NEW |   Dwumiesięcznik społeczno-polityczny poświęcony Europie Wschodniej
en ru ua
O NAS | REDAKCJA | PRENUMERATA | GDZIE NAS KUPIĆ | REKLAMA | WYDAWCA | KONTAKT | RSS RSS

Państwo jak McDonald

kategorie: Wywiady
dodano: 2011-12-11 01:00:00 przez: Z Iharem Babkowem rozmawia Karolina Słowik

KAROLINA SŁOWIK: W książce Królestwo Białoruś. Interpretacja ruin – wydanej również w Polsce – porównał Pan literaturę białoruską do uśmiechu kota z Alicji w Krainie Czarów. Kot zwany Białorusią znika, pozostaje tylko uśmiech. Literatura oderwana jest od białoruskiej rzeczywistości, nie trafia do czytelnika. Dlaczego?

IHAR BABKOU: Ta sytuacja jest bardziej skomplikowana. To porównanie artystyczne, metafora konceptualna. Miałem na myśli okres Związku Radzieckiego, kiedy literatura białoruska rozpuszczała się w ogólnoradzieckiej rzeczywistości. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku przybrała formę owego uśmiechu, rodzaju suweniru, oderwanego od rzeczywistości. Pozostała jako symboliczna reprezentacja. Ważne, że niektórzy odbiorcy mogli odczuć obecność owego „uśmiechu” w tej reprezentacji.

Twierdzi Pan, że kultura białoruska jest logocentryczna: „Przestrzeń białoruskości uformowana została przede wszystkim słowem, a nie obrazem czy rytmem”. Jak to ma się do oficjalnych statystyk? Według spisu powszechnego z 2009 roku, tylko 23 procent mieszkańców Białorusi porozumiewa się w domu po białorusku.

Na Białorusi nie ma podziału na białoruskojęzycznych i rosyjskojęzycznych. Wszyscy są bilingwiczni, albo nawet trójjęzyczni. Rola języka zmienia się na poziomie różnych grup społecznych. Intelektualiści i studenci rozumieją i czytają po białorusku. Funkcjonalny zasięg języka białoruskiego też się różni. Dwadzieścia-trzydzieści lat temu, gdy ktoś czytał po białorusku, musiał być poetą bądź pisarzem. Potem język wszedł do polityki i był ściśle związany z opozycją. Następnie przeniknął do białoruskiej muzyki rockowej oraz subkultur młodzieżowych. Język wciąż wędruje i wybiera dla siebie różne miejsca. Obecnie jest niewiele takich miejsc, gdzie byłby on nieobecny. Oczywiście, są pisarze żyjący w Mińsku piszący po rosyjsku. Tworzą oni bezpośrednio na rynek rosyjski.

To wiąże się z identyfikacją?

Tak, wybór języka to wybór tradycji i identyfikacji kulturowej, a nie wybór narzędzia. Dlatego język białoruski to coś w rodzaju symbolu kulturowego. Nawet 23 procent ludzi, którzy przyznają się, że mówią w domu po białorusku, nie zawsze na co dzień posługują się tym językiem. Jest to raczej ich deklaracja przynależności.

W Konstytucji białoruskiej jest zapis, że językiem oficjalnym jest język rosyjski lub białoruski. Według proreżimowej gazety „Zwiazda”, w 2010 roku tylko jedna ustawa została przyjęta w języku białoruskim. Dlaczego wybór pada na rosyjski?

Wybór języka białoruskiego nadal skazuje naszych urzędników na podejrzenie o sympatyzowanie z opozycją. Na wierchuszce jest przyzwolenie, by w ministerstwie kultury lub edukacji mówiono po białorusku, ale jeśli pracownik ministerstwa gospodarki czy spraw wewnętrznych zaczyna porozumiewać się w tym języku, staje się to podejrzane. Wraz ze zmianą władzy może nastąpić szybka reorientacja co do tej kwestii.

Ostatnio moi białoruscy znajomi powątpiewali: „Czy jest sens tłumaczyć z języka ukraińskiego na białoruski, skoro Białorusini rozumieją języki swoich sąsiadów?”.

Nie mamy w Mińsku księgarni ukraińskich, w których możemy kupić ukraińską literaturę w oryginale. Mamy za to księgarnie, w których są dostępne białoruskie przekłady. Oczywiście, z jednej strony nie wszystko musi być przetłumaczone, ale z drugiej – dlaczego nie?

