
Mołdawia to republika wielkości kiści winogron, w której starczyło jednak miejsca na jeszcze jedno nieuznawane państwo i gagauski „Autonomiczny Twór Terytorialny”. Bodaj jedyna z republik radzieckich, która odłączyła się od Związku Radzieckiego, by stać się częścią innego państwa. Jaka jest Mołdawia po dwóch dekadach wolności?
W przeciągu dwudziestu lat w kraju między Prutem a Dniestrem zmieniało się prawie wszystko – alfabet, historia, oficjalny język i granica. Zmian tych dokonywano z rozmachem, ale one same zdawały się zmieniać niewiele. Po przegranej wojnie z Naddniestrzem w 1992 roku oficjalne granice państwa pozostały takie jak granice Mołdawskiej SRR, mimo że od zakończenia konfliktu Kiszyniów nie ma już żadnej możliwości kontrolowania wschodniego brzegu Dniestru. Język w oficjalnych dokumentach zwano na przemian to rumuńskim, to mołdawskim, choć nie trzeba było nawet zmieniać szkolnych podręczników. Wykładowcy uczyli młodzież historii Mołdawii lub Rumunii – w zależności od aktualnego pomysłu partii sprawującej władzę. Jednego dnia uczniowie mogli więc usłyszeć, że Besarabia zagarnięta została przez zdradziecką Rumunię, drugiego posłuchać o Matce Rumunii, z którą zjednoczenie powinno być naturalnym pragnieniem każdego Mołdawianina, trzeciego zaś o hospodarstwie Mołdawskim, którego historię i kulturę uzurpuje sobie teraz młodsze o trzysta lat państwo – Rumunia. Wśród takich przemian i pod ich wpływem kształtowało się pierwsze pokolenie niepodległej Mołdawii.
Głosuję na stabilność!W chwili uzyskania niepodległości Republika Mołdowy stanęła przed klasycznymi trudnościami, z którymi zmagał się każdy z krajów związkowych ZSRR. Prócz restrukturyzacji gospodarki i rolnictwa czy budowy podstaw demokratycznego społeczeństwa, przed nowym państwem stało jeszcze jedno – być może najważniejsze wyzwanie – budowa świadomego narodu mołdawskiego i jego konsolidacja. Zadanie to w zastanych okolicznościach nie należało do łatwych. Warto przypomnieć, że motorem uniezależnienia się Mołdawii od Związku Radzieckiego nie była faktyczna chęć uzyskania niepodległości, a raczej pragnienie niezależności kulturowej i ostatecznie zjednoczenie z Rumunią, którą rządzący w początkach lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Mołdawski Front Ludowy uważał za prawdziwą ojczyznę Mołdawian. Prowadzona pod hasłem „Rosjan za Dniestr, Żydów do Dniestru” masowa rumunizacja kraju doprowadziła do wzrostu niepokojów społecznych i bezpośrednio przyczyniła się do wybuchu wojny naddniestrzańskiej. Konflikt nie znalazł jednak poparcia u większości społeczeństwa. Mołdawianie jak mogli uchylali się od udziału w wojnie, której istoty nie rozumieli. Nie czuli związku z ziemiami za Dniestrem, a przy tym nie chcieli strzelać do rodaków, do których nie żywili negatywnych uczuć. Pomoc Rosji przesądziła o wyniku walk. Klęska sił mołdawskich położyła kres rodzącemu się szowinistycznemu nacjonalizmowi rumuńsko-mołdawskiemu. Od tej chwili młoda republika musiała szukać nowego źródła narodowej idei, której nie znalazła chyba do dziś.
