
Rosja nie jest w stanie zagrozić Polsce przy użyciu miękkiej siły – nie twierdzę, że Polacy są na nią impregnowani, ale ona po prostu nie działa w krajach, gdzie istnieje pluralizm poglądów, gdzie tanie triki, które sprawdzają się na Ukrainie czy Białorusi, można łatwo zdemaskować. Dlatego dyskutowanie w Polsce na ten temat uważam za walkę z duchami przeszłości. I to starszymi niż wypowiedź Sikorskiego o pakcie Ribbentrop-Mołotow, która
nota bene pochodzi z tego samego czasu, kiedy zaogniał się spór o Brązowego Żołnierza w Estonii.
Wymienione przez Andrzeja Szeptyckiego przykłady dziwnych przyjaźni polsko-rosyjskich są prawdziwe – można by dodać jeszcze nadajniki w Rosji, z których korzystała kiedyś pewna rozgłośnia. Tyle że pytania o to w pierwszej kolejności trzeba by (raczej trzeba było) zadać właśnie „antyrosyjskiemu” Lechowi Kaczyńskiemu i jego partii – bo to oni (a nie obecny rząd) uczynili Andrzeja Leppera wicepremierem, i ci ludzie, którzy „wymachują szabelką”, najczęściej chadzają na audycje do owej rozgłośni. Duchowny, który angażuje się w spory polsko-ukraińskie, jest też kojarzony z tą siłą polityczną. Nie sądzę więc, by trzeba się było wysilać, by „przebić” ówczesnego prezydenta i jego otoczenie.
Nie sądzę również, by z przyjaźni niektórych polityków czy działaczy ze środowiskami z innych krajów zawsze musiało płynąć jakieś zagrożenie. Czasem wynika to ze wspólnej biografii, czasem z poglądów, czasem ze wspólnoty interesów. Działalność księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego jest wielce problematyczna, ale wynika raczej z osobistych emocji i poczucia misji – nie posunąłbym się do twierdzenia, że stoją za nią jakieś dziwne siły. Ten sam Leszek Miller, którego wymienia Andrzej Szeptycki, wpakował nas w wojnę w Iraku u boku Ameryki. Wojna, której przyczyna okazała się oszustwem, była Stanom Zjednoczonym do czegoś potrzebna, ale Polsce nie dała wiele. Czy stąd mamy – tylko
à rebours – wyciągać wnioski podobne do tych, jakie zdaje się wysnuwać Andrzej Szeptycki z przyjaźni Millera z Wiktorem Janukowyczem?
Nie muszą się nam podobać poglądy, działalność i przyjaźnie tego typu ludzi, ale póki nie stanowią one naruszenia polskiej konstytucji, nikogo nie powinno się „prześwietlać” czy mu „przyglądać” – jeśli mój polemista miał na myśli polskie służby specjalne, bo wtedy właśnie Polska najbardziej upodobniłaby się do Rosji… Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, by media o tym pisały. A właśnie media o tym pisały – ludzie jednak głosowali na Leppera, stał się on partnerem dla innych polityków, więc może nikomu to nie przeszkadzało? Ale to już problem Polaków.
Demokratyczne państwo powinno umieć się bronić przed infiltracją, ale niezdrowa rusofobia jest tak samo szkodliwa jak niezdrowy rusofilizm. Tym, czym jednak powinniśmy się kierować, jest polski interes, a z tego punktu widzenia nie ma różnicy między na przykład prorosyjskim Wiktorem Janukowyczem a „demokratami”. Swoją drogą, odnoszę wrażenie (mam nadzieję, że niesłuszne), jakoby Andrzej Szeptycki miał Rosjanom za złe, że prezydentem Ukrainy jest Janukowycz – tak jakby to oni go mianowali. Tymczasem pretensje (jeśli w ogóle) trzeba mieć do Ukraińców, którzy go sobie wybrali. Łatwo uważać wszystkie niemiłe Polakom zjawiska, które zachodzą na Ukrainie i gdzie indziej, za wynik rosyjskiego
wmieszatielstwa, trudniej pogodzić się z tym, że Ukraińcy po prostu sami sobie taki los gotują. Mrzonką raczej była też wiara, że zmienimy Ukrainę i uczynimy ją na nasze podobieństwo.
I ostatnia uwaga. Andrzej Szeptycki pisze o „polskich elitach” – to dość pojemny, ale i mało konkretny termin. Co ma na myśli: polski rząd, polskich polityków, polskie media? Szumu medialnego nie należy jednak utożsamiać z głosem odpowiednich instytucji, a mam wrażenie, że Jerzy Miller i Andrzej Seremet jakoś nie wyglądali na zmieszanych ani wstrząśniętych.
Andrzej Brzeziecki
--
Zobacz także:
Andrzej
Szeptycki Andrzejowi Brzezieckiemu z przyjaźniąAndrzej
Brzeziecki Peryferie logiki – Andrzejowi Szeptyckiemu do sztambuchaAndrzej
Szeptycki Peryferie Europy
Brak komentarzy