Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje
2016-03-25
Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz

Prezentujemy rozdział Robin Hood z książki Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje, która ukaże się 6 kwietnia pod patronatemNowej Europy Wschodniej" i nakładem Wydawnictwa Czarne.

 

Z opisu wydawcy:

Bohdan Chmielnicki trafia na cztery lata do więzienia za czyn, którego nie popełnił, Ałłę z Kijowa terroryzuje bezkarny sąsiad polityk, Żenia z Ługańska obiera ukraińskich nieboszczyków ze wszystkiego, co można sprzedać na Zachód, smutnym Mikołajowem wstrząsa spalenie osiemnastolatki, w cichej Wradijiwce giną młode kobiety, a milicja zamiast szukać sprawców, zaciera ślady.

»Zbiorowa agresja, złość i frustracja kumulują się od lat i raz po raz wybuchają okrutną zbrodnią. Bo w swoim kraju nic nie znaczymy, bo władze robią z nami, co chcą, bo prawo pięści jest jedyną zasadą. Aż strach pomyśleć, czym się to wszystko skończy« – bohaterowie reportażu Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz od 2004 roku wciąż budzą się w tej samej rzeczywistości. Choć rewolucje obalają prezydentów i zmieniają rządy, z władzą na Ukrainie nie sposób wygrać. Jak mówi mądrość ludowa: nie można zabić smoka, bo ten, kto go zabił, sam staje się smokiem". Więcej

 

 

 

Robin Hood

Jasnowłosy trzydziestolatek niedźwiedziej postury, ubrany wygodnie i markowo.

 

Nazywam się, powiedzmy, Andrij. Jestem ukraińskim polittechnologiem. Parszywą mam robotę.

 

Polittechnolog to tyleż siermiężny, co typowy dla postradzieckiej nowomowy zbitek słów. Oznacza speca od politycznego wizerunku, reżysera kampanii wyborczych, specjalistę od białego i czarnego PR-u, wielkiego manipulatora elektoratem.

 

Rozpadł się Związek Radziecki. Razem z nowymi porządkami, które umownie nazwano „demokracją", pojawili się spryciarze obiecujący politykom pomoc w hipnotyzowaniu mas obietnicami nie do spełnienia. Młode państwa fermentowały, pretendentów do rządzenia było o wiele więcej niż miejsc w strukturach władz. Otwierały się z fanfarami prywatne telewizje i gazety. Świeżo upieczeni oligarchowie, by zabezpieczyć nielegalnie zdobyty majątek, wystawiali w wyborach swoich ludzi. Polittechnolodzy cieszyli się wzięciem.

 

Czarnucha

Parszywa robota – powtarza Andrij jak refren piosenki. – Za to zarobić można. Najwięcej w czasie wyborów, a na Ukrainie zawsze jakieś wybory majaczą na horyzoncie. Ale materiał ludzki, z którym trzeba pracować, jest pożal się Boże.

 

Gdy wybuchła pomarańczowa rewolucja, studiowałem na czwartym roku Politechniki. Biegałem na Majdan jak zakochany wariat. Liczyło się jedno, by jak najdłużej wytrzymać na mrozie. Nikt mi wtedy złamanej kopiejki nie zapłacił, gotowy byłem dołożyć z własnej kieszeni, byle tylko wygrać z reżimem. I zrobiliśmy to! Z euforii chodziłem jak naćpany. Już nie chciałem być inżynierem. Zapisałem się do młodzieżówki partii Reformy i Porządek. Byliśmy w bloku wyborczym z Naszą Ukrainą Juszczenki.

 

22 listopada 2005 roku, pierwszą rocznicę rewolucji, prezydent ogłosił ukraińskim Dniem Wolności. Ale wtedy Juszczenko z Tymoszenko już się pokłócili. Rząd podał się do dymisji. Nasza wierchuszka za plecami Juszcza dogadała się z byłą premier. Dostaliśmy jasne instrukcje: 22 listopada rzucić cały ludzki resurs, jakim dysponowaliśmy, na demonstrację „za Julię". Prezydent miał zobaczyć, że naród stoi za swoją pomarańczową księżniczką. Ale ludzie już się rozczarowali polityką i ani myśleli wychodzić na zimno. Trzeba było im zapłacić. Tak straciłem dziewictwo. Poszedłem na zaoczną psychologię, by skuteczniej mamić ludzi.