Co z białoruską publicystyką? Wydawane jest „Arche” Walera Bułhakawa, z którym zakładał Pan pismo „Frahmenty” na początku lat dziewięćdziesiątych.

Trudno powiedzieć, że zakładaliśmy je razem. Waler był jeszcze studentem. Zaangażowałem go, by się uczył. Doskonale wszystko opanował i teraz realizuje swój projekt, który zmierza w stronę wydarzeń bieżących i publicystyki. „Frahmenty” były pismem bardziej filozoficznym, skupionym wokół idei.

Dlaczego „Frahmenty” się rozpadły?

Nie rozpadły. Miałem wrażenie, że musi być czas na krystalizację i budowę środowiska wokół pisma. „Frahmenty” proponowały idee, do których ówczesne społeczeństwo jeszcze nie dojrzało. Tłumaczyliśmy takie teksty, które dopiero teraz mogą być należycie zrozumiane.

Na przykład Slavoja Žižka, którym obecnie zachwyca się polska młodzież.

Tak, doszliśmy za daleko i za wysoko dla naszego mainstream’u. Wtedy zdecydowałem, że musimy zająć się szykowaniem gruntu pod te idee. Wróciłem na uniwersytet, zdecydowałem się na doktorat. Wykładałem na różnych uczelniach koncepcje, które przedstawialiśmy we „Frahmentach”, ale w trochę innej formie, dla szerszego odbiorcy. Teraz mogę powiedzieć, że mamy środowisko intelektualne, dosyć zróżnicowane ideowo.

Właśnie we „Frahmentach” postawił Pan tezę, że Białoruś została zepchnięta przez kraje zachodnie na Wschód.

W latach dziewięćdziesiątych, w czasach rozszerzania się Unii Europejskiej na Wschód, czuliśmy się zapomniani i zdradzeni. Wcześniej nie potrzebowaliśmy wiz do Polski czy na Litwę. Po raz pierwszy powstała realna granica, za którą pozostały Białoruś, Ukraina i Mołdawia. Już nie było wspólnoty Europy Środkowo-Wschodniej. Wtedy zwrócili się do nas Amerykanie z pomysłem, by nazwać ten region Eurazją Zachodnią. Założyliśmy wówczas akademickie, rosyjskojęzyczne pismo „Pierekriostki”, które miało pokazać pogranicze wschodnioeuropejskie.

Niedawno prezydent Aleksander Łukaszenka przyjął bardzo entuzjastycznie tezy Putinowskiego eurazjatyzmu. Może Białoruś politycznie jest jeszcze dalej na wschód i to z własnej woli?

Teraz sytuacja uległa zmianie – tak naprawdę nie wiadomo, gdzie jest Wschód, a gdzie Zachód. Szybki rozwój Chin nie wyrasta z lokalnych tradycji, ale europejskiej nowoczesności. Nie umiem powiedzieć, czy dzisiejsze Chiny to Wschód, czy Zachód. Unii Europejskiej też teraz bliżej do Związku Radzieckiego, do socjalnej utopii. Spróbujmy myśleć w starych kategoriach o dzisiejszej sytuacji gospodarczej, kulturowej, geopolitycznej. Te kategorie przestały mieć znaczenie w dzisiejszym świecie. Kiedyś rozmawiałem ze Zbigniewem Brzezińskim i poprosił mnie, żebym sformułował argumenty, dlaczego Stany Zjednoczone nie powinny zostawiać Białorusi dla Rosji. Zaznaczył przy tym, że sam tego nie chce, ale potrzebuje mocnych argumentów, aby przekonać innych.

Co Pan mu odpowiedział?

Rozmawialiśmy dwie godziny. To, że nie uciekł po dziesięciu minutach, wskazywało na jego zainteresowanie [śmiech]. Ciekawe były dla niego realia, o których nie przeczyta się w prasie. Białoruś znacznie różni się mentalnie od Rosji. Jesteśmy bardziej skoncentrowani wokół siebie.

To znaczy, że jest w społeczeństwie poczucie tożsamości narodowej?

Tak, i jest bardzo mocne.

Białoruskiej?

Nie, tożsamości. Jaka to tożsamość? Czasem mówimy, że to „tutejszość”. Tożsamość można rozpatrywać na dwóch poziomach: poczucie, że jesteśmy sobą, i odpowiedzenie sobie na pytanie, kim jesteśmy. Białorusini przeszli już pierwszy etap. Drugi wiąże się z konfliktem kulturowym. To, kim jesteśmy, pozostaje przedmiotem sporu.

Po referendum w 1996 roku, które w konsekwencji zmieniło symbolikę państwową, powiedział Pan, że oznacza to śmierć białoruskiego narodu. Czy po dwudziestu latach niepodległości, na fali niezadowolenia społecznego i kryzysu gospodarczego, jest szansa na zmartwychwstanie białoruskiego narodu?

Śmierć narodu nastąpiła w kategorii myślenia. Była to raczej śmierć ludu, wspólnoty. Po 1996 roku zaczął powstawać nowy naród podzielony na dwie części. Jeden białorusocentryczny, opozycyjny. Drugi kreolski – oderwany od etnograficznej tożsamości – z językiem rosyjskim, ale z białoruską odrębnością. Nie ma ludu, wspólnoty, ale dwa konkurujące ze sobą obozy. Ta walka między nimi to laboratorium, w którym powstaje nowy twór społeczny.

Pana pierwszy tomik poezji Solus Rex powstał w okresie rozpadu Związku Radzieckiego. Już wcześniej angażował się Pan w ruchy dysydenckie i podziemne organizacje młodzieżowe. To tam zaczęła się rehabilitacja języka białoruskiego?

Tak, jak najbardziej. Tradycyjny język białoruski był używany powszechnie, ale w różnych wariantach dialektowych. Był to język potoczny. Miał też dużo zapożyczeń z języka rosyjskiego. Często słowa były rosyjskie, a wymowa białoruska. Przyszło wtedy pierwsze pokolenie, które urodziło się w miastach. Bez kompleksu niższości. Kolonizacja zawsze narzuca pewną hierarchię, której jedna kultura jest uniwersalna. Kultura białoruska była kojarzona ze wsią. Była zabawką. Grupy Tutejsi czy Babilon – do których należałem – to nie tylko podziemne stowarzyszenia, a cała generacja próbująca przełamać ten kolonialny stereotyp.

Był Pan uczestnikiem antyradzieckiej manifestacji na uroczysku Kuropaty podczas Dziadów w 1988 roku. Tradycja demonstrowania w tym dniu zachowała się do dzisiaj. Z małą różnicą: w tym roku na wiecu pojawiło się tam około tysiąca osób. W roku 1988 manifestowało ćwierć miliona ludzi. Dlaczego entuzjazm w społeczeństwie słabnie?

Wszystko się zmieniło. Wcześniej walczyliśmy o zmiany, o nowy ład i nie wiedzieliśmy, jak to się rozwiąże. Obecnie mamy ugruntowaną sytuację. Łukaszenka buduje państwo na zasadzie wielkiego McDonalda. Państwo zaczyna przyjmować rolę korporacji mającej menadżera, którego celem jest efektywne zarządzanie. W McDonaldzie nie ma miejsca na demokrację, tylko na hierarchizację i autorytaryzm. Jeśli interesy społeczeństwa nie będą jasno i prawdziwie sformułowane, to naród nie wyjdzie na ulice. Ludzie dzisiaj nie demonstrują za demokracją. To działa raczej w państwach późnokapitalistycznych. Opozycja białoruska przez dwadzieścia lat nie może znaleźć odpowiednich słów, by trafić do społeczeństwa.

Napisał Pan o sobie, że latem preferuje kajaki z przyjaciółmi, jesienią pisze wiersze, zimą – kończy powieści, a wiosną marzy o przebudzeniu. O jakim przebudzeniu Pan marzy?

Mówię o sobie, że jestem lewicowym buddystą. Marzę o przebudzeniu ze snu, w którym żyjemy.


Ihar Babkou jest białoruskim poetą, filozofem i tłumaczem. Członek białoruskiego PEN Clubu, wykładowca Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego w Mińsku. Laureat Stypendium im. Jerzego Giedroycia oraz białoruskich nagród literackich między innymi Zalataja Litara czy Gliniany Wieles. Jego ostatnia powieść Adam Kłakocki i jego cienie dotarła do finału Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus” w 2009 roku.

Brak komentarzy