
Wiktor Fedorowycz Janukowycz do intelektualistów nie należy. Jest robotnikiem, wychowanym i ukształtowanym przez Związek Radziecki. W fabrykach im. Lenina pracował jako spawacz, elektryk i mechanik. Nim „wdepnął w g…” (jak sam o sobie powiedział) i trafił do polityki, dwadzieścia lat dyrektorował różnym donieckim przedsiębiorstwom. Jego życie uformował również kryminał. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwukrotnie trafił do więzienia – za pobicie z rabunkiem oraz uszkodzenie ciała. Akta obu spraw tajemniczo zaginęły, ale w jednym z wywiadów telewizyjnych Janukowycz z łezką w oku wspominał, że więzienie kształtuje człowieka.
Teraz „ukształtowany” Janukowycz, który nie potrafi wysłowić się ani po rosyjsku (w tym języku myśli), ani po ukraińsku, i czasami nawet kilka minut szuka odpowiedniego sformułowania, zasiada na najwyższym stołku – prezydenta. Korzysta z niego w celu rozprawienia się ze znienawidzoną „pomarańczową” opozycją, tłamszenia mediów i społeczeństwa obywatelskiego, zaś jego rodowita Partia Regionów o niebieskich jak niebo barwach korzysta z koniunktury politycznej. Jednocześnie oligarchowie z Zagłębia Donieckiego, dla których Janukowycz jest gwarantem „stabilnego prowadzenia interesów”, powiększają swoje majątki – prosperując w korupcjogennym i biurokratycznym, półlegalnym systemie gospodarczo-politycznym.
Władza w rękach JanukowyczaWiktor Janukowycz jest dobrze znany w swoim kraju. W latach 2002-2003 i 2006-2007 był premierem, startował w wyborach prezydenckich w 2004 roku, kiedy przegrał ze swoim imiennikiem Juszczenką. W ubiegłym roku do władzy wyniosła go właśnie tak zwana „pomarańczowa zaraza”, jak złośliwie nazywana jest nad Dnieprem prowadząca ze sobą nieustanną wojnę dawna koalicja z kijowskiego Majdanu. Janukowycz w drugiej turze pokonał Julię Tymoszenko przewagą 10 procent głosów.
Nowy prezydent, nauczony doświadczeniem z „pomarańczowej rewolucji”, że władza może wymknąć się z rąk, poszedł drogą „kuczmowskiej” sterowanej demokracji. Najpierw z naruszeniem konstytucji stworzył koalicję parlamentarną. By była ona mocna, dokooptowano pojedynczych deputowanych, omamionych możliwościami biznesowymi, jakie otwierają się przy partii władzy. Było to oczywiście niezgodne z konstytucją, ponieważ wyłącznie frakcje mogą tworzyć koalicję. Prawo nagięto na korzyść Janukowycza, w czym pomógł Sąd Konstytucyjny, który nigdy nie cieszył się szeroką niezawisłością, a pod rządami Janukowycza stał się filarem nowej władzy.
Jednak wśród sędziów SK byli jeszcze ludzie mianowani przez Wiktora Juszczenkę, więc ich w niejasnych okolicznościach wymieniono. Nowi członkowie wzięli się do pracy i 1 października 2010 roku ogłosili, że poprawki do konstytucji z 2004 roku, zmieniające ustrój polityczny z prezydenckiego na parlamentarno-gabinetowy, były niezgodne z ustawą zasadniczą. Powróciły rządy twardej prezydenckiej ręki, jak za czasów Leonida Kuczmy.
Ostatnim etapem monopolizacji władzy było zwycięstwo Partii Regionów w wyborach lokalnych z 31 października 2010 roku. Tam, gdzie nie udało się wygrać, zwyciężyli bowiem przedstawiciele nacjonalistycznej partii Swoboda i ugrupowania Julii Tymoszenko Batkiwszczyna (Ojczyzna), organy kontrolne, służba bezpieczeństwa i wymiar sprawiedliwości zajęły się tym, by merowie miast o innych barwach dobrze współpracowali z „niebieską” centralą.