 

W końcu podkupiła mnie Partia Regionów. Ludzie Janukowycza słynęli ze szczodrości. Doili Donbas do ostatniej kopiejki, stać ich było na ekstra wydatki. Pieniądze na kampanię lały się strumieniami. Miałem oczywiście wyrzuty sumienia, to byli przecież moi wrogowie z Majdanu. Z drugiej strony – tłumaczyłem sobie – ludzie z żółtej Pory już od wiosny 2005 roku po cichu współpracowali z regionałami. A przecież to była awangarda pomarańczowej rewolucji! Koalicja młodzieżowych organizacji, która jako jedna z pierwszych zaprotestowała przeciwko Kuczmie i Janukowyczowi.

 

Lider Pory korzystał ze sławy majdanowego heroja, doradzał Juszczence, zgarniał kolejne medale i odznaczenia. Jeździł z wykładami po Europie, gdzie okrągłymi zdaniami opowiadał dyrdymały o budzącym się z letargu społeczeństwie obywatelskim. Tymczasem jego ludzie dorabiali na boku, dzieląc się protestacyjnym know-how z każdym, kto chciał im za to zapłacić. Wykorzystali zdobyte w 2004 roku doświadczenie, by wzmocnić kontrrewolucję.

 

To był czas, gdy pomarańczowi próbowali jeszcze spełnić złożone ludziom obietnice, że rozliczą się z poprzednim reżimem. Gubernatorów z Charkowa i Ługańska oskarżono o prorosyjski separatyzm. Za kratki trafił podejrzany o finansowe wymuszenia przyjaciel Achmetowa Borys Kołesnikow, przewodniczący donieckiej rady obwodowej, który publicznie wzywał do odłączenia się południowego wschodu od reszty Ukrainy. Miałem wtedy nadzieję, że uda się wreszcie oczyścić kraj ze zdrajców w elitach władzy.

 

To była jedyna szansa na budowę względnie normalnego państwa, ale zmarnowaliśmy ją koncertowo. Zatrzymani działacze z Donbasu – z pomocą byłych majdanowców – wkrótce wyszli na wolność. Juszczenko dogadał się z Janukowyczem. Kołesnikow, jako „więzień pomarańczowych", zyskał wielką popularność. W nagrodę wybrano go do parlamentu, a potem mianowano wicepremierem. Człowiek, który nawoływał do rozpadu Ukrainy, został jednym z najważniejszych ludzi w państwie.

 

Rewolucji spiłowano zęby. Wczorajsi idealiści rzucili się do zarabiania pieniędzy. Miałem stać z boku i patrzeć bezczynnie, jak wszystko się wali? Skorzystałem z oferty wroga.

 

Do moich najważniejszych zadań należało organizowanie płatnych demonstracji. W 2007 i 2008 roku to było szaleństwo, nowy przemysł polityczny. Permanentny kryzys rządowy wywołał niesamowity popyt na uliczne akcje. Juszczenko, Tymoszenko i Janukowycz wymieniali się nawzajem ciosami. Każde z nich chciało pokazać, jaką cieszą się miłością elektoratu.

 

Jak organizowano płatne protesty?

Każda licząca się partia miała swoich „dziesięciotysięczników", zdolnych do zorganizowania nawet dziesięciu tysięcy osób na demonstracje. Takich specjalistów było zaledwie kilku w mieście. Pracowali dla nich drobniejsi dostawcy resursu ludzkiego – „tysięcznicy", a tym z kolei pomagali „setnicy" i „dziesiętnicy". Dzięki sieci wzajemnych powiązań mogliśmy organizować wiece na zawołanie.

 

Rosnąca popularność sieci społecznościowych zaburzyła tę strukturę – teraz każdemu wydaje się, że jest w stanie zorganizować event na Facebooku, podać datę, miejsce, stawkę i wielotysięczna demonstracja gotowa. Internet wiele ułatwia, ale i wpaść można szybciej – wszystko widać jak na dłoni. System dziesiętny był pewniejszy. Mieliśmy swoich ludzi w kijowskich akademikach, samorządach studenckich i w organizacjach dla seniorów. To było nasze „wojsko".

 

Stawki zależały od jakości resursu ludzkiego. Najtańsi byli bezdomni. Ubieraliśmy ich w partyjne koszulki, by jakoś wyglądali. Starałem się nie korzystać z włóczęgów, chyba że miałem nóż na gardle. W innych partiach chętnie ich wynajmowano. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze zostawały w kieszeniach organizatorów.

 

Emeryci i studenci dostawali sto hrywien za cały dzień stania. Stawki często się zmieniały. Musieliśmy dopasowywać wypłaty do konkurencji i była wysoka inflacja.

