
Nie zanosi się na to, by Wiktor Janukowycz wypuścił z więzienia Julię Tymoszenko przed grudniowym szczytem Ukraina-Unia Europejska.
Wiktor Janukowycz przyleciał wczoraj do stolicy Dolnego Śląska na obchody dwusetlecia Uniwersytetu Wrocławskiego z dużym opóźnieniem, spowodowanym mgłą na wrocławskim lotnisku. Polityk z Doniecka nie odwołał jednak wizyty i spotkał się z prezydentami Polski i Niemiec. Po rozmowach przyznał, że ich głównym tematem była współpraca ukraińsko-unijna i sprawa aresztowania Julii Tymoszenko. Później, tradycyjnie zresztą, przekonywał dziennikarzy, że on jako prezydent nawet nie powinien się wypowiadać na temat działań „niezawisłego wymiaru sprawiedliwości”.
Prezydent przypomniał, że umowa ukraińsko-unijna została wynegocjowana i jest gotowa do parafowania. Otwartą kwestią pozostaje, czy znajdzie się w niej zapis o perspektywie członkostwa Ukrainy we Wspólnocie. Również polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych stoi na stanowisku, że parafowanie dokumentu jest możliwe mimo coraz większych oporów niektórych państw Unii Europejskiej, niechętnych integrowaniu Ukrainy ze Wspólnotą. Nawet jeśli na umowie znajdzie się parafka, to i tak nie rozwiąże ona sprawy ratyfikacji dokumentu przez każde z dwudziestu siedmiu państw Unii. Nawet przy dobrych wiatrach politycznych (uwolnieniu Tymoszenko) ten proces może potrwać kilka lat.
Warszawa jest rozgoryczona polityką Wiktora Janukowycza, która polega na umywaniu rąk od sprawy Tymoszenko i zasłanianiu się niezawisłością wymiaru sprawiedliwości. Ta frustracja jest tym większa, że zarówno podczas sierpniowych rozmów w Juracie z prezydentem Bronisławem Komorowskim, jak i wrześniowego szczytu Partnerstwa Wschodniego w Warszawie, Wiktor Janukowycz zapewniał, że znajdzie sposób na uwolnienie głównego wroga donieckich polityków i oligarchów – Julii Tymoszenko.
Tym pomysłem miała być depenalizacja paragrafu o „przekroczeniu uprawnień” przez rządzących, na którego podstawie była premier została skazana na siedem lat więzienia. Od wczoraj wiadomo, że ustawa o dekryminalizacji przez Radę Najwyższą nie przejdzie, chyba że z ulicy Bankowej w Kijowie, gdzie mieści się Administracja Prezydenta, zostanie wysłany jasny sygnał, że ma być inaczej.
Warszawa zabiega o Kijów nie tylko ze względu na polską rację stanu, ale również z potrzeby sukcesu prezydencji. Starania o Ukrainę to interes, ale również znana unijna hipokryzja. Przewodnictwo Warszawy w Radzie UE przyćmiła Grecja i sypiąca się strefa euro. Dlatego szczyt Partnerstwa Wschodniego nie był międzynarodowym sukcesem, a planowane na 9 grudnia podpisanie traktatu akcesyjnego Chorwacji nie jest naszą zasługą, ponieważ polska dyplomacja jest prawie nieobecna na Bałkanach. Parafowanie umowy stowarzyszeniowej Ukraina-UE 19 grudnia w Kijowie byłoby zatem sukcesem podsumowującym półroczne trzymanie przez Warszawę symbolicznych sterów Unii. To jednak zależy od Wiktora Janukowycza, któremu polscy politycy, od Bronisława Komorowskiego – przez Donalda Tuska, po Aleksandra Kwaśniewskiego – nie są w stanie wytłumaczyć, że nie warto dla doraźnych interesów rezygnować z wyboru cywilizacyjnego, czegoś więcej niż biznes klanu donieckiego. Jeżeli nie uda się zawiązać współpracy ukraińsko-unijnej w grudniu, to na kolejną szansę Kijów może czekać wiele lat.
Dlatego też spotkanie we Wrocławiu było rozmową „ostatniej szansy”.
– Nie chcemy, by ktokolwiek nam zarzucił, że nie zrobiliśmy wszystkiego, by przekonać Wiktora Janukowycza do rezygnacji z polityki tłamszenia opozycji – mówi polski dyplomata proszący o zachowanie anonimowości.
Cierpliwość władz w Warszawie do ekipy z Donbasu wyraźnie zaczyna się kończyć. Jednak Janukowycz nie zamierza wypuszczać Tymoszenko z więzienia i będzie grał do końca, czyli do grudniowego szczytu Ukraina-UE.
