
W repertuarze kultowej dla wąskich estetyzujących kół ukraińskiej grupy Hamerman Znyszczuje Wirusy (Hamerman Niszczy Wirusy) jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia pojawiła się pieśń programowa
Ukrajina – ce my! (
Ukraina to my!). Jednak pomimo patetycznej nazwy nie jest to utwór o „poczuciu wspólnej rodziny” albo idei „ukraińskiego zjednoczenia”. Wyliczani są w niej działacze kultury, którzy popełnili samobójstwo („Doktor Freud otruł się, Majakowski się zastrzelił...” i tak dalej), a w refrenie duet Pacholuka i Cukrenka infernalnie wyśpiewuje: „Ukraina to my! Ukraina to my! Samobójców nie chowają razem z normalnymi ludźmi!”.
Gdy ktoś pyta mnie o pierwsze dwudziestolecie niepodległej Ukrainy, to właśnie ta fraza w najbardziej pełny, prawdziwy i lakoniczny sposób opisuje drogę mojego kraju. Dwadzieścia lat po narodzeniu pokornie jak nakręcony mechanizm wykonujemy program dobrowolnego samozniszczenia. I właśnie w dwudziestym roku niepodległości raptem wydało mi się, że samozniszczenie Ukrainy nie jest tylko symboliczne, ale całkiem realne, stałe i nawet skłoniłbym się powiedzieć, że jest ono konstruktywną oznaką naszego istnienia. Pogodziliśmy się z nim, zżyliśmy i zrośliśmy, jak syfilityk przywykły do rozpadu własnego ciała.
Główny problem leży w tym, że po rozpadzie ZSRR otrzymaliśmy wspaniałą
carte blanche, ale zrobiliśmy wszystko nie tak, jak mieliśmy zrobić. Dlatego że nie wierzyliśmy, nie wiedzieliśmy i nie mogliśmy. (Ironią losu było hasło niedawnego prezydenta reformatora Wiktora Juszczenki: „Wierzę. Wiem. Możemy”.) Jednak najgorsze jest to, że nikt z ukraińskiej władzy przez wszystkie te lata niczego nie robił, bo po prostu nie mógł, a przede wszystkim nie chciał.
Na poziomie czarnego humoru istnieje w nas także coś na kształt próby ontologicznej autodefinicji, co dobrze wpisuje się we wszystkie istniejące geopolityczne schematy, gdzie Ukrainę umieszcza się albo w poradzieckiej ummie, albo w
russkom mirie, albo na peryferiach Europy, albo między Wschodem i Zachodem. Niby Pan Bóg stworzył Ukrainę i Ukraińców po to, aby pokazać innym narodom, jak nie powinno się żyć. Historia i geopolityka wyznaczyły naszemu państwu rolę „strefy buforowej” (niekiedy „sanitarnej”), państwa tranzytowego, swoistej cywilizacyjnej granicy między poradziecką a zachodnią cywilizacją. Ostatnie dwadzieścia lat mogło stać się pierwszą próbą stworzenia czegoś jakościowo innego, odmiennego od tej sławetnej rzeczywistości.
Jasna sprawa, wszystko zależało od zewnętrznej koniunktury i wewnętrznej gotowości. Przecież wszyscy rozumieli, że po radzieckim komunalnym mieszkaniu nasz współczesny ukraiński korytarz jest dosyć kiepską alternatywą. Można żyć na korytarzu, ale ciągłe przeciągi ze Wschodu i Zachodu zmieniają to życie w wieczne oczekiwanie i zawieszenie. Słowa „korytarz”, „bufor”, „błoto”, „kup-sprzedaj” najdokładniej opisują ukraiński brak charakteru i podmiotowości. Jeszcze w połowie lat dziewięćdziesiątych XX wieku wśród ukraińskich intelektualistów popularny był pogląd o podarowanej historii niezależności, na którą nie zasłużyliśmy, bo dostaliśmy ją bez żadnego wysiłku. A potem nikt nie potrafił żyć w warunkach tej odpowiedzialności. Nie potrafił i nawet nie mógł sobie tego wyobrazić.
Jednak wszystko to jest tylko konstatacją jakichś całkiem ogólnych i oczywistych rzeczy. Znacznie ciekawsze, że kraj, złożony umownie ze społeczeństwa i państwa, przez te dwadzieścia lat żył schizofrenicznym życiem. Poradzieckie społeczeństwo pomimo wrodzonych wad, lęków i fobii próbowało rozwijać się i ewoluować. Tworzyło zarodki społeczeństwa obywatelskiego, zajęło się małym biznesem i formowało klasę średnią. Jednym słowem, próbowało nie tylko wegetować, ale po prostu żyć. Wówczas państwo przez dwadzieścia lata zajmowało się zachwycającym procesem pełnego odcięcia się od realności – przede wszystkim od potrzeb ukraińskiego społeczeństwa. Wszystkie życzenia tak zwanych ukraińskich politycznych elit sprowadzały się do kilku prymitywnych rzeczy: kontrolowania tranzytu gazu i „rozpylania” środków budżetowych. Wszystko inne – włącznie ze zmianą regresywnego radzieckiego modelu państwa – przez te długie lata nikogo nie interesowało. Ba, każda władza na Ukrainie coraz szybciej starała się zakonserwować obecny stan społeczeństwa, w każdy możliwy sposób wykorzystując dawne zasady
divide et imperia, manipulacji, rozwarstwienia społecznego i starego historycznego urazu.
Nikt przez dwadzieścia lat na serio nie próbował reformować życia kraju, jeśli reformy podważały starą jak świat ogólnoradziecką zasadę istnienia. Tak samo nikt nie zamierzał integrować się z europejskimi strukturami i modernizować państwa, ponieważ urzeczywistnienie tych rewolucyjnych procesów oznaczało przejście na inny „język” w kolejności: inny język ekonomiki, biznesu, polityki. Sekret ukraińskiej zależności od Rosji polega nie tylko na naszej gazowej narkomanii, a przede wszystkim na tradycyjnej mentalnej niezdolności do odejścia od poradzieckiego dyskursu, gdzie wszystko rozwiązuje się przez ustne porozumienia, rejderstwo, protekcjonizm i zależność sądów od władzy. Najmniejsza modernizacja państwa – czy to asocjowane członkostwo w Unii Europejskiej, czy członkostwo w NATO – dla ukraińskich elit oznaczałaby tylko jedno: totalne zniszczenie. Przecież nikt z tych ludzi nie potrafił żyć po nowemu, a co ważniejsze – nie chciał. Ciągłe rozmowy o eurointegracji były czysto „fasadowe” – politycy po prostu musieli mieć o czym mówić naszemu narodowi przez minione dwadzieścia lat.
Oczywiście, wszyscy – zarówno tak zwane siły „prorosyjskie”, jak i tak zwani „proeuropejscy” politycy – pasożytowali na historycznych podziałach i fobiach. Zachód straszyli rusyfikacją, Wschód natomiast ukrainizacją i krwawymi banderowcami, manipulując za pomocą technologii i umiejętności. Spojrzenie na ukraińską politykę jako przedłużenie radzieckiej partyjnej i gospodarczej nomenklatury jest dla mnie niewystarczające. Ukraińska polityka genetycznie powiązana z kryminalną kastą „kuglarzy”, którzy pod jednym z kubków chowają kulkę-obiecankę – w stylu Juszczenkowego „bandytom więzienia” i „zdobyliśmy”, Tymoszenkowego „ona pracuje” i „jest sprawiedliwość”, Janukowyczowskiego „usłyszę każdego” i „budujemy nowy kraj” – ale niczego nie robią. Obiecanki pozostają obiecankami – kulka sprytnym ruchem zostaje między palcami kuglarza. Ani jeden z ukraińskich polityków przez dwadzieścia lat nie zrealizował żadnej poważnej obietnicy, ale to nie przeszkodziło w tym, aby znowu i znowu został wybrany do parlamentu oraz należał do władzy wykonawczej.
Społeczeństwo cały ten czas zachowywało się oryginalnie, będąc w zawieszeniu między chęcią zmian i strachem przed reformami. A potem – w zgodzie z duchem ideologii korytarza – osiągnięto niepisaną umowę między społeczeństwem i państwem: wy głosujecie na nas, a my się was nie czepiamy. Szkopuł jednak w tym, że na Ukrainie rodzą się dzieci, pojawiają się nowe pokolenia ludzi mających nowe pytania i potrzeby. I właśnie ci ludzie – z nowymi wartościami, wiedzą i dostępem do internetu – źle łączą się z niemal średniowiecznym ustrojem państwa: zamiast elementarnej dla Europy liberalnej demokracji i jej dżentelmeńskiego doboru praw, swobód i obowiązków Ukraina otrzymała feudalny ustrój, gdzie nie działają prawa i gardzi się papierową konstytucją, a sprawiedliwość ustanawia się na życzenie elit oraz urzędników.
Jednak degradacja kraju osiągnęła taki poziom, że paralelne istnienie państwa i społeczeństwa nie jest dłużej możliwe. Wyczerpująco opisuje to Leninowska definicja rewolucyjnej sytuacji: gdy „góra” nie może kierować po staremu, a „doły” są niezdolne żyć po nowemu. Inna sprawa, że „góra” ciągle nie może zrozumieć, jak po nowemu kierować, a „doły” nie potrafią żyć po nowemu. Ideologiczna próżnia, faktyczna nieobecność konkurencji na politycznym polu jest uwarunkowana brakiem rywalizacji ideologii. Wszystko zawsze skupiało się w osobach „dobrego Juszczenki i złego Janukowycza” albo „wspaniałego Janukowycza i złowrogiego Juszczenki”. Do tej pory nie wiadomo, kto dzisiaj na Ukrainie jest przy władzy – prawica czy lewica – jednak nikt z obecnych politycznych graczy nie jest zdolny do znalezienia wyjścia z patowej sytuacji, zagrażającej jeśli nie przykręceniem śruby (dziwne
know-how ukraińskiej władzy, która marzy, żeby żyć jak Rockefeller, a rządzić jak Stalin), to poważnym społecznym kataklizmem.
Dlatego danej sytuacji, podobnej do położenia chorego w stanie śpiączki, nie można zmienić, a tylko próbować utrzymać przy życiu za pomocą respiratorów – pożyczek z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, które jeszcze bardziej obciążą przyszłe pokolenia. Pomoże tylko zmiana poradzieckiej politycznej elity i radykalna reforma systemu, której nikt dotychczas sobie nie wyobraża, bo żaden przewrót, jak pokazały wydarzenia po pomarańczowej rewolucji z 2004 roku, niczego nie przyniesie – według umowy zachowania
status quo, gdzie panowanie pewnych politycznych grup bezpośrednio zależy od woli biznesowych klanów i ich gazowych czy metalurgicznych kapitałów, a w ostatniej kolejności od woli wyborców. Ci jednak przez te długie lata nie mieli ani wyboru, ani woli. Wszyscy rozumieją, że żadne terapeutyczne procedury w danej sytuacji niczego nie dadzą. Tu można albo ozdrowieć poprzez interwencję chirurga, albo odłączyć pacjenta od respiratora. Zarówno pierwsza, jak i druga możliwość może stać się ostatnim etapem procesu planowego oraz dobrowolnego samozniszczenia, ale niestety innego wyjścia dla Ukrainy po prostu nie ma.
Po dwudziestu latach istnienia niepodległej Ukrainy musimy zatem uświadomić sobie prostą rzecz: jesteśmy po prostu sztucznym narodem – fałszywym krajem, który powstał na przekór historii i tak samo niedołężnie i niedbale istniał przez ten czas i którego, z punktu widzenia historii powszechnej, nikomu na tym świecie nie jest szkoda. Mam nadzieję, że Wola Pańska, jak i wszystko na świecie, może się zmienić. Tak samo zdolna do zmiany jest Ukraina, która jest jednocześnie wyzwaniem dla Wschodu, Zachodu, dla Boga i przede wszystkim dla siebie samej. Dlatego uważam, że ostateczne rozwiązanie doli tego niepoprawnego samobójcy nie jest gdzieś za górami. A jeśli kiedyś umrzemy, to niech nas pochowają jak należy. I koniecznie z normalnymi ludźmi. W jednej rodzinie europejskich narodów. Lecz ja, naiwny optymista, chcę wierzyć, że lepiej nam jednak nie umierać. Czyż nie śpiewają w naszym hymnie: „Jeszcze nie umarła Ukraina”? Polacy mają podobne słowa i żyją. To co nam przeszkadza?!
Andrij Bondar jest ukraińskim pisarzem, poetą, literaturoznawcą i tłumaczem. W Polsce niedawno ukazał się zbiór jego opowiadań
Historie ważne i nieważne.
Przełożył Paweł Pieniążek--
Zobacz także:
Paweł
Wołowski Co dała niepodległość Ukraińcom i Białorusinom?Z Ołeksandrem
Paschawerem rozmawia Piotr
Andrusieczko Dwadzieścia lat przeżyliśmy interesującoTomasz
Kułakowski Dwadzieścia lat w rozkrokuPiotr
Andrusieczko Dwadzieścia lat poZ Aleksandrem
Kwaśniewskim rozmawia Tomasz
Kułakowski Bezprecedensowe wydarzeniePiotr
Pogorzelski Urodzinowa laurkaMałgorzata
Nocuń Niechciana niepodległośćKamil
Kłysiński Sukcesy pozorne i rzeczywisteKamil
Całus Dwie dekady sprzeczności