Pomysły na to, jak ma wyglądać nowoczesna mołdawska tożsamość, były różne, choć dominowały dwie podstawowe koncepcje: panrumunizm i mołdawianizm. Pierwsza wywodziła się bezpośrednio z ideologii Mołdawskiego Frontu Ludowego i zakładała kulturową i etniczną jedność Rumunów oraz Mołdawian. Docelowo dążyła także do zjednoczenia obydwu państw. Wyznawany głównie przez środowiska inteligenckie panrumunizm nie spotkał się jednak z szerszym poparciem społecznym. Z jednej strony opierali się mu niemołdawscy mieszkańcy republiki, z drugiej – wielu etnicznych Mołdawian, którzy albo nie chcieli powtórki z wojny naddniestrzańskiej, albo (nierzadko) nie darzyli szczególną sympatią „braci zza Prutu”. Mołdawianizm okazał się natomiast dużo bardziej chwytliwą ideologią. Mówił on o Mołdawii jako o starożytnej krainie, wywodzącej swą historię już od hospodarstwa Mołdawskiego, w której od wieków mieszały się różne kultury, religie i cywilizacje. Wedle mołdawianistów, ich kraj był więc naturalnym tyglem etnicznym, gdzie wszystkie nacje zawsze żyły w pokoju i zgodzie. Rozumiana w ten sposób Mołdawia miała stanowić przykład dla całej Europy. Pomysł na takie postrzeganie samych siebie spodobał się zarówno Mołdawianom, jak i Rosjanom, Ukraińcom czy Gagauzom oraz wyniósł do władzy Partię Komunistów, która objęła rządy w 2001 roku. Od tej chwili kraj zaczął popadać w ideologiczną stagnację. Komuniści za wszelką cenę starali się zachować kruchą równowagę, lawirując między Wschodem a Zachodem. Kwestie etniczne pozostawiono na boku, licząc, że pozostawienie
status quo pozwoli na zachowanie spokoju wewnątrz kraju. Tymczasem rozmowy w sprawie Naddniestrza nie przynosiły rezultatów. Dla zachowania poparcia zwolennikom zbliżenia z Rosją obiecywano ściślejszą współpracę w ramach Wspólnoty Niepodległych Państw, zaś proeuropejscy wyborcy mogli posłuchać o planach akcesyjnych snutych przez rząd. Najlepszą ilustracją tego „geopolitycznego rozkroku” były chyba plakaty komunistów z wyborów w 2009 roku, na których widniała czerwona flaga Unii Europejskiej ze złotymi gwiazdami i podpisem: „Głosuję na stabilność!”.
Mamałyga nie kipi?W Związku Radzieckim o charakterze narodowym Mołdawian mawiało się po prostu: „Mamałyga nie kipi”. Mieszkańców Besarabii uważano, skądinąd słusznie, za łagodnych, spokojnych i zajętych własnymi sprawami ludzi, których nie interesowała wielka polityka i którzy z pokorą przyjmowali każdą decyzję płynącą ze stolicy. Pierwsze lata niepodległości wydawały się potwierdzać taki wizerunek Mołdawian. Niewierzący we własne możliwości, przytłoczeni przegraną wojną z Naddniestrzem i dekadą stagnacji pod rządami komunistów obywatele mołdawscy nie oddawali się nawet klasycznym rozmowom o polityce. Od 2001 roku debaty w tym kraju sprowadzały się albo do entuzjastycznego popierania komunistów, albo do pełnego rezygnacji stwierdzenia, że nic w tym kraju się nie zmieni. Popularne było wtedy nazywanie Mołdawii poczekalnią, w której czeka się na jakąś bliżej nieokreśloną zmianę lub na samolot do lepszego świata.
Nadeszły jednak przełomowe wybory w kwietniu 2009 roku, nazywane z dużą dozą ostrożności „mołdawską rewolucją”. Zamieszki, które po ogłoszeniu wyników ogarnęły Kiszyniów, stanowiły przełomowy moment w historii tego kraju. Po raz pierwszy młode, wychowane już w Mołdawii pokolenie, postanowiło wziąć sprawy we własne ręce i dokonać faktycznej zmiany. Sukces, którym zakończyła się walka o odsunięcie komunistów od władzy, błyskawicznie zmienił obraz stolicy. Na ulicach niemal co weekend można spotkać niewielką demonstrację lub pikietę. Na tablicach ogłoszeniowych pojawiają się polityczne plakaty, a w parkach odbywają się oryginalne happeningi. Nowo powstała prywatna telewizja informacyjna prowadzi na centralnym bulwarze Stefana Wielkiego programy publicystyczne, w których mogą brać udział przechodnie, a politycy dużo chętniej goszczą w studiach radiowych i telewizyjnych. Taka aktywność obywatelska przyczynia się do wzrostu poczucia tożsamości. Od kilku lat stale wzrasta liczba obywateli nazywających samych siebie Mołdawianami. Dzieje się tak nawet wśród tych mieszkańców, którzy mają inne pochodzenie etniczne – między innymi Rosjan czy Ukraińców.
Wraz ze zmianami w społeczeństwie zmienia się także Kiszyniów i jego mieszkańcy. Niegdyś niebezpieczny i cichy, w przeciągu zaledwie kilku lat zaczął przypominać południowoeuropejskie miasto, pełne kawiarń, skwerów wypełnionych ludźmi, knajpek z nastrojową muzyką i parkietem, na którym królują latynoamerykańskie tańce. Kiszyniowianie, znani w czasach radzieckich z pogodnego usposobienia, znów nauczyli się cieszyć i bawić. Uśmiechnięty przechodzień – widok tak rzadki jeszcze przed kilku laty – nie zaskakuje już na stołecznej ulicy.
Unijna przyszłośćMołdawia to nieco zapomniany kraj Partnerstwa Wschodniego. Mówienie o ewentualnej akcesji tego kraju do Wspólnoty spotyka się zwykle ze zrozumiałym niedowierzaniem. Tymczasem, jak sugerują źródła zbliżone do polskiej dyplomacji, ten najbiedniejszy kraj Europy ma w niedalekiej przyszłości realne szanse stać się liderem eurointegracji na Wschodzie. Przemawiają za tym trzy najważniejsze argumenty.
Po pierwsze, przeżywająca kryzys ideowy i gospodarczy Unia Europejska potrzebuje (a przynajmniej będzie potrzebowała po uporaniu się z problemami finansowymi i wewnętrznymi) kolejnego członka, którego przyjęcie pokaże światu, że idea europejska nie wyczerpała się i że Unia nadal jest graczem silnym oraz atrakcyjnym dla nowych kandydatów. Mało prawdopodobne bowiem, by Bruksela zdecydowała się w najbliższym czasie na przyjęcie dużych państw, takich jak Ukraina czy Turcja.
Po drugie, negocjacje akcesyjne z Mołdawią prowadzone są w szybkim tempie. Paradoksalnie, dzieje się tak z powodu jej braków rozwojowych. Niemal nieistniejący przemysł i rolnictwo skupiające się głównie na uprawie winorośli ograniczają listę punktów do negocjacji. Wystarczy przypomnieć, jak długo Polska układała się z Unią w kwestii rybołówstwa, aby zauważyć, jak brak tego typu czynników skraca czas rozmów.
Po trzecie wreszcie, Mołdawii wystarczą niewielkie nakłady finansowe, które znacznie poprawią jakość życia obywateli. Unia, nawet pokryzysowa, bez kłopotu odnajdzie środki, a propagandowy efekt i wzrost euroentuzjazmu w regionie zrekompensują Wspólnocie poniesione koszta.
Łyżka dziegciu w szklance winaW tym optymistycznym obrazie pojawiają się jednak raz po raz poważne pęknięcia. Mołdawia to dziś jedno z niewielu państw byłego ZSRR, którego niepodległość nie jest wcale przesądzona, i to nie z powodu zewnętrznego zagrożenia, ale raczej z przyczyn wewnętrznych. Społeczeństwo mołdawskie, mimo że coraz bardziej świadome na poziomie lokalnym i samorządowym, nie ma pomysłu na to, jaki kurs powinna obrać ich Republika. Perspektywa eurointegracji w dobie kryzysu gospodarczego wydaje się Mołdawianom nieprawdopodobna, a Unia może zadowolić się przyłączeniem Chorwacji i Serbii, zatrzymując proces rozszerzenia na kilka następnych lat. Wspólnota Niepodległych Państw nie stanowi już realnej alternatywy, a wewnętrzne wskaźniki gospodarcze kraju nie dają nadziei na poprawę sytuacji. Wysokość PKB Mołdawii (około pięciu miliardów dolarów) od lat stawia ją na ostatnim miejscu wśród europejskich państw. Mołdawia odnotowywała co prawda stały wzrost gospodarczy od przełomu tysiącleci, ale uległ on załamaniu w związku ze światowym kryzysem.
– Kryzys ogólnoświatowy? Nie, nie odczuwamy go tutaj, przecież to dla nas stan permanentny – ironicznie mawiają młodzi Mołdawianie zapytani o skutki ostatnich zawirowań na światowych rynkach.
Dla 30 procent obywateli jedynym wyjściem okazała się emigracja zarobkowa. Nieoficjalne szacunki mówią, że gastarbeiterzy przesyłają swoim rodzinom około pięciu miliardów dolarów, wypracowując tym samym drugi PKB. Jednak pracujący nielegalnie emigranci nie płacą oczywiście podatków, co grozi zupełnym załamaniem się systemu emerytalnego.
Wciąż nierozwiązany zostaje także problem naddniestrzański. Stanowisko obecnych władz nieuznawanej republiki wyraźnie głosi, że Naddniestrze pragnie reintegracji tylko z Rosją. Jak taki rozwój polityki naddniestrzańskiej wpłynie na dalsze losy Mołdawii? Nie wiadomo.
Mołdawska przyszłośćMołdawia po dwudziestu latach niepodległości to kraj sprzeczności, niepewności i ciągłej zmiany. Mimo to, jak się wydaje, ta młoda republika przeszła już najtrudniejszy okres. Zdołała wychować pokolenie, które potrafiło dokonać pierwszej od lat manifestacji politycznej i wpłynąć na bieg historii swojego kraju. Przyznawanie się do bycia Mołdawianinem przestaje być czymś wstydliwym – a to już sukces, który niewątpliwie przyczyni się do rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i na dłuższą metę przełoży się na stan mołdawskiej demokracji. Zjawisko emigracji zarobkowej, mimo swych licznych wad, sprawia, że powracający z wyjazdów Mołdawianie zaszczepiają zachodnie nawyki i standardy w swoim kraju. Widać to po ubiorze, sposobie spędzania wolnego czasu, ale także w podejściu do instytucji państwa i do jego organów. Mołdawianie wiedzą już, czego powinni oczekiwać od państwa i czego mogą się domagać. Jedno zaś wydaje się już pewne – to prozachodni kurs mołdawskiego społeczeństwa, które z coraz większą siłą odkrywa, jak wiele wspólnego ma ich kultura z kulturą południowej Europy. Mołdawianie, nie porzucając tego, co wschodnie, czerpią całymi garściami od Rumunów, Włochów i Greków. Lokalnym Rosjanom i Ukraińcom nie będzie zaś raczej przeszkadzała perspektywa unijnego paszportu.
Kamil Całus jest dziennikarzem i doktorantem w Instytucie Wschodnim Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej”.
--
Zobacz także:
Paweł
Wołowski Co dała niepodległość Ukraińcom i Białorusinom?Z Ołeksandrem
Paschawerem rozmawia Piotr
Andrusieczko Dwadzieścia lat przeżyliśmy interesującoTomasz
Kułakowski Dwadzieścia lat w rozkrokuAndrij
Bondar Historia jednego samozniszczeniaPiotr
Andrusieczko Dwadzieścia lat poZ Aleksandrem
Kwaśniewskim rozmawia Tomasz
Kułakowski Bezprecedensowe wydarzeniePiotr
Pogorzelski Urodzinowa laurkaMałgorzata
Nocuń Niechciana niepodległośćKamil
Kłysiński Sukcesy pozorne i rzeczywiste
Brak komentarzy