 

Protesty to cholernie trudny i niewdzięczny biznes. Trzeba było wyczuć, ilu ludzi wysłać, dokąd i w którym momencie. To nielegalne, więc trzeba być dyskretnym. Resurs ludzki mógł nie przyjść na umówione miejsce. Albo odwrotnie: wykonywał zadanie i nie dostawał zapłaty, bo ich setnik zniknął gdzieś z działką pieniędzy. Ileż to razy dziesiętnicy musieli brać nogi za pas, jak najdalej od rozwścieczonych ludzi.

 

Każdy każdego oszukiwał. Partyjni – swojego sponsora. Połowa kasy wydzielonej na demonstracje znikała od razu w bezdennych kieszeniach działaczy. Drugą połową obracałem ja i mnie podobni polittechnolodzy. Naturalnie odkrajałem co nieco dla siebie i współpracowników. To były brudne pieniądze oligarchów, nikt nie miał wyrzutów sumienia. Potem dolę dostawali dziesięciotysięcznicy, oni płacili swoim ludziom. Jeśli ktoś wyżej w hierarchii był zbyt pazerny albo na gwałt potrzebował forsy, ludzki resurs, co dziesięć godzin tępo trzymał partyjną flagę, zostawał z niczym.

 

Ale oni też nie byli uczciwi. Ci sami ludzie przelewali się jak błoto z jednej demonstracji na drugą. Obrotni potrafili w pierwszej połowie dnia machać niebieską flagą Partii Regionów i krzyczeć: „Julka, oddaj, coś nakradła", a po południu po drugiej stronie barykady pod białymi flagami Batkiwszczyny wyzywać Janukowycza od donieckich bandytów. Oba zbiegowiska były oddalone od siebie zaledwie o kilkaset metrów. Przymykaliśmy oko na te niecne kombinacje. Dzieliliśmy się resursem ludzkim z kolegami po fachu, to wszystkim ułatwiało pracę. Aż w końcu „podwójnymi agentami" zainteresowały się media i nasi wodzowie mieli pretensje, że wierny elektorat, który tak hojnie opłacają, bezczelnie ich zdradza.

 

Przyszedł kryzys finansowy i szeroki strumień wydzielany na płatne demonstracje zaczął powoli wysychać. Bujne protesty na Majdanie ucichły.

 

Za to wróciły brudne technologie, w tym słynne już karuzele – przekupieni wyborcy szli do urn z wypełnioną wcześniej kartą, a tę czystą oddawali po wyjściu „sponsorom", ci znów stawiali krzyżyk gdzie trzeba i przekazywali następnemu chętnemu. Coraz więcej osób miało smartfony, co uprościło procedurę: wystarczy sfotografować kartę do głosowania z odhaczonym kandydatem na dowód wykonanego zadania i odebrać pieniądze. Ale ja nie zajmowałem się kupowaniem głosów. Sumienie mi nie pozwalało.

 

Są granice, których nie przekroczę.

 

Materiał ludzki

Najgorszy w tej robocie jest materiał ludzki. Regionałowie czy pomarańczowi, władza czy opozycja – wszyscy są po tych samym pieniądzach.

 

Wynajęła mnie jedna z naszych proeuropejskich partii. Miałem poprowadzić kampanię kandydatów w wyborach lokalnych w mieście O.

 

Pierwszy klient był lokalnym urzędnikiem, z przerwą w oficjalnej biografii na lata 1998–2002. W O. nawet głupcy wiedzieli, że szanowny kandydat ukrywał się w rajach podatkowych przed zemstą bandytów z konkurencyjnego klanu.

 

Drugi, szemrany biznesmen, przyjeżdżał w sportowym lexusie obwieszony złotem na spotkania z weteranami Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, co za kilogram cukru sprzedaliby swój głos byle komu, w takiej żyją nędzy. Nie pomogły mu treningi ani sesje z psychologiem. Nie mógł zrozumieć, zakuty łeb, że dzikie lata dziewięćdziesiąte minęły bezpowrotnie i teraz majątek należy ukrywać, a nie chwalić się nim jak osioł.

 

Trzecią kandydatką była kobieta, rektor miejscowej uczelni. Garściami brała łapówki, ale pewnie nadepnęła na odcisk komuś ważnemu i zainteresowali się nią śledczy. Próbowała szczęścia w wyborach, by sprawa karna o najzwyczajniejszą pazerność wyglądała jak represjonowanie opozycji.

 

Tych trojga nie interesowała strategia wyborcza, a jedynie fakt, kto ma za to wszystko zapłacić. Wykłócali się o każdą kopiejkę. A wybory, nawet lokalne, kosztują krocie. Trzeba wynająć sztab, zatrudnić dwie grupy współpracowników.

