
Siedem lat po pomarańczowej rewolucji wydaje się, jakby minęła cała epoka i na Ukrainie nic już nie przypomina tamtych wydarzeń. W rzeczywistości to, co dzisiaj obserwujemy w ukraińskiej polityce, jest pokłosiem Majdanu 2004. Obecna władza nadal obawia się powtórzenia ulicznych protestów, zakazując uczczenia rocznicy na placu Niepodległości. Duch zemsty przeważa nad politycznym pragmatyzmem. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że siedem lat po rewolucji, w więzieniu przebywa jedna z czołowych postaci opozycji w 2004 roku – Julia Tymoszenko, a w areszcie jeden z komendantów polowych pomarańczowej rewolucji – Jurij Łucenko?
Bezpośrednią przyczyną wyjścia na ulice w 2004 roku była próba sfałszowania wyników drugiej tury wyborów prezydenckich. Jednak za protestem stał sprzeciw wobec systemu, który nie liczył się ze swoimi obywatelami i odbierał im poczucie godności. Pierwsze namioty (jeszcze zwykłe, turystyczne) stawiali działacze organizacji Pora skupiającej przede wszystkim studentów. To właśnie studenci byli forpocztą rewolucji i to oni rozszerzali „strefę wolności” na Chreszczatyku w pierwszych dniach. Mieli się zresztą na kim wzorować – ich poprzednicy w październiku 1990 roku rozbili miasteczko namiotowe na ówczesnym placu Rewolucji Październikowej (czyli dzisiejszym placu Niepodległości) i prowadzili strajk głodowy.
Rewolucja 2004 roku pokazała inne oblicze Ukrainy – solidarnej, zdeterminowanej i radosnej. Dzisiaj różnie ocenia się tamte wydarzenia. Wskazuje się przede wszystkim na rozczarowanie, transformację przedstawicieli pomarańczowego obozu w antybohaterów. Mówi się o rewolucji milionerów przeciw miliarderom. Rzeczywiście, liderzy rewolucji nie wytrzymali próby czasu. Ten, którego imię najczęściej wykrzykiwano na placu Niepodległości, szybko stał się dla wielu osób zaprzeczeniem ideałów pomarańczowej rewolucji. Pomarańczowi politycy nie potrafili i nie chcieli sprostać oczekiwaniom tysięcy ludzi, którzy im uwierzyli.
Brak reform, kłótnie pomiędzy byłymi sojusznikami, nierozumienie zasad demokracji – tak w skrócie można scharakteryzować okres porewolucyjnej władzy polityków wywodzących się z pomarańczowego obozu. W konsekwencji, największy przegrany 2004 roku – Wiktor Janukowycz – już półtora roku później wrócił do wielkiej polityki, a w 2010 roku sięgnął po prezydenturę, którą – według niego – zwyczajnie skradziono mu, ogłaszając trzecią turę wyborów.
Dzisiaj obserwujemy ogromne rozczarowanie wśród tych, którzy popierali ideały Majdanu, oraz brak zaufania do polityków. Jednak nastroje protestu w społeczeństwie ukraińskim są silne, przynajmniej na poziomie deklaratywnym. Część społeczeństwa jest gotowa wyjść na ulice nie w imię haseł głoszonych przez polityków, ale w obronie własnych interesów. Przykładem był tak zwany „podatkowy Majdan” w szóstą rocznicę pomarańczowej rewolucji – w tym sensie nie jest ona porażką. Pozostaje jednym z najważniejszych wydarzeń współczesnej Ukrainy, które pokazało, że z antydemokratyczną władzą można skutecznie walczyć. I to doświadczenie zostanie jeszcze wykorzystane.
Kiedy w marcu 2004 roku pytałem Jurija Łucenkę, czy możliwy jest wybuch rewolucji na Ukrainie, podobnie jak w Gruzji, odpowiedział, że to mało prawdopodobne. Kilka miesięcy później został jednym z polowych komendantów protestu. Dzisiaj nie chodzi o to, aby nawoływać do kolejnych wystąpień rewolucyjnych. Jednak politycy powinni mieć świadomość, że cierpliwość każdego społeczeństwa ma granice. Rzadko udaje się utrzymać pokojowy charakter protestów, kiedy stopień niezadowolenia osiąga krytyczny poziom, o czym świadczą niedawne wydarzenia w Afryce Północnej.
Piotr Andrusieczko jest redaktorem naczelnym „Ukrajinśkiego Żurnału”.