Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Co z tym zjednoczeniem?
2015-01-09
Krzysztof Kolanowski

Ówczesny prezydent Rumunii Traian Băsescu powiedział w 2013 roku, że po wejściu do NATO i Unii Europejskiej kolejnym strategicznym celem Rumunii powinno być zjednoczenie z Mołdawią. Dyskusja o unire trwa.

Fot. CIA Factbook (cc) commons.wikimedia.org

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze NEW. Co jeszcze można w nim znaleźć?

 

Nowo wybrany prezydent Rumunii Klaus Iohannis musiał w trakcie niedawnej kampanii przed elekcją prezydencką tłumaczyć się z zarzutu, że nigdy nie odwiedził Kiszyniowa ani Czerniowiec. Zignorowanie tych miejsc miałoby świadczyć o jego znikomym zainteresowaniu kwestiami „braci zza Prutu" (jak w Rumunii nazywa się Mołdawian). „Bracia" ci w odbiorze rumuńskim postrzegani są zwykle jako Rumuni, którzy nie do końca są świadomi swojej tożsamości, gdyż w czerwcu 1940 roku w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow mieli nieszczęście znaleźć się poza granicami ojczyzny i zostać przyłączeni do ZSRR.

 

W odpowiedzi na pytanie, dlaczego nigdy nie był w Kiszyniowie i Czerniowcach, a chce być „prezydentem wszystkich Rumunów", odpowiedział: „Owszem, będę prezydentem wszystkich Rumunów, jednak proszę mi pozwolić na spostrzeżenie, że te miasta nie znajdują się jeszcze na terenie Rumunii. Owszem, znajdowały się kiedyś, należały do Wielkiej Rumunii, jednak dziś Kiszyniów leży w Republice Mołdawii, zaś Czerniowce na Ukrainie". Odpowiedź ta zirytowała uczestniczącą w debacie polityk Lavinię Şandru, która nie omieszkała przypomnieć Iohannisowi o tym, że ziemie te zamieszkuje „historyczna społeczność" rumuńska.

 

Duch Ribbentropa

W rozmowie Şandru i Iohannisa znajdujemy kwintesencję stosunku wielu Rumunów do wschodnich ziem utraconych.

 

Z jednej strony znamienna jest irytacja wywołana uwagą o przynależności państwowej obu miast – nie wszyscy w Rumunii postrzegają bądź chcą postrzegać te tereny jako „prawdziwą zagranicę". Z drugiej zaś strony Iohannis, który nie był w Kiszyniowie i Czerniowcach, nie jest odosobniony: w Rumunii nie ma i dotychczas nie było mody na odkrywanie i kultywowanie rumuńskich śladów w państwach ościennych. W Kiszyniowie, w Czerniowcach, Chocimiu czy Bielcach nie widać rumuńskich turystów (zresztą, w ostatnich trzech miastach znacznie bardziej widoczni są turyści z Polski). Brak zainteresowania Rumunów swoimi „kresami" można wytłumaczyć samonapędzającym się mechanizmem: „Nie byłem tam, bo nie wiem, co mi się tam może przytrafi ć i się boję; nie wiem, co mi się tam może przytrafić, bo nie mam wiedzy o tym kraju; nie mam wiedzy o tym kraju, bo nigdy tam nie byłem".

 

W czasach powojennych nie istniały prawie żadne kontakty między Rumunią a Mołdawską SSR, w której znalazły się około dwie trzecie terenów historycznej Besarabii (pozostała część, a także północna Bukowina zostały włączone do Ukraińskiej SSR). W samym ZSRR pielęgnowano nieufność wobec Rumunii, chętnie powołując się na doświadczenie rumuńskiej „kolonizacji" w latach 1918–1940 oraz „okrutnej rumuńsko-faszystowskiej okupacji" w latach 1941–1944. Propagowano też odrębność języka mołdawskiego (zapisywanego wówczas cyrylicą), a nawet dyskutowano, czy ów język nie jest może już bardziej słowiański niż romański – slawizacja mołdawskiego wynikała rzekomo z intensywnych kontaktów z narodami ukraińskim i rosyjskim. Miało to wywołać wrażenie, że Mołdawianie z Rumunami nie mają nic wspólnego. Doszło więc do tego, że – jak pisał mołdawski dysydent Gheorghe David w otwartym liście do Michaiła Gorbaczowa w 1985 roku: „Więcej Mołdawian brało udział w walkach w dalekim Afganistanie, aniżeli odwiedziło sąsiednią Rumunię".