 

Biały dym

Pierwszych do białego PR-u – ci zamawiają w redakcjach stronnicze wywiady, pełne pochwał reportaże. To się nazywa dżynsa, czylikryptoreklama. Dobrze, gdy nie jest to tylko prymitywna agitacja. Wolałem subtelniejsze metody: zamawiałem na przykład artykuł o nowej epidemii gruźlicy w regionie, a w tym samym czasie nasz kandydat wspomagał hojnym datkiem fundację swojego kolegi wspierającą przewlekle chorych na płuca.

 

dżynsy korzystają wszyscy. Nawet gdy dane medium należy do oligarchy na stałe związanego z partią A., kandydaci od B. i C. mogą i tam kupować korzystne dla siebie materiały. To się nazywa ukraiński pluralizm polityczny, nasza wolność słowa. W Rosji nawet tego nie ma. Moskiewscy polittechnolodzy przyjeżdżają do nas za pracą.

 

Każda kampania wyborcza ma swoich stachanowców, którzy sypią pieniędzmi oligarchów na rozbuchaną autopromocję. Pięćset procent normy. W 2008 roku Witalij Kliczko bardzo chciał zostać merem Kijowa i naszpikował sobą wszystkie media. Kosztowało to mały majątek, a wybory i tak przegrał z kretesem. Ludzie się nim przejedli. Na czele Kijowa pozostał korupcyjny skandalista Łeonid Czernowiecki, spryciarz jakich mało. Głosy zapewnili mu wierni emeryci, których karmił kiełbasą wyborczą w postaci paczek z kaszą, mąką i cukrem. Stołeczna młodzież odnosiła się do niego z wrogością. Moim zadaniem było odwieść ją od wyborów: w tym celu zorganizowaliśmy festiwal za miastem (zaczynał się 24 maja wieczorem, kończył 26 rano, wybory były 25). „Dwa dni magii, trzydzieści sześć godzin najlepszej muzyki, sto metrów sceny, osiemnaście grup z kraju i zagranicy, sto tysięcy szczęśliwych widzów". Była to impreza z pompą, jakiej jeszcze na Ukrainie nie było. Dwa miliony dolarów poszło na honoraria samych artystów, ale Kijów ma znaczenie strategiczne, więc sponsorzy Czernowieckiego nie żałowali środków. Młodzi ruszyli tłumem, cali szczęśliwi, że mają wreszcie open air'a na europejskim poziomie. Nawet się nie spodziewali, jak bardzo zrobiono ich w konia.

 

Wracając do mediów: właściwie nie znam redakcji, której nie można było kupić. Chyba tylko „Ukraińska Prawda", gazeta internetowa założona przez Heorhija Gongadzego, uczciwie i według zasług mieszała z błotem wszystkich. Cała reszta była tylko kwestią ceny. Od ośmiuset dolarów za artykuł, od trzech tysięcy dolarów za materiał w telewizji wzwyż.

 

Wymieniłem stawki dla redaktorów naczelnych i szefów wydań. Z dziennikarzem wykonującym mokrą robotę trzeba się oddzielnie dogadywać. Ale ja do dziennikarzy nie miałem zaufania. Każdy szanujący się polittechnolog ma własne prodakszyn, czyli studio multimedialne: swoich copywriterów, sprzęt nagraniowy, montażystów – redakcje dostają gotowy kontent.

 

Drukowaliśmy też własną gazetę na wybory. Pisaliśmy w niej, ile nasi kandydaci zrobili dla miasta i dlaczego aż tak dużo. Ale biały PR to zwykle tylko przykrywka. Ponieważ kandydaci z O. to były zgniłe jajka cuchnące na kilometr, pozytywną kampanię ograniczyłem do minimum. Oczywiście rozdano paczki dla emerytów i otwarto punkt bezpłatnej pomocy prawnej, ale prawdziwa wojna rozegrała się na czarnym froncie.

 

Czarny dym

Czarna kampania ma na celu obrzydzenie wyborcom konkurencji. Robić to można prymitywnie – oczerniając kontrkandydatów w mediach i internecie: ile nakradli i czyje pijane dzieci bezkarnie zabijają staruszków na przejściach dla pieszych. Ukraińscy politycy sami się najlepiej kompromitują. Wystarczyło poszperać w ich brudach.

 

I ważny detal: my, polittechnologowie, jesteśmy jak prostytutki, obsługujemy wszystkich, kto jest gotów zapłacić. W jednej kampanii pracujesz na Partię Regionów, w drugiej na konkurencyjną Batkiwszczynę. Jurij Łeweneć, „guru" ukraińskich technologów politycznych, w wyścigu wyborczym o fotel prezydenta, w którym na śmierć i życie starli się Tymoszenko z Janukowyczem, doradzał obojgu kandydatom.

