
Ukraina dwadzieścia lat po ogłoszeniu niepodległości to kraj przeciwności i skrajności. Nie ma wyznaczonego kierunku rozwoju, wciągnięta w niekończący się proces samookreślania. Najważniejsze jest jednak to, że Ukraina przetrwała jako niepodległe państwo i nic nie wskazuje na to, żeby po kolejnym dwudziestoleciu miało się coś w tej kwestii zmienić.
Dwadzieścia lat temu proces rozpadu imperium sowieckiego przyśpieszył i dał Ukraińcom kolejną szansę na utworzenie własnego państwa. Tym razem splot czynników okazał się korzystniejszy niż na początku stulecia. Ukraińska niepodległość nie została wywalczona, w imię wolności nie przelano krwi. Jednak nie oznacza to, że wolność została wyłącznie podarowana. Sytuacja na Ukrainie wpływała również na proces dezintegracji ZSRR. Mimo „narodowego przebudzenia” do 19 sierpnia 1991 roku nie nastąpił moment krytyczny, który przeważyłby szalę na stronę zwolenników niepodległej Ukrainy.
Jarosław Hrycak, pisząc o nieudanej próbie „ukraińskiego projektu” z lat 1917-1920, wskazywał, że jedną z najważniejszych przyczyn porażki było to, że ukraińscy działacze polityczni nie zdołali uzyskać dla swojej walki poparcia międzynarodowego.
Takiego poparcia nie mieli Ukraińcy również w połowie lata 1991 roku. 1 sierpnia przebywający w Kijowie z wizytą prezydent USA George Bush wygłosił w Radzie Najwyższej USRR przemówienie, które przeszło do historii pod nazwą
Chicken Kiev Speech. Amerykański prezydent zaznaczył, że Stany Zjednoczone nigdy nie poprą „nacjonalizmów” i że Ukraińcy powinni pozostać w ZSRR. Pozycja amerykańskiej administracji wskazywała na brak zrozumienia procesów odbywających się w poszczególnych republikach.
Jednak wszystko zmieniło się między 19 a 21 sierpnia. Pucz w Moskwie pokazał, że przyjaciel i sojusznik Zachodu Michaił Gorbaczow nie kontroluje sytuacji nad obszarem ZSRR. A ogłoszenie niepodległości poprzez poszczególne republiki to nie tylko „nacjonalistyczna” retoryka, lecz pragnienie ich mieszkańców do decydowania o własnym losie. Tym samym pojawiło się to, czego zabrakło na początku XX wieku – sprzyjająca koniunktura międzynarodowa.
Władze republikańskie w Kijowie na wieść o puczu zajęły początkowo pozycję wyczekującą. Jednak nie zgodziły się na żądanie emisariuszy Komitetu Państwowego Stanu Wyjątkowego (GKCzP) wprowadzenia w republice stanu wyjątkowego. 24 sierpnia 1991 roku Rada Najwyższa USRR przyjęła Akt Niepodległości Ukrainy. Było to możliwe dzięki kompromisowi zawartemu pomiędzy przedstawicielami nomenklatury i opozycji narodowo-demokratycznej.
Historia uległa wtedy przyśpieszeniu. Poszczególne wydarzenia nakładały się na siebie. Jak wspomina publicysta Witalij Portnikow, w Moskwie (i zapewne na Zachodzie) ważniejszą od ukraińskiej niepodległości okazała się wtedy informacja o rozwiązaniu KPZR.
Michaił Gorbaczow, formalnie pozostający przywódcą ZSRR, starał się wypracować nową formułę ZSRR z ukraińską składową. W ekipie Borysa Jelcyna ukraińska niepodległość była traktowana początkowo jako możliwość pozbycia się Gorbaczowa. Dlatego nie do końca zwracano uwagę na zapowiedziane na 1 grudnia 1991 roku ogólnoukraińskie referendum, mające potwierdzić niepodległość. Zresztą część rosyjskich polityków nie wierzyła w jego sukces. Zaniepokojenie wyrażali również polscy obserwatorzy wydarzeń nad Dnieprem. Jak wspomina Mirosław Czech, jesienią 1991 roku wraz z Bogumiłą Berdychowską opublikowali artykuł, w którym wskazywali, że skoro przegłosowano Akt Niepodległości, to referendum jest niepotrzebne.
Z czasem okazało się, że rację mieli pomysłodawcy referendum. 1 grudnia ukraińską niepodległość poparło 90,2 procent biorących w nim udział. Tym samym, referendum odbierało przeciwnikom ukraińskiej niepodległości argument o braku legitymizacji dla ukraińskiego państwa. Wraz z referendum odbyły się pierwsze wybory prezydenckie, w których wygrał były przedstawiciel nomenklatury Leonid Krawczuk. Borys Jelcyn, Leonid Krawczuk i Stanisłau Szuszkiewicz spotkali się 8 grudnia w tajemnicy przed Gorbaczowem. Przywódcy trzech niepodległych państw, a niedawno republik-założycieli ZSRR, urządzili cichy pogrzeb Imperium w lasach Puszczy Białowieskiej.
„Mamy to, co mamy”Referendum z grudnia 1991 roku nie odniosłoby sukcesu na taką skalę, gdyby nie odpowiednie wykorzystanie technologii politycznych. Wciąż żywa była euforia, którą podsycano zapowiedziami szybkiego sukcesu ekonomicznego młodego państwa. W tym celu posługiwano się między innymi raportem Deutsche Banku, który ocenił potencjał Ukrainy jako jeden z najwyższych na obszarze ZSRR. Jednak były to tylko suche dane mówiące o potencjale, przy tym w dużej mierze opierające się na radzieckich statystykach.
Ukraińcy szybko doświadczyli ekonomicznego szoku, tyle że bez terapii. Pierwszą wprowadzoną w obieg walutą były kupony karbowańce, nieposiadające nawet numerów seryjnych. Inflacja galopowała, aby pod koniec 1993 roku przekroczyć poziom 10 tysięcy procent (w Europie w tym czasie gorzej było tylko w Serbii).
Synonimem tego okresu staną się słowa wypowiedziane przez prezydenta Krawczuka: „Mamy to, co mamy”. Po pierwszym roku niepodległości ponad 50 procent badanych tęskniło za ZSRR. Symbolem degradacji ekonomicznej społeczeństwa stały się „krawczuczki” – torby na kółkach, z którymi obywatele (zazwyczaj emeryci) ruszali na poszukiwania tanich artykułów spożywczych.
Wraz z ogłoszeniem niepodległości nasiliły się ruchy separatystyczne. Największe zagrożenie stwarzała sytuacja na Krymie. W latach 1992-1995 istniało realne ryzyko wybuchu krwawego konfliktu. Było to tym bardziej niebezpieczne, że wielu rosyjskich polityków otwarcie kwestionowało przynależność Krymu do Ukrainy. Jednak konflikt udało się zażegnać bez rozlewu krwi. Nie doszło do powtórzenia scenariuszy znanych z pobliskiej Mołdawii czy też Kaukazu Południowego. Dzięki temu Ukraina kolejny raz pozytywnie odróżniła się w tamtym czasie od Rosji, która w 1994 roku kwestie integralności terytorialnej Federacji rozwiązywała za pomocą czołgów. Dzisiaj, mimo że sytuacja na Krymie często bywa napięta, to jak wskazują miejscowi Rosjanie, inercja dwudziestu lat istnienia państwa ukraińskiego robi swoje.
Dnipropetrowska Simia-2Osiągnięciem pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku okazują się przedterminowe wybory prezydenckie, w wyniku których w sposób demokratyczny przekazano władzę Leonidowi Kuczmie. Niestety, w kolejnych latach nastąpił widoczny regres.
W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych zaczęło robić się coraz głośniej o klanach – to początek budowy systemu oligarchicznego na Ukrainie. Powszechnie wiąże się to z prezydenturą Leonida Kuczmy i premierostwem Pawła Łazarenki. Jednocześnie rozwijało się imperium gazowe – Zjednoczone Systemy Energetyczne kierowane przez Julię Tymoszenko. Wszyscy troje pochodzą z Dniepropietrowska, stąd nazwa „klan dniepropietrowski”. Co prawda, już wkrótce poza miejscem pochodzenia powyżsi bohaterowie znajdą się po różnych stronach procesu ekonomiczno-politycznego.
W pewnej mierze historia powstania klanów na Ukrainie powiązana jest jeszcze z czasami ZSRR. Klan dniepropietrowski w latach dziewięćdziesiątych często otrzymywał dodatek „2”. Miało go to odróżniać od grupy z końca lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych, kiedy w centralnych organach władzy znalazło się wielu przedstawicieli nomenklatury, którzy rozpoczęli karierę w Dniepropietrowsku (na czele z Leonidem Breżniewem).
Wraz z klanem dniepropietrowskim w latach dziewięćdziesiątych pojawiły się: kijowski i doniecki. A regionalni oligarchowie postanowili przejść na poziom ogólnopaństwowy. Punktem przełomowym okazały się wybory parlamentarne w 1998 roku. Od tego czasu w każdym następnym parlamencie wielkie grupy przemysłowe zwiększały swoje przedstawicielstwo (rekord został pobity podczas wyborów w 2006 i 2007 roku). Z czasem na pierwsze miejsce wysunęli się reprezentanci klanu donieckiego. W 2002 roku premierem został Wiktor Janukowycz.
Druga połowa lat dziewięćdziesiątych przyniosła również pozytywne zmiany. W roku 1996 przeprowadzono reformę monetarną, a nowa waluta – hrywna – była przez wiele lat stosunkowo stabilna.
W tym samym roku przyjęto Konstytucję, która nadała Ukrainie ustrój prezydencko-parlamentarny. W roku 2004 w wyniku kompromisu zawartego pomiędzy pomarańczowymi i biało-niebieskimi przegłosowano reformę konstytucyjną zmieniającą ustrój na parlamentarno-prezydencki. W ubiegłym roku wielki przegrany wyborów w 2004 roku Wiktor Janukowycz doprowadził do powrotu Konstytucji z 1996 roku.
Ukraina to nie RosjaKoniec 1999 roku to początek drugiej kadencji prezydenta Kuczmy. Na czele rządu stanął młody reformator Wiktor Juszczenko, a wraz z nim pojawiła się między innymi Julia Tymoszenko. Sytuacja ekonomiczna uległa wyraźnej poprawie i po raz pierwszy odczuli to przeciętni obywatele. Reformatorski rząd nie utrzymał się jednak długo. Ukrainą wstrząsnął skandal związany z zabójstwem dziennikarza Georgija Gongadzego. Ujawnione zostały nagrania Mykoły Melnyczenki i wybuchła akcja „Ukraina bez Kuczmy” – swoisty trening przed 2004 rokiem. Julia Tymoszenko po raz pierwszy trafiła do aresztu, co tylko wzmocniło jej polityczną pozycję.
Mimo widocznych problemów z dotrzymaniem standardów demokratycznych Ukraina w tym okresie i tak pozytywnie wyróżniała się na tle swoich najbliższych sąsiadów – byłych braterskich republik. Mimo autorytarnych tendencji opozycja w wyborach 2002 roku odniosła duży sukces, który był preludium do zwycięstwa w 2004 roku.
Na arenie geopolitycznej, wbrew wcześniejszym obawom, Ukraina nie wpadła w objęcia Rosji. Prezydent Kuczma toczył raczej skomplikowaną grę, nazwaną „polityką dwuwektorową”, czyli lawirowania pomiędzy Wschodem i Zachodem. Jednak skandale związane z taśmami Melnyczenki (sprawa Gongadzego i rzekomej sprzedaży systemów radarowych „Kolczuga” do Iraku) negatywnie wpłynęły na rozwój relacji z Zachodem. Symbolem tego stała się wizyta Kuczmy na szczycie NATO w Pradze w 2002 roku, mimo braku oficjalnego zaproszenia. Aby uniknąć sąsiedztwa prezydenta Kuczmy z prezydentem USA George’em Bushem przy rozsadzaniu gości zastosowano wyjątkowo alfabet francuski.
Dzisiaj wielu uważa, że za skandalami epoki Kuczmy stały służby północnego sąsiada. Moskwa mogła skorzystać najwięcej na izolacji Ukrainy ze strony Zachodu. Jednak współpraca ukraińsko-rosyjska z Moskwą nie układała się tak, jak życzyłby sobie Kreml. Najlepszym przykładem jest to, że już w 2002 roku podpisano porozumienie o utworzeniu wspólnego konsorcjum mającego zarządzać ukraińską siecią gazowo-transportową, z którego nic nie wynikło. Rozmowy w tej sprawie toczą się także obecnie. Pokazowym konfliktem rosyjsko-ukraińskim był spór o małą wyspę Tuzła jesienią 2003 roku, który w rzeczywistości toczył się wokół ustanowienia kontroli nad Zatoką Kerczeńską. W tym samym roku w Moskwie ukazała się książka prezydenta Kuczmy
Ukraina to nie Rosja. Przed wyborami 2004 roku relacje z Rosją uległy poprawie. Kuczmie zależało na poparciu popularnego wśród części Ukraińców rosyjskiego prezydenta Władimira Putina. Kuratorem ukraińskich wyborów ze strony Kremla został… Dmitrij Miedwiediew, a niektórzy twierdzą, że drugi sztab Janukowycza znajdował się wtedy na Kremlu.
Lubi druziRosyjskie zaangażowanie nie przyniosło jednak rezultatu. Ukraińskie społeczeństwo różniło się już wtedy znacznie od rosyjskiego. Ponad połowa Ukrainy przestraszyła się, że cały kraj może stać się Donbasem. Ten czarny obraz potwierdzali agresywni młodzi i wysportowani przyjezdni ze wschodu Ukrainy, uczestniczący w akcjach poparcia dla Janukowycza – zyskali oni dźwięczne przezwisko „Downieccy”. Na nic zdały się głośne słowa Ludmiły Janukowycz o pomarańczach nafaszerowanych narkotykami. Ludzie wyszli na ulice, bo uwierzyli, że mogą wpłynąć na zmianę sytuacji w kraju i że zrealizowane zostaną postulowane hasła, na przykład: „Bandytom więzienia!”.
Nadzieje 2004 roku nie zostały spełnione. Można mówić przede wszystkim o porażce polityków, wyniesionych do władzy przez rewolucję. Synonimem procesu politycznego po 2004 roku stali się „
lubi druzi” (drodzy przyjaciele). Szybko nastał konflikt pomiędzy politykami pomarańczowego obozu. Na efekt braku odpowiedzialności pomarańczowych będących u władzy nie trzeba było długo czekać. Wybory w 2006 roku umożliwiły Janukowyczowi objęcie posady premiera i zapoczątkowały jego wielki powrót. Pogłębił się proces ignorowania porządku prawnego, korumpowania systemu sądowego dla własnych celów przez wszystkich uczestników procesu politycznego. W konsekwencji aresztowanie pomarańczowych liderów – Jurija Łucenki i Julii Tymoszenko – jest następstwem braku reformy, która doprowadziłaby do niezawisłości organów sprawiedliwości.
Powszechne wykorzystywanie technologii politycznych doprowadziło do polaryzacji społeczeństwa, wzmocnienia podziału na Wschód i Zachód. Znaczna część Ukraińców dała się przekonać, że więcej ich różni, niż łączy. Winę za tę sytuację w dużej mierze ponoszą pomarańczowi politycy, którzy na czele z prezydentem Juszczenką nie potrafili „wyciągnąć ręki” w kierunku mieszkańców wschodniej Ukrainy.
Miżihiria a europejski wybórNa początku 2010 roku nowym prezydentem Ukrainy został Wiktor Janukowycz. W polityce zagranicznej, wbrew wcześniejszym obawom, został zachowany kurs proeuropejski. W kwietniu 2010 roku wielu obserwatorów z zaskoczeniem przyjęło podpisanie tak zwanych porozumień charkowskich, przedłużających stacjonowanie Floty Czarnomorskiej na Krymie do 2042 roku – w zamian za zniżkę na gaz.
Jednak wbrew kolejnym prognozom, dalszych ustępstw wobec Rosji nie widać, przeciwnie rośnie napięcie we wzajemnych relacjach. Władza podkreśla europejski wybór. Do końca bieżącego roku planowane jest zakończenie negocjacji umowy stowarzyszeniowej pomiędzy Ukrainą i Unią Europejską. Obserwatorzy z Unii podkreślają, że Ukraina jeszcze nigdy nie była tak blisko Europy.
Jednocześnie w kraju następuje regres w przestrzeganiu norm demokratycznych. Opozycja jest marginalizowana z wykorzystaniem różnych metod, w tym wybiórczego stosowania prawa. Na celowniku Służby Bezpieczeństwa i milicji znaleźli się dziennikarze, studenci, przedstawiciele małego oraz średniego biznesu. Toczą się procesy przywódców opozycji i urzędników byłego rządu za przekroczenie pełnomocnictw oraz narażenie państwa na straty.
Na niejasnych warunkach rozbudowywana jest rezydencja prezydenta Wiktora Janukowycza w Miżyhirji. Za środki z budżetu dzierżawiony jest luksusowy helikopter, którego godzina lotu jest najdroższa w Europie. Budowane są dla prezydenta lądowiska i europejska droga do jego rezydencji.
Nawet przygotowania do święta futbolu, jak określa się Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej w 2012 roku, przyjmowane są w społeczeństwie jako okazja do rozkradania środków z budżetu. Jest to możliwe, ponieważ korupcja, wbrew zapowiedziom władzy, wciąż kwitnie. Trudno więc mówić o rzeczywistym wyborze cywilizacyjnym na korzyść wartości europejskich. Jednak nawet jeśli obecna władza kieruje się w proeuropejskim kursie pragmatyzmem i koniunkturalizmem, w perspektywie może to oznaczać realne zmiany na korzyść społeczeństwa.
Po dwudziestu latach widać na Ukrainie wyraźne zmęczenie obecnymi elitami politycznymi. Większość dzisiejszych figur politycznych jest na scenie od lat dziewięćdziesiątych XX wieku i dla wielu Ukraińców różnice pomiędzy poszczególnymi formacjami politycznymi są wyłącznie formalnej natury. Świadczy o tym wzrost liczby zwolenników głosowania „przeciw wszystkim” – niektóre badanie szacują ich liczbę na około 20 procent.
W 2011 roku potencjał Ukrainy wciąż zdaje się niewykorzystany. Ukraina, o czym rzadko się mówi, zajmuje piąte miejsce na liście państw posiadających technologie kosmiczne. 17 sierpnia ukraińska rakieta Dniepr wyniosła na orbitę siedem satelitów. Łącznie w ciągu dwudziestu lat ukraińskiej niepodległości wystrzelono 120 rakiet kosmicznych. We współpracy z Brazylią budowany jest na jej terytorium wspólny kompleks kosmiczny do kolejnych startów ukraińskich rakiet. Ukraińska firma jest też w czołówce producentów czytników książek elektronicznych, konkurując z urządzeniami koncernów Kindle czy Sony. Podobnych przykładów można znaleźć zapewne więcej. Niestety, wszystkie te sukcesy udaje się realizować niejako na przekór władzy i państwu.
Czas skończyć z Ukrainą posowiecką i postkolonialnąNa współczesnej Ukrainie wciąż widać problemy z brakiem wspólnej historii, jednej religii, różne podejście do kwestii języka i wyboru geopolitycznego. Wszystko to tworzy skomplikowane tło dla funkcjonowania państwa.
Niemniej jednak na Ukrainie „dwadzieścia lat po” wśród większości polityków i społeczeństwa istnieje kompromis w kwestii zasadniczej – ukraińskiej niepodległości. Dzisiaj dominuje stanowisko pesymistyczne, że Ukraina przez ostatnie dwadzieścia lat dreptała w miejscu. Faktycznie, jeśli spojrzymy chociażby na areszt Tymoszenko, to można odnieść wrażenie, że cofnięto się o dziesięć lat.
Można oczywiście zastanawiać się, czy Ukraina mogła pójść inną drogą, jednak ważniejsze wydaje się szukanie odpowiedzi na pytanie, jak mają wyglądać następne dwadzieścia lat. Ukraina stoi obecnie przed najważniejszymi wyzwaniami. Jeszcze nigdy nie była tak blisko Europy. Być może „dwadzieścia lat po” nadszedł czas, by zamknąć rozdział zatytułowany „okres posowiecki” albo „postkolonialny”.
Piotr Andrusieczko jest redaktorem naczelnym „Ukrajinśkiego Żurnału”.
--
Zobacz także:
Paweł
Wołowski Co dała niepodległość Ukraińcom i Białorusinom?Z Ołeksandrem
Paschawerem rozmawia Piotr
Andrusieczko Dwadzieścia lat przeżyliśmy interesującoTomasz
Kułakowski Dwadzieścia lat w rozkrokuAndrij
Bondar Historia jednego samozniszczeniaZ Aleksandrem
Kwaśniewskim rozmawia Tomasz
Kułakowski Bezprecedensowe wydarzeniePiotr
Pogorzelski Urodzinowa laurkaMałgorzata
Nocuń Niechciana niepodległośćKamil
Kłysiński Sukcesy pozorne i rzeczywisteKamil
Całus Dwie dekady sprzeczności
Brak komentarzy