 

W powojennej Rumunii kwestia utraconych ziem była tematem tabu. Kontakty wznowiono dopiero po upadku komunizmu, zaś symbolicznym nowym otwarciem były „Mosty kwiatów" (6 maja 1990 roku oraz 16 czerwca 1991 roku). Wówczas na jeden dzień otwarto granicę: w pierwszym przypadku dla Rumunów do Mołdawii, zaś w drugim dla Mołdawian do Rumunii.

 

Podział wytworzony za czasów ZSRR pozostawił jednak trwałe ślady. Rumuńskie programy stypendialne, które umożliwiły tysiącom Mołdawian podjęcie studiów w Rumunii i z których skorzystali nawet niektórzy przedstawiciele obecnej elity rządzącej w Mołdawii, były niewystarczające, by pomóc wytworzeniu się licznych więzi po obu stronach granicy. Istniejące więzi są natomiast jednostronne: Mołdawianie w pewnym stopniu znają Rumunię i odnajdują się w jej rzeczywistości, lecz nie odwrotnie.

 

Bracia „ruscy" i „młodsi"

Fundacja Sorosa opublikowała w 2011 roku studium Republika Mołdawii w rumuńskiej świadomości politycznej. Najbardziej frapująca była wiadomość, że około 82 procent rumuńskich respondentów o Mołdawii nie wiedziało nic, mało lub bardzo mało. Również łącznie 70 procent zadeklarowało, że nie interesuje się w ogóle albo interesuje w niewielkim stopniu tym, co dzieje się w Mołdawii. Rumuni wiedzę na temat rzeczywistości „ziem utraconych" czerpią z mediów oraz z opowieści Mołdawian mieszkających w Rumunii. O ile bowiem mało kto spośród Rumunów sam te ziemie odwiedził bądź planuje odwiedzić, to bardzo wiele osób ma w swoim kręgu znajomych lub rodziny kogoś stamtąd.

 

Brak wiedzy zastępują stereotypy. Doskonale obrazuje je nakręcona w 2010 roku komedia rumuńsko-mołdawsko-luksemburska Wesele w Besarabii. W filmie bukareszteńska rodzina pana młodego, przyjeżdżając do Mołdawii, doznaje szoku kulturowego. Dziwi ich wszystko: zmiana podwozia pociągu na stacji granicznej, krajobraz blokowisk w Kiszyniowie, wszechobecność języka rosyjskiego. Dość szybko jednak nabierają poczucia wyższości, które przejawia się w chęci skorzystania z przywilejów, jakie daje status „bogatego gościa z zachodu" (na przykład poprzez rzucanie obietnicami wyrobienia wizy do Unii Europejskiej) bądź też w dążeniu do cywilizowania tubylców (na przykład odpytywanie przypadkowo spotkanej dziewczynki, czy aby nie ma w szkole lepszej oceny z rosyjskiego niż z rumuńskiego). Niekiedy okazuje się, że to poczucie wyższości nie ma pokrycia ani w statusie socjalnym, ani nawet w znajomości wspólnej historii.

 

Rzeczywistość może się jednak czasami okazać bardziej karykaturalna niż film. Najbardziej ponurym przykładem rumuńskich stereotypów na temat Mołdawian była wypowiedź prezentera rumuńskiego talk-show Radu Banciu w styczniu 2014 roku.