 

Czarną kampanię warto prowadzić fortelem. W mieście O. drukowaliśmy ulotki kandydatów z konkurencyjnych partii i naklejaliśmy je na szyby i karoserie samochodów. Dzwoniliśmy po nocy do elektoratu. Tak o trzeciej–czwartej nad ranem, kiedy człowiek śpi najsmaczniej. Agitowaliśmy donośnie do słuchawki w imieniu kandydata X, naszego wroga. Ludzie klęli, aż uszy więdły.

 

W mieście O. odnieśliśmy częściowy sukces: pierwszy z naszych kandydatów, ten bandyto-urzędnik, zasiadł w radzie miasta. Trzecia chętna też siadła, ale w areszcie sądowym.

 

W O. trudno było odnieść sukces – rządziła tam Partia Regionów i komuniści. Budżetówkę trzymali w garści, a służby komunalne tuż przed wyborami brały się za remonty przeciekających dachów i odrapanych klatek schodowych. Ukraińscy wyborcy są jak dzieci, za byle cukierka dadzą się złemu wujaszkowi wyprowadzić do piwnicy. Mają takich polityków, na jakich zasługują.

 

Płacą mi na czarno. Każda partia ma swoich sponsorów i nieoficjalny budżet do mamienia elektoratu. Ktoś mądry podliczył, że na kampanię wyborczą do parlamentu kandydaci na deputowanych wydają łącznie dwa i pół miliarda dolarów. Żaden rząd nie weźmie się za wyborczą szarą strefę. Kto podetnie gałąź, na której wygodnie siedzi?

 

Ukraińskie państwo przypomina zrujnowany domek, pod którym piętrzą się kondygnacje piwnic, podziemne zbiorniki i skarbce. To tam toczy się prawdziwe życie.

 

Nowy Majdan

Jestem zły na Ukraińców, że tak łatwo dali się nam oszukać. Za marne sto hrywien przehandlowali swoją wolność. Rządzą nami złodzieje i bandyci, puści ideologicznie, pazerni, prymitywni. Ale oni są zwierciadłem ukraińskiego społeczeństwa. Moralne autorytety nie mają u nas szans na wygranie wyborów.

 

Wierzę w młodsze pokolenia Ukraińców, ich tak łatwo nie zmanipulujesz, wychowali się w niepodległym państwie, nie ma w nich sowków, czyli ludzi radzieckich. Nie boją się Europy – ich rodzice od dawna tam pracują. I nasze brudne techniki polityczne na nich nie działają.

 

Dokładam wszelkich starań, by tak właśnie było.

 

Za pieniądze podprowadzone z kampanii wyborczych prowadzę seminaria dla młodzieży. Uczę ich odporności na manipulacje, zachęcam do patrzenia władzom na ręce, pomagam w tworzeniu lokalnych inicjatyw, bo dobre praktyki najlepiej zacząć od własnego podwórka. Materiały szkoleniowe drukuję na koszt Partii Regionów – czuję się wtedy jak Robin Hood.

 

Pomarańczowa rewolucja już tyle lat nie wychodzi mi z głowy. Jasne, że się rozczarowałem, tak jak wielu mnie podobnych, byłych idealistów, a teraz zgorzkniałych i cynicznych cwaniaków.

 

Ale jeśli w tym kraju dojrzeje nowy Majdan, to my pierwsi wyjdziemy na barykady.

 

 ***

 

Książka została zrealizowana w ramach stypendium z budżetu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz stypendium dziennikarskiego Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej

 


Polecamy inne artykuły autora: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz
Powrót
Najnowsze

Ochrońmy wspólnie Zamek na wodzie!

23.05.2019
NEW
Czytaj dalej

Startuje 12. Festiwal "Wisła" w Moskwie!

23.05.2019
Natalia Walka
Czytaj dalej

Ciemna Noc Muzeów w Gdańsku, czyli historia kontrowersyjnej ballady

21.05.2019
Karolina Blecharczyk
Czytaj dalej

Wrocław: Polska – Ukraina. Różne perspektywy wspólnej historii. Debata w Centrum Historii Zajezdnia

21.05.2019
NEW
Czytaj dalej

Prof. Adolf Juzwenko laureatem nagrody PAU im. Jerzmanowskich

20.05.2019
NEW
Czytaj dalej

Gruzini wciąż marzą

20.05.2019
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu