
Relacje Ukrainy z Unią Europejską w kontekście aresztu Julii Tymoszenko i samoizolacja Białorusi zdominowały szczyt Partnerstwa Wschodniego w Warszawie.
Ze szczytu Partnerstwa Wschodniego nie dało się wycisnąć więcej niż ogólną deklarację. Pomimo kryzysu gospodarczego w strefie euro szefowie unijnych instytucji wraz z kanclerz Niemiec Angelą Merkel przyjechali do Warszawy, by wyrazić poparcie dla integracji sześciu poradzieckich państw ze strukturami unijnymi. I to już jest sukces Polski, wydaje się bowiem, że uczyniono to z grzeczności dla naszej prezydencji. Liderzy Unii Europejskiej wyrazili chęć integracji ekonomicznej z partnerami na Wschodzie, a także całkowitego zniesienia wiz do Unii dla wschodnioeuropejskich i kaukaskich społeczeństw Partnerstwa Wschodniego.
Wymyślony przez Polskę i Szwecję projekt, który został zainaugurowany w 2009 roku w Pradze, w ciągu dwóch lat zaczął się rozkręcać mimo niesprzyjającej koniunktury w jądrze Unii Europejskiej i u jej południowych granic. Skłonił też Brukselę do koniecznego przewartościowania polityki przymykania oczu na autorytarne reżimy w sąsiedztwie, dopóki nie ma w nich rozlewu krwi.
Tymoszenko na językachSzczyt zdominowała kwestia Julii Tymoszenko – aresztu, procesu i spodziewanego 11 października wyroku. Siedem lat więzienia za przekroczenie uprawnień przy podpisywaniu umów gazowych z Rosją w 2009 roku, w obliczu ówczesnego kryzysu gazowego dotykającego niemal pół Europy, jest absurdalną propozycją ukraińskiej prokuratury. Nikt nie ma wątpliwości, że proces ma podłoże polityczne, ale nikt z wielkoformatowych gości publicznie tego nie powiedział.
– Wszystko wskazuje na to, że ten proces ma w dużym stopniu charakter polityczny – to słowa przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka.
Polskie władze unikały komentarzy w sprawie Tymoszenko. Nasza dyplomacja uznała, że lepiej nie naciskać na Janukowycza publicznie, by nikt nad Dnieprem i Wołgą nie zarzucił mu działania pod presją Zachodu. Dowodem tej postawy jest przebieg spotkań bilateralnych. W czwartek, przed oficjalnym rozpoczęciem szczytu, do Belwederu głowę ukraińskiego państwa zaprosił Bronisław Komorowski, ale prezydenci wygłosili oświadczenia, w których mówili na okrągło o zbliżaniu się Ukrainy do struktur unijnych. Kancelaria Prezydenta nie zgodziła się na konferencję prasową, by nie prowokować pytań o proces Julii Tymoszenko.
Kilkadziesiąt minut z Janukowyczem rozmawiał Donald Tusk.
– Relacja władzy i opozycji, standardy demokratyczne będą miały, co zrozumiałe, wpływ na ocenę procesu integracji – powiedział polski premier.
Ostrzejsze słowa padły dzień później na wspólnej konferencji podsumowującej szczyt. Oprócz Donalda Tuska, zaniepokojony sytuacją wewnętrzną i wybiórczym traktowaniem prawa na Ukrainie był szef Rady Europejskiej Herman Van Rompuy oraz przewodniczący Komisji Europejskiej José Manuel Barroso.
Sprawa Julii Tymoszenko została za to omówiona w kuluarach. Wiktor Janukowycz testował w Warszawie, w jakim stopniu Unia jest w stanie zaakceptować skazanie jego głównej rywalki, czyli
de iure usunięcie jej z życia politycznego poprzez pozbawienie biernego prawa wyborczego.
Unijni (w tym polscy) przywódcy chyba przekonali Janukowycza, że nie warto rezygnować ze współpracy gospodarczej z Brukselą, która ożywi się po utworzeniu strefy wolnego handlu, dla ryzyka samoizolacji Kijowa na wzór białoruskiego reżimu. Janukowycz zdaje sobie sprawę, że bardziej opłacą się długoterminowe korzyści dla ukraińskiej gospodarki, zniesienie wiz do Unii dla swoich obywateli niż wyrok skazujący na współpracę z Rosją w narzuconej przez Moskwę unii celnej, która i tak nie doprowadzi do zmniejszenia cen na gaz.
Janukowycz stał się zakładnikiem własnej polityki. Wie, że będzie musiał wypuścić byłą premier, lecz w taki sposób, by Tymoszenko nie zyskała politycznie. Z punktu widzenia Janukowycza najlepiej byłoby ją skazać (pozbawiając możliwości startowania w wyborach), po czym ogłosić amnestię. Niewykluczone również, że sprawa trafi do ponownego rozpatrzenia bądź sąd drugiej instancji nie znajdzie dowodów „przestępstwa”.
Bez pomysłu na BiałoruśSzczyt Partnerstwa Wschodniego zbojkotowała Białoruś. Propaganda Aleksandra Łukaszenki tłumaczyła nieobecność dyskryminacją Mińska przez Brukselę i stosowaniem podwójnych standardów, co częściowo jest prawdą, bowiem obecnemu na szczycie prezydentowi Azerbejdżanu nie jest znowuż daleko do
Baćki.
Łukaszenka odniósł połowiczny sukces, gdyż po jego stronie stanęły państwa Partnerstwa Wschodniego, w tym między innymi Gruzja, Azerbejdżan i Ukraina. Pięć krajów nie podpisało się pod wspólną deklaracją w sprawie Białorusi, w której wyrażono „głębokie zaniepokojenie pogorszeniem sytuacji praw człowieka, demokracji i rządów prawa na Białorusi”.
Aleksander Łukaszenka, bojkotując szczyt, chciał przede wszystkim wysondować, na ile dwadzieścia siedem państw unijnych mówi jednym głosem w sprawie Łukaszenkowskiego autorytaryzmu.
Baćka liczył, że i tak „przehandluje” kilku więźniów politycznych za kredyty z instytucji europejskich, tak jak po wyborach z 2006 roku. Jednak kraje Unii Europejskiej były zgodne i wspólnie potępiły Łukaszenkę.
Donald Tusk wyjął marchewkę i zaproponował Białorusi pakiet modernizacyjny w wysokości nawet dziewięciu miliardów dolarów. Łukaszenka musiałby spełnić jednak trzy warunki – wypuścić i zrehabilitować więźniów politycznych, a także przeprowadzić demokratyczne, zgodne ze standardami OBWE wybory parlamentarne w przyszłym roku.
Unia wyszła z inicjatywą „odgrzewanego kotleta”, licząc, że Łukaszenka zdemokratyzuje się na widok miliardów dolarów.
Baćka nie pójdzie na zbliżenie z Zachodem, dopóki nie skończą mu się pieniądze z rosyjskiego „lombardu”. Następnie sprywatyzuje kilka kluczowych przedsiębiorstw, a później, być może już po krachu białoruskiej gospodarki, nie trzeba będzie rozmawiać z Aleksandrem Łukaszenką…
Kijów wzorem dla innychSzczyt odbył się w momencie, gdy Unia Europejska nie myśli o dzieleniu się z innymi, lecz o ratowaniu własnej skóry (strefy euro). Dla krajów Partnerstwa Wschodniego najważniejszy jest przykład Ukrainy. Z jednej strony Gruzja, Mołdawia i inne państwa przekonały się, że przeprowadzanie niepopularnych reform i wdrażanie norm unijnych jest możliwe. Z drugiej –nawet gotowa do podpisania umowa stowarzyszeniowa, będąca milowym krokiem w kierunku Unii Europejskiej, może być porwana na strzępy, gdy autorytarne zapędy biorą górę.
Unijna polityka wschodnia chyba zaczyna przypominać integrację, a nie imitację. Cieszy otwarcie negocjacji o pogłębionym handlu Mołdawia-UE, Gruzja-UE i deklaracje całkowitego zniesienia wiz, po spełnieniu – jak zawsze – rygorystycznych wymogów.
Tomasz Kułakowski jest dziennikarzem Polskiego Radia, stałym współpracownikiem „Nowej Europy Wschodniej”.