 

Komentując krytykę mołdawskiego premiera Iurie Leancă wygłoszoną pod adresem prezydenta Rumunii Traiana Băsescu, dziennikarz mówił: „W ogóle Mołdawia jest dokładnie taka jak Cygan rumuński stojący z wyciągniętą ręką na Polach Elizejskich. (…) Nic innego nie robią, tylko żebrzą od Rumunii, od kiedy tylko ich znamy". Studentów z Mołdawii nazwał „przygłupami, którzy ledwo klasy pozaliczali", wykorzystywali hojnie dawane stypendia rumuńskie, zaś studentki „zachodzą w ciążę już w pierwszym semestrze". Owa skandaliczna wypowiedź Banciu wywołała krótkotrwałą falęoburzenia w mediach rumuńskich i mołdawskich, jednak można przypuszczać, że pewna część widzów solidaryzuje się z takimi poglądami.

 

Liczne są przypadki wzajemnego rozczarowania. Wydaje się, że zarówno Rumuni, jak i Mołdawianie, udając się na drugą stronę granicznego Prutu, spodziewają się znaleźć tam zalążki dawnej, propagowanej w czasach „Wielkiej Rumunii", mitycznej jedności. Tymczasem znajdują osoby mówiące wprawdzie tym samym językiem, ale żyjące w zupełnie innej rzeczywistości. Mołdawianie, jako „biedniejsi bracia", stykają się niekiedy z arogancją i zamknięciem, co sprawia, że szukają wsparcia wśród innych przybyłych z Mołdawii „towarzyszy niedoli", a w rezultacie – izolują się od otoczenia. Rumuni natomiast z przerażeniem stwierdzają, że ich mołdawscy znajomi (chcąc, by ich nie rozumiano) porozumiewają się między sobą… po rosyjsku.

 

Sympatie prorosyjskie są dla wielu Rumunów kompletnie niezrozumiałe. W latach 1998-2009 zapał zjednoczeniowy Rumunów wyraźnie studził fakt, że Mołdawianie w wyborach wybierają partię komunistyczną. Otwarcie posługiwała się ona symboliką radziecką, jednocześnie lansując teorie postulujące odrębność narodową i językową Mołdawian. Właśnie wtedy wykształcił się w Rumunii pogląd, że nie warto sobie zawracać głowy „braćmi zza Prutu", skoro są oni „zrusyfi kowani do szpiku kości". Pogląd ten, mimo otwarcie propagowanego proeuropejskiego kursu nowych rządów mołdawskich, do dziś nie jest w Rumunii rzadkością.

 

Głęboki Prut

Czy więc z rumuńskiego punktu widzenia możliwe jest w ogóle zjednoczenie obu państw bądź wchłonięcie Mołdawii przez Rumunię? Od ogłoszenia niepodległości przez Kiszyniów nieustannie spekuluje się na ten temat.

 

Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku – gdy wybuchł konflikt naddniestrzański, a sytuacja w Gagauzji na południu Mołdawii była co najmniej napięta – wariant zjednoczenia był uznawany za całkiem prawdopodobny w najbliższej przyszłości. Jednakże po dwudziestu trzech latach, w sytuacji gdy Rumunia jest państwem członkowskim Unii Europejskiej, zaś Mołdawia stała się – według niektórych statystyk – najbiedniejszym państwem Europy, scenariusz zjednoczenia „poprzez wchłonięcie" wydaje się mało realny. Nie zmieniły tego liczne wypowiedzi byłego prezydenta Rumunii Traiana Băsescu, który od czasu do czasu poruszał ten temat, zaś w listopadzie 2013 roku podkreślił, że po wejściu do NATO i UE kolejnym strategicznym celem Rumunii powinno być zjednoczenie z Mołdawią – o ile tylko Mołdawianie sobie tego zażyczą. Właśnie te wypowiedzi wywoływały konsternację u proeuropejskich polityków Mołdawii, zaś mołdawskich komunistów i socjalistów jawnie irytowały.

