
Łukaszenka traci umiejętność sprawnej gry. W jaką rolę teraz może wcielić się dyktator? Białoruś stanie się bastionem chroniącym państwa regionu przed skutkami „arabskiej wiosny”? Tylko czy ktoś jeszcze kupi tę grę?
Logika dziejów jest nieubłagana: każda dyktatura ma swój kres. Teraz obserwujemy, jak historia Łukaszenki powoli dobiega końca. Przed grudniem 2010 roku (czyli przed brutalnym rozpędzeniem powyborczych protestów) można było Aleksandra Grigoriewicza postrzegać jako zimnego, racjonalnego i „efektywnego” dyktatora. Optyka ta zmieniła się przez ostatni rok, Łukaszenka zachowywał się bowiem tak, jakby stracił dryg do rządzenia. Można także wysnuć tezę, że zachwalany przez niego „model białoruski” jest na krawędzi upadku. Rosja oczywiście może pompować pieniądze w Białoruś, ale tylko na własnych warunkach.
Twarze baćkiWarto zastanowić się nad tym, jakie maski od czasu przyjścia do władzy w 1994 roku przybierał Łukaszenka. Zbudowany przez niego reżim, w odróżnieniu od innych systemów dyktatorskich, nigdy nie opierał się na surowcach naturalnych lub izolacjonizmie narodowym. Podstawą systemu politycznego Białorusi była zdolność manewrowania pomiędzy Wschodem a Zachodem. Łukaszenka nie jest prorosyjskim naiwniakiem, jak niegdyś określały go zachodnie media. Podobnie nie można stwierdzić, że Rosja jest w grze o Białoruś jedynie „czarnym rycerzem” broniącym Mińska przed Zachodem. Sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana: Mińsk wykorzystuje Moskwę w większym stopniu, niż Moskwa wykorzystuje Mińsk. A to denerwuje Władimira Putina. Rosyjskiego przywódcę irytuje nie tylko bezczelne pasożytowanie Łukaszenki na Rosji, lecz również jego przechwałki o wielkości białoruskiego systemu, który żyje dzięki rosyjskim pożyczkom.
Po wyborach prezydenckich w 2006 roku Moskwa przyjęła bardziej pragmatyczną postawę w relacjach z Mińskiem. W 2007 roku Łukaszenka kolejny raz wspomniał o „wielowektorowości” polityki zagranicznej, której celem jest pozyskiwanie finansów, skąd się da – choćby z „klubu światowych dyktatorów”. Przywołajmy kilka przykładów: pożyczka z Chin, 300 milionów dolarów z Azerbejdżanu, pół miliona z Wenezueli oraz ostatnio 400 milionów dolarów z Iranu. Udało się też pozyskać z Zachodu 2,5 miliarda dolarów w bezpośrednich inwestycjach zagranicznych i 3,6 miliarda dolarów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Łukaszenka wycofał się z programu reform w kwietniu 2010 roku, a pożyczki sprawiły, że w lipcu 2011 roku zadłużenie wynosiło 33 miliardy dolarów.
Pozyskiwanie wsparcia z zagranicy wymaga jednak umiejętności. Tym bardziej że białoruski system gospodarczy jest skostniały, dlatego w 2007 roku Mińsk został zmuszony do ograniczonych reform gospodarczych.
Autorytarna modernizacjaŁukaszenka, chcąc przez siedemnaście lat utrzymywać się przy władzy, musiał być kreatywny: Borysowi Jelcynowi prezentował się jako rusofil i dążył do stworzenia Związku Białorusi i Rosji, natomiast rozmawiając z Zachodem, przybierał szaty białoruskiego nacjonalisty. Sprzyjała mu światowa koniunktura: w 2003 roku ceny ropy poszybowały, Łukaszenka zarabiał na wytwarzaniu produktów ropopochodnych z taniej rosyjskiej ropy.
Napięte stosunki z Putinem Łukaszenka ocieplił, przybierając kolejne maski: Białoruś stała się bastionem przeciwko kolorowym rewolucjom, które miały miejsce w niektórych krajach poradzieckich. To zagrożenie minęło w 2006 roku. Moskwa rozważała dalsze wspieranie Białorusi, a Łukaszenka już w najlepsze flirtował z Zachodem, mamiąc tamtejszych inwestorów i międzynarodowe instytucje finansowe, że przeprowadzi „autorytarną modernizację”.
