
„Nieocenioną
wartością Polski we współczesnych stosunkach międzynarodowych jest
funkcjonowanie w płaszczyźnie europejskiej z równoległą znajomością i
bliskością wschodniej mentalności” – opowiadał 13 stycznia w Księgarni
Pod Globusem Jerzy Bahr, jeden z bardziej doświadczonych polskich
dyplomatów.
Jerzy Bahr, jako pracownik polskiej ambasady, po raz pierwszy znalazł
się w Rosji kilka dni przed puczem Giennadija Janajewa w 1991 roku.
Wtedy po raz pierwszy dostrzegł piękno tego narodu, zjednoczonego w walce o słuszną
sprawę i wołającego o wolność. Drugim takim momentem była
katastrofa smoleńska w kwietniu 2010 roku. „Moskwa nie wierzy łzom,
ale wtedy uwierzyła” – stwierdził ambasador. Chociaż tragedia w
Smoleńsku przyczyniła się do pozytywnej zmiany w relacjach
polsko-rosyjskich, to – według dyplomaty – Polska musi pamiętać, że
„jest ważna dla Rosji, ale nie jest niezwykła”.
Przewaga Polski nad pozostałymi krajami Unii Europejskiej polega na tym,
że rozumie Wschód – przynajmniej do pewnego stopnia. Nie brakuje jednak
grzechów w jej myśleniu o swojej roli. Jednym z nich są zbyt duże
oczekiwania, pycha w odniesieniu do wschodnich sąsiadów. Drugi to brak
cierpliwości. „Polska chciałaby wszystko od razu – od razu demokrację na
Ukrainie, od razu wolne wybory na Białorusi, a jak nie, to sobie
odpuśćmy” – stwierdził Jerzy Bahr. Tymczasem jest to największym błędem,
jaki popełniają polscy politycy. „To jest myślenie dziecięce,
niemowlęctwo. Przemiany narodu a przemiany człowieka to nie to samo i
pewnych rzeczy nie da się zrobić w pięć czy dziesięć lat. Może potrzeba
dwudziestu, a może trzydziestu – kontynuował były ambasador. – W naszym
myśleniu o Wschodzie jest prawdziwość, siła i coraz większy realizm.
Dlatego nie możemy dać się sprowokować mówieniem, że coś się nie liczy”.
Olga Adamczyk
Galeria
Potrzebna jest konsekwencja - celem Polski na Wschodzie jest podbój polityczny i ekonomiczny Białorusi i Ukrainy, ich zupełna wasalizacja, a nie stosunki na równi. Tak było w historii i tego zmieniać nie wolno. Konsekwentnie także trzeba dążyć do ułożenia sobie stosunków z Rosją i Turcją, na zasadzie równowagi sił.
Jak nazwać ignorowanie tego problemu, przez rząd, intelektualistów zajmujących się sprawami wschodnimi, przez media? Na to pytanie niech każdy odpowie sobie sam.
Pan napisał o rządzie i intelektualistach i napisał Pan dokładnie to o czym ja tutaj pisałem. O "euro-propagandzie" i postawie klęczącej wobec Brukseli, Waszyngtonu, ale także i Moskwy. Polska nie potrafi postawić na swoim i nie potrafi prowadzić swojej własnej polityki, polityki własnych interesów i własnych korzyści. Cała polityka ostatnich 20 lat to skutek ostatnich 70, prawie, lat. Polska przed wojną prowadziła swobodną politykę, chociaż pod koniec lat 30-ych durną i naiwną. Przed rozbiorami, do czasu wasalizacji przez Rosję w wieku XVIII, Polska prowadziła politykę samodzielną i suwerenną, dzięki czemu była potężna, a Ukraina i Białoruś, będąca, chociaż częściowo, na tym korzystały.
Polska nie zrobi nic, na co nie pozwolą jej w Brukseli, Berlinie, Waszyngtonie czy od niedawna także w Moskwie. W Polsce nie było chyba u władzy, żadnego samodzielnego polityka, poza Lepperem, który chciał dogadywać się z Łukaszenką, wbrew wszystkim.
Mi się wydaje, że to chyba można uznać za spisek, polityka prowadząca do oddzielenia Polski od jej byłego terytorium, tak aby potencjalny sojusz Warszawy-Mińska-Kijowa, nie ważne, kto by w tych stolicach nie rządził, nigdy nie stał się realny. Patrząc na perspektywy i możliwości rozwoju, państwo lub unia tych 3 państw wraz z kilkoma sojusznikami z Europy Środkowej byłaby potęzniejsza od Niemiec+Francji, Niemiec+Rosji, a połączona sojuszem z Turcją, mogłaby bez problemu panować nad Europą.
Niestety takie opinie jak moja i częściowo Pańska, panie Jakubie, są niepoprawne politycznie, a NEW to pismo stricte mainstreamowe, w którym: UE-cacy, NATO-cacy, Łukaszenka-be, Janukowycz-be, Turcja-be, Rosja-cacy/be w zależności od nastroju redaktora, itd.
Prawdziwi eksperci tak się nie zachowują. Gdyby Polsce rzeczywiście zależało na sprawach wschodnich, to problem patologicznej granicy już dawno zostałby uregulowany. To taki papierek lakmusowy na szczerość polskich deklaracji odnośnie wschodu, to jest coś co możemy zrobić nie oglądając się na UE, NATO ani Rosję, na własnym podwórku, niezależnie od tego, czy na Ukrainie rządzą demokraci czy dyktatorzy. Skoro tej elementarnej sprawy nie załatwiliśmy, to znaczy, że traktujemy Europę Wschodnią tak samo, jak Niemcy, Francuzi czy Hiszpanie - z życzliwą obojętnością.
Wobec powyższego uważam, że twierdzenia o tym, że "Polacy to unijni eksperci od spraw wschodnich" czy "adwokaci Partnerstwa Wschodniego" są po prostu wyświechtanymi, pustymi frazesami. Łukaszenka też na tej zasadzie mówi, że jest demokratą i leży mu na sercu dobro języka białoruskiego.
Rosjanie to świetni stratedzy i inteligentni ludzie ( mówię w tym przypadku o dyplomacji, establishmencie ), co odczuliśmy po katastrofie smoleńskiej. Rosjanie rozegrali nas jak chcieli wyszli z tego przed światem suchą noga, przedstawiając naszych pilotów jako samobójców nad którymi stoi pijany generał. Takie śledztwo powinno trwać kilka lat za nim miałby powstać raport końcowy zamykający sprawę. Z tego wyjdzie jeszcze sporo dowodów i pytań bez odpowiedzi. Nasze media będą szaleć, politycy zrobią teatr, a świat będzie się z tego śmiać i wytykać nam, że jesteśmy schizofrenicznymi rusofobiami, że kręcimy aferę zamachową. To jest właśnie moc rosyjskiej strategii, której nie jesteśmy w stanie się oprzeć. A to, że daliśmy się rozegrać, to tylko nasza wina, że pozwoliliśmy na to.