– To są wschodnie metody rządzenia, nawet nie sowieckie, tylko wschodnie. Tam nigdy prawo się nie liczyło, a władzy używało się do zdobywania przewagi nad rywalem politycznym lub po prostu tłamszenia go. Przy wódce ludzie Janukowycza mówią wprost, że nienawidzą Tymoszenko i utopiliby ją w łyżce wody. Ona zalazła im za skórę, położyła rękę na ich pieniądzach – mówi anonimowo polski polityk, znany z dobrych kontaktów z Ukraińcami.
Ma na myśli oczywiście Dmytra Firtasza i sprawę słynnego wyrzucenia przez premier Tymoszenko z ukraińskiego rynku gazu spółki RosUkrEnergo w 2009 roku, przez co „krupnyj biznesmen” stracił ogromne ilości surowca i pieniędzy, a Polska była odcięta od dostaw gazu z kierunku ukraińskiego.
Administracja Prezydenta przygotowuje się na walkę z Tymoszenko do końca. Ostatnio „Ukrajinśka Prawda” ujawniła, że w sądzie apelacyjnym, który będzie rozpatrywał wyrok siedmiu lat więzienia dla Tymoszenko, trwają kadrowe roszady i trafiają tam sędziowie bez doświadczenia, za to lojalni wobec „niebieskiej” ekipy. O chęci całkowitego zniszczenia byłej premier świadczą też kolejne śledztwa dotyczące złotych czasów „gazowej księżniczki”, czyli jej działalności z połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy królowała jako szefowa ówczesnego monopolisty gazowego JESU. Prokuratorzy i Państwowa Służba Podatkowa Ukrainy badają cztery zamknięte wcześniej śledztwa. Dotyczą one zagarnięcia środków budżetowych i malwersacji podatkowych, a także niespłacenia długu wobec rosyjskiego MON.
Ekipa przy Bankowej w Kijowie przygotowuje scenariusze na szczyt unijny, bo prawie pewne jest, że Julia Tymoszenko przywita nowy rok za kratkami. Nie przez przypadek strona ukraińska twardo stoi na stanowisku, by w umowie znalazł się zapis o perspektywie członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej. Skąd to zainteresowanie Wiktora Janukowycza akcesją? Wydaje się, że jest to blef negocjacyjny, który ma dać ukraińskim władzom przewagę w rozmowach na temat dokumentu stowarzyszeniowego. Chodzi o to, by w przypadku klapy grudniowego szczytu Janukowycz miał argumenty do przerzucenia winy za niepowodzenia na stronę unijną. Wówczas jego słowa: „chcieliśmy podpisania umowy stowarzyszeniowej, ale Bruksela nie chciała dać perspektywy członkostwa”, mogą być alibi na arenie wewnątrzpolitycznej, mimo że nie przekona ono Ukraińców, którzy nie ufają już prezydentowi. Jednak upieranie się przy tym sformułowaniu jest kolejnym dowodem na to, że Wiktor Janukowycz nie zamierza wypuszczać Julii Tymoszenko na wolność.
19 grudnia w Kijowie gospodarz spotka się z przedstawicielami Unii. Jeżeli do tego czasu nic się nie zmieni, to szczyt okaże się totalną klapą. No chyba że Janukowycz pogodzi się z utratą władzy w demokratycznych wyborach – najpóźniej w 2015 roku, o ile wcześniej nie obali go społeczeństwo – coraz bardziej gotowe do walki o „swoje”.
Tomasz Kułakowski jest dziennikarzem Polskiego Radia, stałym współpracownikiem „Nowej Europy Wschodniej”.
Wydawało się po raz kolejny, że w końcu, na Ukrainie zaczął rządził ktoś, kto popchnie ten kraj do przodu. Janukowycz i regionałowie jednak, w niczym nie różnią się od Juszczenki i "pomarańczowych". Zastój, stan zawieszenia, powolne dreptanie, raz ku Azji, raz ku Europie, cechowało nie tylko ostatnie 20 lat, ale i będzie przez następne 20. Nawet jakby Tymoszenko wypuszczono i jakimś cudem przejęła władzę w 2015 roku, to i tak nic to nie zmieni. Ukraina, podobnie jak Rosja czy Białoruś to skansen i olbrzymi rezerwat przepięknej natury i przyrody oraz ludzi o mentalności, którą trudno już gdziekolwiek spotkać na świecie. Może poza Afryką.
Jak tu wierzyc dziennikarzom? :))