
Bez wątpienia każdy, kto oglądał
Cyrulika syberyjskiego Nikity
Michałkowa, pamięta wjazd cara Aleksandra II na dziedziniec
moskiewskiego Kremla. Na ekranie można było zobaczyć kwintesencję
monumentalnych rosyjskich rytuałów. Koronacje carskie biły na głowę to,
co działo się przy tej samej okazji w Londynie czy Krakowie.
Monumentalizm przejęli później komuniści, a przeprowadzane z pompą
kolejne inauguracje Borysa Jelcyna, Władimira Putina i Dmitrija
Miedwiediewa tylko potwierdzały rzeczoną tradycję.
Piątkowe zaprzysiężenie Aleksandra Łukaszenki ma się do moskiewskich
ceremonii imperialnych tak, jak śródmieście Mińska do śródmieścia
Moskwy. Usiłuje je naśladować, ale wychodzi z tego jedynie farsa.
Sceneria mińskiego Pałacu Republiki przypomina swoją sowieckością
kremlowski Pałac Zjazdów. Scena i wielka widownia mają olśnić każdego,
kto ją zobaczy. W obecnej dobie taki efekt może oddziaływać jedynie na
jednostki mocno zakompleksione. Teraz olśniewa już co innego – tradycja.
Putin przeniósł „koronację” rosyjskich prezydentów na Kreml – symbol
władzy i potęgi. Na Białorusi nie ma innej niż sowiecka tradycji, do
której mógłby się odwołać jej włodarz. Za nim stoi symbolika zgrzebnego
gmaszyska w surrealistycznym centrum Mińska…
Z pozoru jednak wszystko wyglądało dobrze. Na sali stawiła się też spora
reprezentacja prawosławnego episkopatu, a nawet sam arcybiskup
mińsko-mohylewski Tadeusz Kondrusiewicz. Łukaszenka otrzymał więc sakrę
od przedstawicieli kościołów: wschodniego i zachodniego na Białorusi.
Ceremonia zaprzysiężenia białoruskiego prezydenta samozwańca miała
udowodnić, że jest on przywódcą silnym, a jego władzę nadal otacza nimb.
Jednak uroczystość pokazała, że jest inaczej. Władza Łukaszenki
przypomina monumentalne budowle Mińska, Grodna czy Baranowicz – starają
się być równie wspaniałe, jak te z Moskwy czy Petersburga, ale szybciej
marnieją i zapadają w prowincjonalnym błocie.
Łukasz Jasina