć. Wiedziałem, że stosunki Łukaszenki z Rosją będą coraz gorsze, że możemy po raz pierwszy w historii niepodległej Białorusi przejąć prorosyjski elektorat prezydenta. Według niezależnych sondaży, popiera mnie 17 procent społeczeństwa. Jednak tylko 7 procent to tradycyjny, demokratyczny elektorat opozycji. Pozostali to wyborcy prorosyjscy, którzy wcześniej głosowali wyłącznie na Łukaszenkę.

Drugi plus mojej prorosyjskości jest taki, że ta „łatka” pozwala mi wpływać na dwie najbardziej uprzywilejowane grupy społeczeństwa, czyli urzędników i struktury siłowe. Dla nich wyłącznie autorytet Rosji ma znaczenie, ponieważ innego nie znają. To bardzo ważny czynnik. Przestałem się także przejmować tym, że moją kampanię wspierają rosyjskie firmy. Wiele razy podkreślałem, że „rosyjskie” nie znaczy „polityczne”.

Jestem kandydatem probiałoruskim, ponieważ moim zadaniem jest wyciągnięcie Białorusi z państwa-monstrum, którego prezydent nie rozumie, dlaczego się pojawiło, dlaczego funkcjonuje i jaka będzie jego przyszłość. A to, że wykorzystuję w równym stopniu kierunki wschodni i zachodni, działa na moją korzyść. Taka jest Realpolitik dzisiejszej Białorusi. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że podczas oficjalnej rejestracji kandydatów byłem w Warszawie, a następnie udałem się do Moskwy.

Uładzimir Niaklajeu jest białoruskim poetą i politykiem, opozycyjnym kandydatem na prezydenta Białorusi.

Artykuł ukazał się w „Dzienniku Polskim”
Nika Marharytka @2010-12-19 15:35:30
Dla wszystkich tych, którzy chcą śledzić wybory na Białorusi na bieżąco, w języku polskim, zachęcamy do zaglądniecia na blog bialorus2010.blogspot.com/2010/12/wybory-prezydenta-reportaz-online.html - wpisy są dodawane aktualnie, ze znanych stron niezależnych mediów białoruskich! Warto szerzyć niezależną informację białoruską!
trzygrosze @2010-12-19 20:50:07
"U nas nie ma wyborów, tylko wojna." Niestety miał rację.
tomik @2010-12-19 22:42:05
Był gotowy na każdy scenariusz...

NEW 3-4/2012
Fotogalerie:
Komentowane:
Znajdź nas na:
Znajdź nas na Facebooku Znajdź nas na YouTube Znajdź nas w Salonie24
Polskie radio dla zagranicy
Cytat:
Naprawdę w Polsce można być w polityce i niczym się nie interesować. Wszyscy znają się na Rosji, a prawie nikt tak naprawdę się nią nie interesuje, nie wie, co się z nią dzieje. Bo ona jest potrzebna jako pretekst, straszak, nic ponadto.
Wiesław Walendziak
„Krytyka Polityczna” 22/2010
Polecamy: