
Premier Ukrainy i szef Partii Regionów Mykoła Azarow oraz wicepremier Ukrainy i lider partii Silna Ukraina Serhij Tihipko obwieścili dziś, że ich partie się jednoczą. Robią to, jak twierdzą, w obliczu wyzwań, które czekają ich kraj.
Tymczasem o żadnym zjednoczeniu nie ma tu mowy: Partia Regionów po prostu połyka Silną Ukrainę. Ta druga, wbrew nazwie, silna wcale nie jest i decyzja o przyłączeniu się do regionałów jest zwykłą kapitulacją.
Jej lider ma za sobą niezłą karierę u boku Leonida Kuczmy – był między innymi jego doradcą, potem deputowanym partii Za Jedyną Ukrainę, następnie szefem Narodowego Banku Ukrainy. Jego kariera zachwiała się, gdy w 2004 roku stanął na czele sztabu wyborczego Wiktora Janukowycza. Dziś mało kto pamięta, że być wtedy w tamtej
komandzie oznaczało po prostu być po złej stronie mocy.
Wkrótce znaczyło to też coś gorszego: być w obozie przegranych. Zdał sobie z tego sprawę i sam Tihipko… Pod koniec listopada, tydzień po rozpoczęciu pomarańczowej rewolucji, wycofał się z polityki.
Wrócił do niej w 2010 roku podczas wyborów prezydenckich. Niespodziewanie Ukraińcom spodobała się jego propozycja. Nic dziwnego – wielu miało dość wojny na linii Julia Tymoszenko-Wiktor Janukowycz i szukało „tego trzeciego”. Tihipko prezentował się jako zrównoważony zwolennik reform, odległy od całego tego pomarańczowo-niebieskiego zgiełku. Uwierzyło mu 13 procent Ukraińców.
Janukowycz wygrał wybory, ale postanowił szybko zneutralizować zagrożenie – nie był nim jedynie Tihipko, lecz groźba, że korzystny dlań stan wojny dwóch sił zostanie zaburzony przez jakąś alternatywę. Tihipce zaproponowano więc udział w rządzie. Polityk niby chwilę się wahał, ale się zgodził. Miał zajmować się gospodarką i wprowadzać reformy. Reformy, owszem, wprowadzano, ale niezupełnie takie, o jakich wcześniej mówił Tihipko. Z każdym miesiącem widać było, że jest on listkiem figowym dla ekipy Azarowa.
I tak minęło półtora roku. Silna Ukraina pozostała partią słabą, co przed zbliżającymi się wyborami nie jest najszczęśliwszym punktem startu. Ukraina staje się zaś krajem coraz bardziej autorytarnym. Niszczona jest główna siła opozycyjna – partia Julii Tymoszenko. Tihipko to legitymizuje, choć w ostatnich wypowiedziach martwił się, że aresztowanie byłej premier utrudni relacje z Zachodem.
Wydawałoby się, że mógłby próbować ze swą partią powalczyć samodzielnie, stworzyć ofertę dla „sierot” po Bloku Julii Tymoszenko, wzmocnić swoją pozycję wobec Regionów. Ale wybrał przyłączenie się. Kapitulację. Czyżby spodziewał się, że kto nie przyłączy się do Janukowycza, ten nie ma szans w najbliższych wyborach? Czyżby wiedział, jakie to będą wybory?
Tihipko najwyraźniej nie chce już należeć do obozu przegranych.
Sytuacja przypomina tę z Rosji. Powstaje prezydencka megapartia, która chce kontrolować kraj i nie toleruje odmienności. Były polityk partii Za Jedyną Ukrainę przykłada zatem rękę do tworzenia ukraińskiej wersji Jedynej Rosji. Robi to w momencie, gdy Regiony naprawdę psują życie polityczne nad Dnieprem. Sprzedał się.
Coś mi tylko podpowiada, że nie jest to ostatnia partia Tihipki…
Andrzej Brzeziecki
Oczywiście areszt jest niepotrzebną demonstracją siły, ale Zachód zdaje się zapominać, że zarzuty wobec Timoszenko to wynik audytów wykonywanych przez niezależne amerykańskie firmy. Mam wrażenie, że większość upraszcza sytuację powielając pogląd, że wobec Naszych (czyt. prozachodnich) polityków nie można wysuwać zarzutów, bo przecież oni są bez skazy.
Ekipa Janukowycza nie powinna bawić się w areszty itp. ale to nie jest równoznaczne niewinnością byłej pani premier. Jeżeli w Niemczech wysuwano zarzuty wobec Helmuta Kohla to nikt nie twierdził, że to zwalczanie opozycji
Gdyby chodzilo o sam proces - mozna by dysktowac. Ale chodzi o niszczenie ludzi zwiazanych z partia JT - np. biznesmenow, naciski na regionalne struktury tej partii itp. Uniemozliwianie prawnymi sztuczkami jej kandydatom startowania w wyborach - tak bylo jesienia 2010 itp. itd.
Najważniejsze dla Ukrainy są reformy, głównie ekonomiczne, wzmocnienie podstaw gospodarczych i powiązanie gospodarki kraju z gospodarką światową, głównie UE, za pomocą umów o wolnym handlu.
Na Ukrainie powinien rządzić biznes, a nie politycy, to wtedy Ukraina znacznie szybciej się zmodernizuje, prawo ucywilizuje, naród zeuropeizuje. Trendy w gospodarce światowej są takie jakie są i dzisiaj nie da się przeżyć bez otwartości i wolności. Pokazuje to przykład ChRL, którym coraz bliżej do krachu społecznego, wielkich niepokojów społecznych, na co akurat nie są podatne państwa demokratyczne, takie jak Indie czy Indonezja.
Na Jaceniuka jeszcze za wcześnie, będzie przydatny za jakieś 10 lat, gdy ekonomicznie i cywilizacyjnie kraj stanie na nogi. Teraz Ukrainie bardzo dobrze zrobi dekada Regionałów, przybliży to na pewno kraj do Europy dużo bardziej niż 50 lat ewentualnych rządów Tymoszenko lub Juszczenki.
Poza tym nie przesadzał bym, że Łukaszenka jest nie uznawany na ŚWIECIE. NATO i UE to nie cały świat, a jedynie mała jego część. Brazylia, Chiny, Indie, Rosja, kraje arabskie, kraje afrykańskie - wszyscy oni uznają Łukaszenkę.