Opozycja w prokuraturzeJanukowycz nie zaszedłby w swoim zuchwalstwie tak daleko, gdyby nie opozycja. W początkowych miesiącach oponenci z byłą premier Julią Tymoszenko na czele nie mieli żadnej strategii działania, tym bardziej że opozycja była wyniszczona po nieustannych wojnach na górze między „pomarańczowymi” koalicjantami w latach 2005-2009. Po przegraniu wyborów prezydenckich „piękna Julia” nie miała siły na dalszą walkę. Poparcie społeczne spadło w pewnym momencie do 10 procent, za co przywódczyni opozycji obraziła się na naród, poczuła się bowiem zdradzona.
Z biegiem miesięcy, gdy Tymoszenko zaczynała nabierać wiatru w żagle, do ofensywy ruszyły służby podległe Janukowyczowi. Państwowa Administracja Podatkowa rozpoczęła prześladowania biznesu powiązanego z byłą premier, który w większości i tak przeszedł pod „patronat” partii władzy, zaś sądy i prokuratury zaczęły jawnie oskarżać Julię Tymoszenko i jej współpracowników o korupcję i złe wydatkowanie państwowych pieniędzy. Ciągana po przesłuchaniach liderka opozycji traciła w oczach społeczeństwa, ale nie poddała się.
– Na Ukrainie powracają czasy stalinowskich sądów – powiedziała ostatnio po opuszczeniu prokuratury, gdzie zapoznała się z materiałami dowodowymi. Według nich, Tymoszenko jako premier zakupiła między innymi przestarzałe, niefunkcjonalne karetki pogotowia i wypłacała emerytury z pieniędzy otrzymanych ze sprzedaży kwot emisyjnych dwutlenku węgla w ramach protokołu z Kioto.
W zarzutach korupcyjnych jest wiele (jeśli nie większość) prawdy, wszakże premier Tymoszenko w latach najostrzejszego kryzysu prowadziła skrajnie populistyczną i nieodpowiedzialną politykę, podwyższając emerytury, renty czy stypendia dla studentów bez pokrycia w budżecie. Jednak działania prokuratury oraz innych instytucji państwowych nie pozostawiają wątpliwości – Janukowycz radzieckimi metodami dusi opozycję, myśląc już o jesieni 2012 roku. I już osiągnął swoje – półtora roku przed wyborami parlamentarnymi nie ma na Ukrainie siły mogącej przełamać monopol Partii Regionów.
Po pierwsze, gospodarkaJanukowycza można by długo krytykować, między innymi za powrót cenzury, podporządkowanie sobie mediów i dziennikarzy bądź pozbawienie i odebranie koncesji nadawczych tym, którzy nie chcieli się podporządkować. Można mu wypominać wykorzystywanie służb bezpieczeństwa do szykanowania organizacji pozarządowych. Wszakże Janukowycz to produkt radzieckiego systemu, nierozumiejący takich pojęć jak demokracja czy państwo prawa, lecz działający według zasady „zwycięzca zgarnia wszystko, reszta musi się podporządkować”.
Jednak należy zwrócić uwagę na podjęcie prób reformowania gospodarki. Jeśli Janukowycz na czymś naprawdę się zna, to właśnie na tej pragmatycznej sferze. Zmuszony koniecznością pozyskania kredytów zagranicznych na łatanie dziury budżetowej i zmniejszenie deficytu, Janukowycz podniósł obywatelom o 50 procent opłaty za gaz, który i tak pozostaje śmiesznie tani w porównaniu z ceną importu surowca. Ponadto wzrosły opłaty komunalne, władze zaczęły grzebać w sferze socjalnej, rozdętej przez polityków funkcjonujących w stanie permanentnej kampanii wyborczej.
Szykuje się reforma emerytalna. Jeżeli Janukowycz jej nie przeprowadzi, w 2030 roku na 1000 pracujących Ukraińców przypadnie 1005 emerytów. Stąd konieczne jest podniesienie wieku emerytalnego kobiet o pięć lat, by przechodziły na „późną młodość” w wieku 60 lat, tak jak mężczyźni. Jednak tę reformę trzeba wdrażać kompleksowo, by opłacało się pracować i było gdzie. Podnoszenie wieku emerytalnego w sytuacji bezrobocia byłoby rozwiązaniem wręcz niepotrzebnym. Ludzie Janukowycza nad tym pracują.
Kij ma jednak dwa końce i wystarczy posłuchać polskich inwestorów na Ukrainie, by zrozumieć, jak dużo pracy jest jeszcze przed ekipą Janukowycza. Fiskus znad Dniepru nie zwrócił biznesmenom znad Wisły zaległego podatku VAT z tytułu zrealizowanych operacji eksportowych. Według szacunków polskiego Ministerstwa Gospodarki, zadłużenie wynosi około 80 milionów złotych. Poza tym, Ukraińcy utrudniają odprawę celną towarów eksportowanych na Ukrainę – dotyczy to głównie owoców i warzyw oraz tworzyw sztucznych. Lista barier jest długa: nieprzejrzystość i niespójność przepisów prawnych, biurokracja i uznaniowość urzędników, korupcja, słabe sądownictwo, które broni podmioty gospodarcze po „uiszczeniu opłaty”, czyli wręczeniu łapówki.
Dryf zachodni Wydaje się jednak, że Janukowycz znajduje się na drodze ku modernizacji. Ukraina jest liderem unijnego Partnerstwa Wschodniego. Spośród sześciu poradzieckich państw objętych Partnerstwem prowadzi najbardziej zaawansowane rozmowy na temat utworzenia strefy wolnego handlu z Unią Europejską i podpisania umowy stowarzyszeniowej, a także ustanowienia reżimu bezwizowego. Te negocjacje ślimaczą się, wdrażanie norm unijnych idzie Ukraińcom jak krew z nosa, ale dreptanie jest dostrzegalne. Janukowycz stoi przed ogromną szansą zbliżenia Ukrainy do Unii Europejskiej. Pomaga w tym również projekt infrastrukturalny pod nazwą „Euro 2012”, który pozwoli ucywilizować choćby Lwów, będący oknem Ukrainy na świat. Wprawdzie Janukowycza cechuje ambiwalentność, ponieważ negocjując tworzenie strefy wolnego handlu z Unią, jednocześnie rozmawia na ten temat z Rosją i członkami Wspólnoty Niepodległych Państw, ale czyni to zapewne, by mieć „straszak” zarówno na jednych, jak i na drugich.
Janukowycz to pragmatyk. Gdy pozbył się z rządu Julii Tymoszenko i umieścił w gabinecie „technicznego” premiera Mykołę Azarowa, zaczął naprawiać stosunki z Rosją, nadwerężone po nacjonalistycznych rządach antyrosyjskiego Wiktora Juszczenki. W kwietniu ubiegłego roku wynegocjował w Moskwie tańszy o około 30 procent gaz. Ulgę odczuł wielki przemysł chemiczny i metalurgiczny, który finansuje Janukowycza. Za tę transakcję prezydent zapłacił słono, zgodził się bowiem na wydłużenie stacjonowania na Krymie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej do 2043 roku, po raz kolejny łamiąc konstytucję, która zakazuje pobytu obcych wojsk na terytorium kraju.
Po początkowej polityce ustępstw wobec Rosji Janukowycz zmienił front. Zrozumiał, że nie wystarczy spotykać się z prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem i premierem Władimirem Putinem co kilka tygodni, by mieć z Kremlem po drodze. Przekonał się, że Rosja nie zrezygnuje z budowy gazociągu Południowy Potok (South Stream), omijającego Ukrainę i pozbawiającego ją sporych pieniędzy za tranzyt, a nawet stwarzającego zagrożenie odcięcia od dostaw błękitnego paliwa. Pojął rosyjską politykę wobec regionu, gdy władze w Moskwie uparły się i podjęły nieudaną próbę przejęcia całkowitej kontroli nad Naftohazem i gazociągami ukraińskimi. To właśnie – między innymi – dzięki Moskwie Kijów dryfuje w kierunku zachodnim.
Warszawa bliżej Kijowa? Szkoda tylko, że Janukowycz nie dostrzega znaczenia Polski w Unii Europejskiej i przykładu, jakim może służyć dla ukraińskiej transformacji społeczno-polityczno-gospodarczej.
Mimo to niedawna wizyta Janukowycza nad Wisłą, przekonywanie Polaków do przedłużenia ropociągu Odessa-Brody przez Płock do Gdańska i lobbowanie na rzecz kupna przez donieckich inwestorów kompanii naftowej Lotos daje nadzieję, że ukraiński prezydent zacznie doceniać Warszawę. Najpierw w kontekście gospodarczym, czyli tym najbardziej pragmatycznym, a następnie być może skorzysta z naszych doświadczeń reformy administracji publicznej czy samorządu. A może wtedy okaże się, że Kijów nie leży tak daleko, jak się polskim władzom wydaje?
Tomasz Kułakowski
Artykuł ukazał się w „Dzienniku Polskim”.
--
Zobacz także:
Ołeksij
Harań Balans został zachwiany
Janukowycz może i demokratą nie jest, ale wie, że trzeba w końcu jakieś reformy robić, a ma do tego większość i teraz jest na to szansa. Po wynegocjowaniu i podpisaniu umowy o wolnym handlu z UE i umowy stowarzyszeniowej i przeprowadzeniu pierwszych reform na pewno będzie łatwiej robić interesy na Ukrainie niż dotychczas. Im bliżej Polska zwiąże się gospodarczo z Ukrainą, tym bardziej Polska będzie potrzebna Ukrainie, również jako wzór w reformowaniu się.
„Za tę transakcję prezydent zapłacił słono, zgodził się bowiem na wydłużenie stacjonowania na Krymie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej do 2043 roku, po raz kolejny łamiąc konstytucję, która zakazuje pobytu obcych wojsk na terytorium kraju.”
a. Prezydent nie zapłacił słono, gdyż przedłużenie stacjonowania Floty Czarnomorskiej na Krymie było oczywiste dla wszystkich na Ukrainie. Pytanie było na jakich warunkach. Autor sam potwierdza, że dzięki przedłużeniu stacjonowania Floty Ukraina otrzymała o 30 procent tańszy gaz.
b. Pkt. 7, art. 17 Konstytucji Ukrainy brzmi: „Na terytorium Ukrainy niedopuszczalne jest rozmieszczanie baz wojskowych innych państw”. A więc konstytucja nie wyklucza możliwości stacjonowania obcych wojsk, lecz zakazuje tworzenie własnych baz wojskowych przez inne państwa. Rosyjska Flota Czarnomorska stacjonuje na ukraińskiej bazie wojskowej, a to zasadnicza różnica. Dodatkowo Rozdział XV, pkt. 14 Konstytucji Ukrainy stwierdza: „Wykorzystanie istniejących na terytorium Ukrainy baz wojskowych przez tymczasowo stacjonujące formacje wojskowe innych państw możliwe jest na zasadach dzierżawy, w trybie określonym przez umowy międzynarodowe zawarte przez Ukrainę i ratyfikowane przez Radę Najwyższą Ukrainy”. Innymi słowy Konstytucja wyraźnie przewiduje możliwość stacjonowania obcych wojsk, ale na bazach wojskowych, będących własnością Ukrainy, tak jak jest to w wypadku Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu.
To pan, panie Jurku, chyba kompletnie nie rozumie o co chodzi w strefie wolnego handlu, ani w gospodarce wolnorynkowej. Na zakupy to Ukraińcy już przyjeżdżają, ci co mieszkają w strefie nadgranicznej i o żadnych skokach cen tam nikt nie słyszał, poza tymi, które są wszędzie. Obecnie stawki na import towarów na Ukrainę są praktycznie zerowe, to bardziej Unia chroni swój rynek, niż Ukraina.
Owszem będzie konkurencja ze strony wielkich konglomeratów rolniczych i spożywczych na rynku unijnym, ale im większa konkurencja tym lepiej.