Przed rokiem 2008 zagraniczne środki finansowe wpompowywane w Białoruś stanowiły prawie 40 procent Produktu Krajowego Brutto. Według innych obliczeń, w 2007 roku wsparcie zewnętrzne wahało się pomiędzy 17 a 19 miliardów dolarów (25-30 procent PKB, w tym około 9-11 miliardów pochodziło z Rosji, 5,6 miliarda z dodatków do długu zewnętrznego, a 2,5 miliarda z bezpośrednich inwestycji zagranicznych). W 2006 roku rosyjskie dopłaty do ropy i gazu stanowiły 20 procent białoruskiego PKB (7,7 miliarda dolarów). Wysokość tych dotacji spadła w następnych latach, a w 2010 roku osiągnęła 6,5 procent PKB (3,5 miliarda dolarów).
Damy radęŁukaszenka wykorzystał politykę zagraniczną do odbudowania radzieckiego paternalizmu: Białoruś miała być państwem socjalnym, z tanim szkolnictwem i systemem opieki zdrowotnej. W fabrykach, zbudowanych jeszcze w czasach ZSRR, panuje ukryte bezrobocie. Kryzys demograficzny oraz problemy zdrowotne (AIDS, alkoholizm) nie są jeszcze tak poważne, jak w Rosji czy na Ukrainie.
Łukaszenka zapewniał sobie spokój, korumpując społeczeństwo: w latach 1996-2006 płace wzrosły trzyipółkrotnie. Tak więc założony przez dobrego
baćkę cel, by miesięczna płaca wynosiła w przeliczeniu 500 dolarów, został osiągnięty przed wyborami w grudniu 2010 roku. Słoną ceną za to była dewaluacja białoruskiego rubla w 2011 roku (obecnie realne płace Białorusinów wynoszą równowartość około 185 dolarów miesięcznie).
Wcześniej, we wrześniu 2004 roku – tuż po tragedii w Biesłanie, kiedy czeczeńscy bojowicy wzięli za zakładników dzieci z miejscowej szkoły – Łukaszenka przekonywał obywateli białoruskich, że rządzone przez niego państwo daje im bezpieczeństwo.
Na przestrzeni lat dyktatura Łukaszenki była to bardziej liberalna, to ostrzejsza. Po morderstwach opozycyjnych polityków w latach 1999-2000 nastąpił okres odprężenia. Tymczasem po wyborach prezydenckich w grudniu 2010 roku dyktator chciał zdusić protesty, wiedząc, że sytuacja gospodarcza się pogarsza. Służby z powodzeniem infiltrowały opozycję, wiedziały o próbach zorganizowania protestów. Łukaszenka miał tak wyrazić się o tej sytuacji: „Nauczyliśmy się sobie radzić ze społeczną rewolucją”.
Tymczasem na Białorusi dostęp do internetu ma 27 procent społeczeństwa. Wskaźnik ten stale rośnie. Według danych wiarygodnego źródła antyrządowego, grupy takie jak My za Wielką Białorusią zrzeszają ponad 120 tysięcy użytkowników, a organizowane przez nie protesty przyciągają rzesze uczestników. Na portalu Marszu Miliona zapisanych było ponad 40 tysięcy osób. O podobnym zainteresowaniu można mówić w przypadku Ruchu Przyszłości, który przyciągnął ponad 200 tysięcy protestujących, choć wielu pojawiło się
pro forma, bez ambicji angażowania się w polityczne działania. Do aresztu trafili jedynie najbardziej zatwardziali uczestnicy demonstracji.
Dekretem prezydenckim z lipca 2010 roku ustanowiono na Białorusi system kontroli internetu oraz nałożono na dostawców sieci wymóg rejestracji danych internautów. Zadanie monitorowania treści publikowanych informacji powierzono Operacyjnemu Centrum Analitycznemu przy Prezydencie Białorusi. Dziś można zamknąć każdą stronę internetową niemal w ciągu jednej doby. Na Białorusi służby specjalne wielokrotnie o krok wyprzedzały protestujących. Teraz, dzięki nowym technologiom, gra pomiędzy państwowymi urzędnikami a opozycjonistami jest bardziej wyrównana, co jednak nie pozwala twierdzić, że przewaga protestujących opiera się jedynie na wykorzystaniu nowych technologii. We wrześniu 2011 roku Łukaszenka przedstawił pomysł stworzenia antyrewolucyjnej siły bezpieczeństwa, która reagowałaby, zanim nastąpiłoby jakiekolwiek zagrożenie.
Wróg czai się wszędzieBiałoruś nie starała się dotychczas udawać demokracji, nie tworzy też pozorów istnienia opozycji. Preferowaną przez system metodą kontroli jest osłabianie opozycji poprzez zaprowadzanie w jej szeregach podziałów, wprowadzanie do niej agentów. Nie można wykluczyć, że Łukaszenka stworzy kiedyś swoją wersję demokracji kontrolowanej. Jak dotąd jednak dyktator nie wykazał zainteresowania powołaniem partii, dzięki której mógłby budować jakąkolwiek formę zbiorowej tożsamości. Funkcji tej nie pełni nawet utworzone w 2007 roku stowarzyszenie Biała Ruś. W systemie Łukaszenki nieskuteczna i pasożytująca na grantach z Zachodu opozycja jest potrzebna na pewno bardziej niż opozycja kontrolowana, która nie zyskałaby zaufania Zachodu.
Białoruski prezydent płaci sporą cenę za to, że nie stwarza w swoim kraju pozorów demokracji. Choć reputacja „ostatniego dyktatora Europy” i granie na niepokoju Zachodu (który oburza się na łamanie praw człowieka) przynosi też Łukaszence zyski. Od 2008 roku dwukrotnie udało mu się wymusić ustępstwa Zachodu (scenariusz jest zawsze taki sam: zamyka w więzieniach oponentów politycznych, a potem proponuje ich zwolnienie w zamian za profity). Paradoksalnie, oparty na dobrej wierze liberalny interwencjonizm przysporzył białoruskiemu przywódcy nowych możliwości tworzenia politycznych strategii.
Dla dyktatury ważne jest kreowanie wewnętrznych wrogów. Na Białorusi najpierw rolę taką odgrywała nacjonalistycznie zorientowana opozycja, później Kościół katolicki. Następnie Łukaszenka zaczął prześladować mniejszości narodowe, o czym świadczy uznanie przez niego 295 tysięcy Polaków za piątą kolumnę Zachodu. Zabieg ten zastosowano po raz pierwszy w 2006 roku za radą rosyjskich spin doktorów, którzy czuli gorycz porażki, ponieważ dwa lata wcześniej (podczas ukraińskiej pomarańczowej rewolucji) nie udało im się uczynić straszaka z mniejszości polskiej na Ukrainie. Obecnie taktyka straszenia mniejszością jest stałym elementem białoruskiej polityki. A jak wygląda sytuacja narodowościowa na Białorusi? Według spisu powszechnego z 2009 roku, etniczni Białorusini stanowią 84 procent mieszkańców tego kraju, choć jedynie 53 procent ludności posługuje się językiem białoruskim jako rodzimym, a raptem 30 procent przyznaje, że jest to język, którym „zazwyczaj mówi w domu”. Inne badania opinii publicznej mówią, że liczba posługujących się białoruskim nie przekracza 10 procent. Zarówno większość społeczeństwa, jak i osób narodowości białoruskiej używa rosyjskiego. Ich tożsamość można określić jako splot wartości „wielkorosyjskich”, radzieckich oraz kultury prawosławnej. Sam Łukaszenka mówi o sobie, że jest „prawosławnym ateistą”. Wielu Białorusinów posługuje się trasianką – mieszanką białoruskiego i rosyjskiego.
Państwowa skarbonkaŁukaszenka jest bliższy sercu przeciętnego Białorusina na pewno w większym stopniu niż działacze Frontu Ludowego, którzy w latach 1991-1994 współtworzyli niepodległą Białoruś. Ich hasła językowego puryzmu odzwierciedlały wartości niewielkiej części społeczeństwa. Ich pozycja była marginalna nawet w roku 1994, kiedy Łukaszenka pozbawił władzy nie środowiska politycznej opozycji, lecz dowodzoną przez Wiaczesława Kiebicza grupę byłych komunistycznych biurokratów. Strategia Łukaszenki opierała się na mieszaniu białoruskich mitów i symboli pochodzących jeszcze z czasów radzieckich. I to zdaje się lepszą podstawą dla budowania białoruskiego narodu niż język i białoruska historiografia, do której odwołuje się nacjonalistyczna opozycja.
Celem Łukaszenki podczas pierwszej kadencji (1994-2001 – przedłużonej bezprawnie o dwa lata) było stworzenie podwalin nowej umowy społecznej. Pod koniec tej kadencji elity polityczne miały coraz większe roszczenia, dlatego białoruski prezydent musiał hojniej korzystać z państwowej skarbonki. Przedstawiciele elity wybudowali ładne domy, wzrosła konsumpcja, a w handlu i budownictwie zaczęto prowadzić nieformalne interesy. Można by powiedzieć: sielanka, gdyby jeszcze tylko białoruskie elity dostały to, czego pragną najbardziej – prywatyzacji w rosyjskim stylu. Jej wprowadzenie jest rozważane, choć Łukaszenka zdaje się niechętny do odstąpienia od idei wolnej od oligarchów Białorusi. Nie będzie też chciał, aby wielkie przedsiębiorstwa państwowe wymknęły się mu spod kontroli.
Puste argumenty„Białoruski model gospodarczy” jest pustym pojęciem. System Łukaszenki powoli dobiega końca. Efektywności sankcji narzuconych przez Zachód po wyborach w 2010 roku nie można jeszcze oceniać, wiadomo, że w ich wyniku Białoruś pozostanie w niebezpiecznej izolacji. Rosja w zamian za kredyty domaga się prywatyzacji białoruskich przedsiębiorstw, Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie jest już tak skory do pomocy, zawiódł także merkantylizm Chin. Upadł też mit bezpiecznej Białorusi: w kwietniu 2011 roku w nadal niewyjaśnionym – pomimo skazania dwóch chłopaków na karę śmierci – ataku terrorystycznym zginęło w mińskim metrze piętnaście osób.
Gospodarka upada. Polityka socjalna spowodowała
boom importowy przy równoczesnym spadku eksportu do Rosji. W 2010 roku deficyt handlowy osiągnął 16 procent PKB, co na Białorusi, nieposiadającej rzeczywistego rynku kapitałowego, przekłada się na 7 miliardów dolarów rocznie. W 2010 roku całkowity dług zewnętrzny wzrósł o 6,5 miliarda dolarów (29 procent), a 1 stycznia 2011 roku wyniósł 28,5 miliarda dolarów (52 procent PKB). Mimo że w wartościach bezwzględnych nie jest to suma wysoka, to jednak szybki wzrost długu jest alarmujący. Niepokój budzą również oficjalne rezerwy walutowe rządu, które z dniem 1 czerwca 2011 roku wynosiły jedynie 3,6 miliarda dolarów. W marcu 2011 roku agencja badawcza Standard and Poor’s obniżyła ocenę wiarygodności kredytowej Białorusi do poziomu B, wyznaczając tym samym kres możliwości dalszego zaciągania pożyczek przez reżim Łukaszenki (pomimo wartych 800 milionów euro obligacji, które zostały wyemitowane w styczniu tego roku).
W 2011 roku białoruski rubel był dewaluowany trzy razy: o 20 procent, 30 procent i o niemal 40 procent (po prawie dwudziestoprocentowej dewaluacji w styczniu 2009 roku). W żadnym przypadku dewaluacja nie była jednak wystarczająca ani dostosowana do racjonalnego poziomu rynku. Pod koniec 2011 roku inflacja miała osiągnąć 40 procent. Sytuacja uderza przede wszystkim w zwykłych obywateli, którzy odnotowują drastyczny spadek oszczędności oraz standardu życia. Na Zachodzie nikt już nie kupuje argumentu o „autorytarnej modernizacji”. Na Białorusi, po okresie względnej liberalizacji w latach 2007-2009, przywrócenie środków kontroli dusi rodzący się sektor prywatny (po tym jak udało się mu rozwinąć skrzydła w cieniu dominującej gospodarki państwowej). Tymczasem surrealistycznie brzmiące statystyki rządowe głoszą, że w pierwszej połowie 2011 roku gospodarka wzrosła o 9,8 procent.
Dane sondażowe z września 2011 roku wskazują, że 87,6 procent Białorusinów uważa, że państwo jest w stanie kryzysu gospodarczego, a 68,5 procent jest zdania, że polityka państwowa idzie w złym kierunku. Za obecny stan rzeczy 61 procent obywateli wini Łukaszenkę, którego poparcie spadło z 53 procent w grudniu 2010 roku do 29,3 procent w czerwcu, osiągając 20,5 procent we wrześniu tego roku. Według wcześniejszych danych sondażowych (również z 2011 roku), jedynie 29,6 procent badanych przypisywało Łukaszence jako zasługę zapewnianie „społecznej stabilności”. Większość ankietowanych (52,5 procent) uważała, że władza prezydenta oparta jest na „armii, MSW i KGB”, podczas gdy jedynie 19,3 procent twierdziło, że opiera się ona na „zwykłych ludziach”.
Zapad czy wostok?W styczniu 2011 roku Euroazjatycka Wspólnota Gospodarcza zgodziła się na udzielenie Białorusi 3 miliardów dolarów pożyczki rozłożonej na trzy lata. W tym samym czasie Aleksiej Kudrin, ówczesny minister finansów Rosji, zarządzał rozłożoną także na trzy lata prywatyzację białoruskiego kapitału o wartości 7,5 miliarda dolarów (w skali rocznej oznaczało to 2,5 miliarda dolarów). Kalkulacja była więc prosta: Rosja, potrzebując 7 miliardów dolarów do zbilansowania rocznego deficytu płatniczego, chciała działać na zwłokę, wykorzystując desperackie zapotrzebowanie Łukaszenki na gotówkę, oraz przejąć przy okazji za miliard dolarów kilka białoruskich fabryk rocznie. Rosja pertraktuje z pozycji siły, choć na pewno nie chce upadku Białorusi ani tym bardziej całkowitego chaosu.
Lista planowanych przez Rosję zakupów była dość długa – znalazły się na niej perły białoruskiej gospodarki (między innymi zakłady maszynowe i zakłady chemiczne).
Krótko mówiąc, Putin poprzez unię celną z Kazachstanem i Białorusią dał Łukaszence nową kartę. Białoruski prezydent zaś zdołał zachować niektóre źródła finansowania, utrzymując odpłatność transferów na granicy rosyjsko-białoruskiej.
Łukaszenka traci umiejętność sprawnej gry. W jaką rolę teraz może wcielić się dyktator? Białoruś stanie się bastionem chroniącym państwa regionu przed skutkami „arabskiej wiosny”? Sojusz z Moskwą ograniczy pole manewru
baćki w polityce zagranicznej. Czy możliwa jest prywatyzacja z udziałem zachodniego kapitału? Byłaby bardziej otwarta, lecz dawałaby możliwości tworzenia lokalnych układów. Każda forma prywatyzacji zagrozi jednak państwu socjalnemu i ograniczy kontrole w miejscach pracy. A to przecież pracownicy wielkich państwowych zakładów wybierają Łukaszenkę w głosowaniu przedterminowym.
Ze strony Zachodu nierozsądne będzie pozwolenie Łukaszence na granie polityką zagraniczną. Może to przynieść niepożądane skutki: obiecana przez Unię Europejską przed wyborami w 2010 roku pożyczka urosła z 3 miliardów do 9 miliardów dolarów we wrześniu 2011 roku. Teoretycznie można to traktować jako targ: pieniądze za wolne wybory parlamentarne w 2012 roku. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że Unia pójdzie na ugodę z Mińskiem, gdy ten spełni dwa warunki: zwolni więźniów politycznych oraz rozpocznie pozorny „dialog” z opozycją. W grudniu 2010 roku zrozumiały był dystans wobec Łukaszenki, i teraz nie czas padać mu w objęcia.
Andrew Wilson jest analitykiem brytyjskiego
think tank’u European Council on Foreign Relations oraz autorem książki
Belarus: The Last European Dictatorship (2011).
Przełożyła Iwona ReichardtArtykuł ukazał się w dwumiesięczniku „Nowa Europa Wschodnia” 1/2012.
Brak komentarzy