
Bliska współpraca szefów dyplomacji Polski i Niemiec to osobisty sukces Radosława Sikorskiego. Łatwo wytykać palcem porażki tego tandemu, choć warto zwrócić uwagę, że wcześniej taka współpraca była w ogóle nie do pomyślenia.
O tym, że Niemcy chcą współpracować z Polską na odcinku wschodnim, zdecydowano w Berlinie już kilka lat temu, gdy powstawała rządząca naszym zachodnim sąsiadem koalicja. Idea wydawała się dla Polski bardzo atrakcyjna – oto wciągani byliśmy
de facto do unijnego kierownictwa, a przynajmniej w tej dziedzinie byliśmy dopraszani do „twardego jądra”. Idea ta jednak mogła też rodzić pewne obawy – wiadomo, że niemiecka polityka wschodnia jest na wskroś pragmatyczna i na pierwszym miejscu stawia gospodarkę. Można więc było się spodziewać, że Polska zostanie „poproszona” o zmiękczenie swej prodemokratycznej polityki w regionie, by nie psuć nastroju przy kolacjach, których sens sprowadzałby się do zawierania kolejnych lukratywnych porozumień niemiecko-rosyjskich.
Tak naprawdę jednak Polska uprawiała nie tyle prodemokratyczną politykę, ile retorykę i nawet nie tyle prodemokratyczną co antyrosyjską (czasem rzeczywiście to na jedno wychodziło, ale nie zawsze). Na prowadzenie aktywnej polityki na Wschodzie jednak nie bardzo mogliśmy sobie pozwolić, bo nie mieliśmy na to środków. A tacy wirtuozi jak Aleksander Kwaśniewski – bo on naprawdę potrafił być skuteczny – zdarzali się rzadko.
Dziś sytuacja wygląda inaczej. Brak wirtuozów rekompensuje nam wpływanie na unijną politykę i – na dłuższą metę – właśnie inicjatywy takie jak współpraca polsko-niemiecka. Mamy też większe możliwości wspierania demokracji na Wschodzie, choć i tak daleko nam do zaangażowania niemieckich fundacji.
Co prawda, na razie wielkich efektów nie widać, a to dlatego, że duet Radosław Sikorski-Guido Westerwelle jest na Wschodzie wciąż traktowany jako dość egzotyczny. Nie przejął się nim ani Wiktor Janukowycz (mimo apeli uwięził Tymoszenko), ani Aleksander Łukaszenka (wizyta duetu w Mińsku nie przyniosła oczekiwanych rezultatów) i trudno spodziewać się, że przejmie się nim Władimir Putin: obaj ministrowie właśnie napisali list do władz Unii Europejskiej, w którym zawarli swoje pomysły na politykę Wspólnoty wobec Rosji. Państwa Europy Wschodniej wciąż są przekonane, że w Europie liczą się głównie Niemcy i Francja, a Sikorski został doproszony do współpracy, bo szef niemieckiej dyplomacji miał taki miły pański gest. Sikorski z Westerwellem mogą pisać listy, a my i tak z Merkel i Sarkozym się dogadamy – tak może myśleć Władimir Putin.
O tym, że Moskwa traktuje Polskę inaczej niż Niemcy, świadczą choćby ceny na gaz – my musimy płacić znacznie więcej niż Niemcy i różnica w cenie ma jeszcze wzrosnąć. A jak mawiał klasyk – byt określa świadomość. Trudno oczekiwać, by Niemcy patrzyli na Wschód w ten sam sposób co my.
Rozwiązaniem może być tylko integracja i jednoczesna liberalizacja europejskiego rynku gazowego. Wtedy kraje Europy Środkowej byłyby mniej uzależnione od dostaw Gazpromu. Będzie to bardziej skuteczne niż wzywanie w listach Rosji, by była przewidywalnym partnerem energetycznym. To wymaga niestety czasu.
Tymczasem wysiłki Sikorskiego – choć nie przynoszą szybkich efektów, są inwestycją w przyszłość. Przekonują europejską opinię, że jest taki kraj, który chce się zajmować wschodnimi rubieżami Europy, a skoro współpracuje z Berlinem, to jest to kraj godny zaufania. Oczywiście, że chciałoby się więcej – ale to i tak niemało.
Andrzej Brzeziecki
Brak komentarzy