 

Băsescu w październiku 2014 roku powiedział, że „w duszy swej" bardzo by chciał zjednoczenia obu państw i mało go interesuje, co myślą o tym ludzie na Zachodzie. Poparcie państw europejskich byłoby jednak nieodzownym warunkiem realizacji politycznego zjednoczenia obu państw, podobnie zresztą jak poparcie samych obywateli Rumunii i Mołdawii. Dziś wydaje się to mało prawdopodobne, poparcie społeczności i elit europejskich dla idei pełnego zjednoczenia byłoby znikome.

 

W samej Unii Europejskiej (poza Rumunią) już teraz z dużą dozą podejrzliwości spogląda się na szybko rosnącą liczbę Mołdawian odzyskujących obywatelstwo rumuńskie (dzieje się tak, choć procedura jego otrzymania z tytułu rumuńskiego obywatelstwa przodków wcale nie jest taka prosta). Nowo upieczeni obywatele Rumunii „wchodzą do Unii" znacznie szybciej niż ich państwo, uzyskując możliwość korzystania ze swobody przemieszczania się i podjęcia działalności zarobkowej w dowolnym państwie członkowskim. Niektórzy już teraz są zaniepokojeni masowym charakterem tego zjawiska (przynajmniej 400 tysięcy obywateli pod koniec 2013 roku), choć przecież przywracanie obywatelstwa tym, których przodkowie utracili je wbrew swojej woli, nie jest w Europie niczym niezwykłym.

 

Jeśli jednak utrzymany zostanie proeuropejski kurs Kiszyniowa, wówczas można doprowadzić do sytuacji, gdy oba państwa osiągną wysoki poziom integracji, zaś granica między nimi stanie się niemal niezauważalna. Możliwe byłoby również „duchowe zjednoczenie", w ramach którego Rumunia i Mołdawia stanowiłyby jednolitą przestrzeń kulturową, medialną i gospodarczą, zaś systemy szkolnictwa oraz oceny kwalifi kacji na rynku pracy byłyby całkowicie ujednolicone. Ponadto fakt posiadania podwójnego obywatelstwa przez znaczną część ludności Mołdawii już teraz zapewnia możliwość uczestnictwa w życiu politycznym obu państw. Jedną z pierwszych jaskółek takich zmian były niedawne rumuńskie wybory prezydenckie, w trakcie których ponad 35 tysięcy obywateli rumuńskich zagłosowało w trakcie drugiej tury na terenie Mołdawii.

 

Nawet jednak duchowe zjednoczenie nie będzie możliwe, jeśli Rumuni i Mołdawianie nie przejdą przez zwykłą, mozolną drogę budowania mostów, tak jak ludność wielu innych europejskich państw sąsiedzkich. Polega ona na stopniowym poznawaniu się, aby stereotypy i kompleksy coraz większej ilości obywateli zostały zastąpione przez wiedzę i otwartość. Złudne jest wychodzenie z założenia, że dzięki bliskości językowej i historycznej można ten etap pominąć. Wbrew wszelkim spekulacjom o rychłym zjednoczeniu obu państw, Mołdawianie i Rumuni cały czas znajdują się gdzieś na początku tej drogi.

 

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze NEW. Co jeszcze można w nim znaleźć?

 

Krzysztof Kolanowski jest publicystą i pracownikiem unijnego Programu Współpracy Transgranicznej Litwa-Polska-Rosja. W latach 2012-2014 dyrektor Centrum Informacyjnego dla Władz Lokalnych w Mołdawii. Specjalizuje się w problematyce relacji mołdawsko-rumuńskich oraz konfliktu naddniestrzańskiego.

 


Polecamy inne artykuły autora: Krzysztof Kolanowski
Powrót
Najnowsze

Rycerz w mitycznej skórze

11.12.2017
Jewhen Mahda
Czytaj dalej

„Białoruś: zmiany w polityce i nowe możliwości wpływu”

11.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Białoruskie antypody

08.12.2017
Karolina Słowik
Czytaj dalej

Rosyjskie kino w polskich miastach!

08.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Trzecia siła

04.12.2017
Serhij Szebelist z Połtawy
Czytaj dalej

Gra w Naddniestrze

30.11.2017
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu