Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Dziadowie, ojcowie i synowie
2017-03-20
Kaja Puto

Reportaż ukazał się w najnowszym numerze NEW.

 

Poranny pociąg z Brześcia do Terespola ciągnie cztery płackartne wagony. W dwóch przednich jadą Białorusini. W dwóch z tyłu – uchodźcy. Tłoczą się na piętrowych kuszetach całymi rodzinami. Milczą, nawet dzieci nie płaczą. Za oblepioną śniegiem szybą powoli wstaje słońce i odsłania przygraniczny bałagan: budki upstrzone rosyjskojęzycznymi szyldami, parking, kantor.

Czy to już Europa? – pyta z powątpiewaniem młoda dziewczyna, która wybrała się do Terespola po raz pierwszy. Inni podróżni próbowali już nawet po kilkadziesiąt razy. Tylko nielicznym udaje się złożyć wniosek o status uchodźcy: nieważne, starzy czy młodzi, samotni czy z rodziną, kobiety czy mężczyźni. Ene, due, rabe… Ty przechodzisz! A reszta wraca do Brześcia pociągiem powrotnym z odmową wjazdu, pocieszając się: „może uda się zjechać, zanim skończy się miejsce na pieczątki w paszporcie”.

Rozpytanie”

Wysłużony silnik lokomotywy schodzi na jałowe obroty i ociężale terkocze, odpowiadając na pytanie dziewczyny – tak, to brama do Europy. Skład zatrzymuje się przy niewielkim peronie wyłożonym nową, ale zamszoną już kostką brukową. Pogranicznicy wypuszczają przednie wagony. Mija kilkadziesiąt minut: wychodzimy dopiero wtedy, kiedy „normalna” odprawa dobiega końca.

Stoimy na krańcu tłumu w betonowej, zimnej śluzie prowadzącej do terminalu. Kobiety w kolorowych chustkach śmieją się z naszych szalików na głowie i otaczają nas kordonem, żeby uniemożliwić pogranicznikom zdemaskowanie naszego niezdarnego przebrania. Kolejne osoby z kolejki znikają w obszernej, niedostępnej dla postronnych hali, gdzie odbywa się „rozpytanie”. Tam się nie dostaniemy: strażnik wyprosi nas, kiedy tylko zobaczy nasze paszporty.

Ojej, chyba panie się zgubiły – powie ze zmartwionym uśmiechem, chociaż jeszcze przed chwilą sprawiał wrażenie osoby do uśmiechu niezdolnej. – Przykro mi, że musiały panie stać z tymi tutaj, no – urwie w połowie zdania i wyprowadzi nas pospiesznie z terminalu bez kontroli celnej. Moja towarzyszka z ukraińskim paszportem powie, że nigdy polski pogranicznik nie był dla niej tak miły.

 

Oni

Pociąg powrotny przyjeżdża do Brześcia około czternastej. W łososiowej, wspartej na masywnych kolumnach poczekalni dworcowej gromadzą się tłumy, które nie wybrały się dziś na „popytkę” (czyli próbę). To głównie kobiety. Na czternastą przyjeżdżają nawet te, które wynajmują mieszkania daleko od dworca. Zostawiają mężów (o ile ich mają) z dziećmi i ruszają na plotki: komu się udało, a kto znów do nas wrócił?

Niektóre nie muszą daleko chodzić: śpią na dworcu, bo nie mają już pieniędzy na wynajem mieszkań. Na dworcu żyją też całe rodziny, ale samotne kobiety zdecydowanie przeważają. Bez pieniędzy nikt w drogę raczej nie rusza: trzeba sprzedać po cichu dobytek lub pożyczyć gotówkę od rodziny. Bilety na pociąg i noclegi w Brześciu nie są drogie, ale oszczędności po paru tygodniach zaczyna brakować, a dorywczej pracy jest tam jak na lekarstwo.

Ochrona nas nie wygania – zapewnia Asma. – Tylko leżeć na ławkach nie pozwalają, musimy spać na siedząco. Przynoszą nam czasem wrzątek i pozwalają ładować telefony.

Asma ma bladą, napiętą od ciasnego hidżabu twarz, trójkę dzieci i trzydzieści lat. Miała też męża, ale ten zniknął: chyba się ukrywa, a przynajmniej Asma ma taką nadzieję. Zaczęło się od tego, że w ich miasteczku pojawili się dilerzy, kręcili się wokół szkoły. Mąż Asmy poszedł z tym na policję: w końcu chodziło też o jego dzieci. Ale nie na wszystkich można donosić.

Zaczęli do nas przychodzić i grozili. Najpierw tylko mężowi, potem dzieciom. Raz pod naszą nieobecność przywiązali najstarszego syna do krzesła i rozsypali mu wokół nóg jakiś proszek. Zrobili mu zdjęcia i zniknęli. Wkrótce do męża przyszło wezwanie na policję w sprawie posiadania narkotyków. Następnego dnia już nie wrócił do domu: zostałam sama z dziećmi. Ale oni nie odpuścili: mówili, co ze mną zrobią, jak nie powiem im, gdzie ukrywa się mąż. A ja naprawdę nie wiem. Przez miesiąc spałam w ubraniu i bałam się wychodzić z domu. Gdybym przeniosła się do rodziny, im też by robili problemy.

Oni, czyli kto? Mafia narkotykowa czy ich krysza – policjanci, a może służby? Nie wiadomo. Nie przedstawili się.

Na polskiej granicy mówią mi, że nie mam wizy – twierdzi Asma. – Ale Czeczenom nikt wizy do Europy nie daje. Pytają, dlaczego nie poszłam na policję. A jeśli policja jest w to zamieszana? Mówiłam im, że jak się to wszystko wyjaśni, jak mąż się odnajdzie, wrócę do siebie pierwszym pociągiem. Budowaliśmy nowy dom, już był prawie gotowy. Zostawiłam w Czeczenii całą rodzinę. Ale oni mnie nie chcą słuchać. Nie będzie dokumentów z policji, nie będzie azylu.

 

Wojna gorsza niż kiedyś

Asma prawie nie rusza się z „kobiecego kącika”. Bo na dworcu w Brześciu z jednej strony poczekalni siedzą kobiety, z drugiej – mężczyźni. „Kobiecy kącik” jest już prawie jak dom: na ławkach leżą poskładane w kostkę dary ze zbiórek humanitarnych (bielizna, ciepłe ubrania, zabawki) i sprawiedliwie wydzielane torebki z herbatą. Pod kontaktem piętrzą się podpięte smartfony: komunikator internetowy WhatsApp to podstawa, żeby usłyszeć wieści z Europy od koleżanek, które przekroczyły granicę, i skontaktować się z rodziną.

Do miasta lepiej nie wychodzić: milicjanci są w porządku, dopóki siedzimy na dworcu i nas za bardzo nie widać – uważa Asma. – Poza tym, co by powiedzieli mężczyźni nadzorujący nas z przeciwległej ściany?

Bo z mężczyznami same problemy – wtrąca Aiszat, która była już w Europie i na pewne sprawy patrzy inaczej. – Pójdzie taki jeden młody na dyskotekę, upije się i potem cały Brześć trąbi, że Czeczeni to jakieś hulaki. Ale z drugiej strony się nie dziwię. Niektórzy spalili za sobą wszystkie mosty, a teraz tkwią tu na dworcu, w pułapce. Do Europy wjazdu nie ma, a jak wrócisz do domu, nie dadzą ci spokoju za to, że próbowałeś uciec. Pewnego dnia po prostu znikniesz.

Aiszat uciekła do Francji pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy w Czeczenii wybuchła druga wojna (1999-2009). Z mężem i dwójką dzieci otrzymali status uchodźcy i zamieszkali w Paryżu. Ale mąż zaczął kraść, chyba z nudów, bo pracę miał dobrze płatną. Napięcie po „akcjach” rozładowywał na Aiszat. Na szczęście we Francji są specjalne linie telefoniczne, które pomagają kobietom pozbyć się takich osobników.

Rozwiodłam się z mężem, co nie było dobrze widziane w naszym bloku. Nie wierzyłam już, że się zmieni – wspomina Aiszat. – Kiedy wojna się skończyła, a dzieci dorosły, zaczęłam myśleć o powrocie. Może w Czeczenii uda się znaleźć nowego męża? Zdecydowałam się, kiedy dostałam telefon od rodziny: moja matka umarła. Postanowiłam, że ją pochowam, a z oszczędności spróbuję założyć w Groznym jakiś sklep.

Ale w Groznym okazało się, że nawet warzywniaka nie sposób postawić, jeśli się nie zna tego i tamtego. W ogóle wszystko się tam zmieniło: w centrum miasta wyrosły luksusowe wieżowce, do których zwykły człowiek nie ma wstępu. Aiszat nikogo ważnego nie znała i musiała płacić jakimś kolesiom sutą marżę. Ale to jeszcze dałoby się wytrzymać, gdyby Kadyrowcy nie przychodzili pytać o męża, który w czasie wojny walczył po stronie separatystów. W dzisiejszej Czeczenii takich szantażować najłatwiej – zarzuca się im działalność terrorystyczną.

Szczerze mówiąc, gdybym wiedziała, gdzie jest, pierwsza bym go im wydała – mściwie zapewnia Aiszat. – Ale oni nie wierzą, że się rozwiedliśmy, bo nie zmieniłam nazwiska. Francuskie papiery nie są dla nich ważne. Gorzej, że spisali z nich mój francuski adres i teraz grożą, że mojej córce stanie się krzywda. Już chyba lepiej, kiedy mafia przychodzi, wtedy człowieka zabiorą, ale jest szansa, że wypuszczą, tyle że bez palców albo nosa. A ludzie Kadyrowa nikomu nie przepuszczą. No to znowu wsiadłam w pociąg: najpierw do Moskwy, potem do Brześcia. Na granicy mówią mi, że skoro wróciłam do Czeczenii, to przecież nie ma tam wojny. A ja im mówię, że jest, i to gorsza niż ta kiedyś. Bo wtedy walczyli Czeczeni z Rosjanami, a teraz walczy każdy z każdym. Nikomu nie można ufać.

Aiszat próbowała wjechać do Terespola już trzydzieści dwa razy. Teraz podejmuje staranie coraz rzadziej, żeby nie rozzłościć pograniczników. Nie wiadomo, jak z nimi postępować: pieniędzy nie biorą, a empatii w nich za grosz. Dzieci rysują dla nich uśmiechniętych strażników, a oni nawet na te obrazki nie spojrzą.

Rysunki to był pomysł Mariny: rosyjskiej nauczycielki z Warszawy. Co jakiś czas przyjeżdża do Brześcia i zajmuje się dziećmi, śpiewa z nimi czeczeńskie piosenki i uczy polskiego. Dzieci ją uwielbiają, a kobiety mogą w tym czasie dorobić, szyjąc lalki. Te lalki potem jadą do Warszawy, wolontariuszki sprzedają je znajomym.

Nie wszystkie kobiety na dworcu mówią po rosyjsku: te starsze tak, ale młodsze już różnie. To znaczy, że chodziły do szkoły tylko chwilę albo w ogóle. Ale szyć potrafi każda.

Teraz taka moda, żeby wyjść za mąż, jak się ma czternaście lat – wyjaśnia Aiszat. – Kiedyś kobiety chciały sobie pożyć, a teraz wszystkie chcą rodzić dzieci. Albo nie chcą, ale ich rodzina chce.

 

Towarzysz Tępak

Polskiego uczymy się za pomocą piosenek – mówi Marina, ta z Warszawy. – Dzieci najbardziej lubią Chałupy welcome to, ale doradzam im, żeby pogranicznikom śpiewały Uciekali na osiołku przez pustyni żar. Wytłumaczyłam matkom, że Jezus też był uchodźcą i że może w ten sposób dotrzemy do Polaków.

Marinę zna cały Brześć. Zabiera dzieci z dworca do kina i do zoo, a póki było ciepło, chodzili na karuzelę. Na początku Marina wszędzie słyszała, że nie ma nic za darmo, więc wybrała się do Rady Miasta.

Towarzyszu Tupica, powiedziałam, tym dzieciom trzeba pomóc – opowiada Marina. – A on mi na to, że bardzo mu przykro, ale nic nie może zrobić, bo te dzieci nie są obywatelami Białorusi. No to poszłam do kina i poinformowałam pana dyrektora, że towarzysz Tupica przejął się losem dzieci z dworca, nie zdradzając szczegółów. Od razu znalazły się zniżki: kupuję dziesięć biletów, a do kina wchodzą wszyscy. Tą samą metodą poskromiony został dyrektor zoo, dyrektor karuzeli i dyrektor „Komnaty Dżungla”.

Tupica znaczy po rosyjsku „tępak”. Hulia – bo tak ma na nazwisko Marina – to prawie jak „huli”, dosadny sposób, żeby spytać: „a dlaczego nie?”.

Magiczne karteczki

Przychodzi do nas Marina i jeszcze taka Maria, też z Warszawy – wylicza Aiszat. – Słyszałam, że Maria załatwia niektórym takie karteczki, z którymi łatwiej przejść przez granicę. Białorusini też przychodzą: z prezentami dla dzieci i ciepłymi kurtkami. A niektórzy tak po prostu, pogadać, dowiedzieć się, jak się w Rosji żyje. Przecież jeszcze niedawno byliśmy obywatelami jednego kraju.

Maria z Warszawy, czyli Maria Książak z Polskiego Ośrodka Rehabilitacji Ofiar Tortur, jest psycholożką torturowanych. Na podstawie przeprowadzonych w Brześciu wywiadów przygotowuje opinie psychologiczne, obok których pogranicznicy nie mogą przejść obojętnie, a już na pewno nie chcą za to odpowiadać osobiście.

Udało się pomóc około stu osobom, a setki wciąż czekają na naszą pomoc – mówi Książak. – Osoby torturowane nie mogą poprosić o obdukcję tam, gdzie doznały krzywdy. Taka sprawa skończyłaby się najpewniej kolejnym „przesłuchaniem”: tej osoby albo lekarza, jeśliby się zgodził. Po upływie kilku miesięcy ofiary przemocy często nie mają już widocznych obrażeń na ciele: rany się goją, a wylewy po często stosowanych w Czeczenii torturach prądem zanikają. Dlatego to ważne, żeby dotrzeć do nich jak najwcześniej, kiedy tylko trafiają do Brześcia, by dokładnie udokumentować wszystkie konsekwencje tortur.

Maria wraz z innymi psychologami i lekarzami PORT szkoli również Straż Graniczną.

Wśród pograniczników są też osoby wrażliwe i kompetentne, ale w wielu przypadkach brakuje im podstaw: nie wiedzą wiele o Czeczenii, torturach, a co gorsza, nie chcą się więcej dowiedzieć. Ostatnio ze szkolenia w Terespolu większość szybko wyszła. Cudzoziemcy w Brześciu dalej się żalą na często nieludzkie traktowanie. Ostatnio kobieta, z którą rozmawiałam zaraz po tym, jak „odbiła” się od granicy, poroniła jeszcze tego samego dnia. W Straży Granicznej łatwo o wypalenie. Niektórzy odcinają się od emocji, wykorzystując władzę i szydząc z ludzi. Profesor Philip Zimbardo badał zmiany następujące w ludziach, którzy odgrywają role „strażników”. Bez odpowiedniej pomocy wielu z nich identyfikuje się ze swoimi „złymi” rolami, nadużywając władzy. Dodatkowo polski minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak stwierdził w telewizji, że w Czeczenii nie ma żadnej wojny i żeby nikogo stamtąd nie wpuszczać. A przecież wojna nie jest jedynym powodem, by ubiegać się o uchodźstwo – mówi Maria Książak.

Minister Błaszczak powiedział jeszcze jedno: że uchodźcy z Brześcia to „próba stworzenia nowego szlaku emigracji, napływu muzułmanów do Europy”.

Nowego? – śmieje się Aiszat. – A niby którędy ja przyjechałam w latach dziewięćdziesiątych? Spytaj chłopaków, oni zawsze mówią tak: „Kiedy wybuchła wojna, ojciec uciekał przez Brześć. Kiedy dopadł mnie Kadyrow, uciekałem przez Brześć. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale jeśli nic dobrego, mój syn też będzie tędy jeździł”.

Za dziewczynę kadyrowca

No to idę do chłopaków, bo już od jakiegoś czasu z „męskiego kącika” dobiegają mnie zazdrosne spojrzenia. Kobiety szyją i plotkują, ciągle ktoś do nich przychodzi, jest gwarno i wesoło. Mężczyźni się nudzą, ale nie są skłonni do zwierzeń. W męskim gronie przejścia z władzami czy mafią to dowód upokorzenia i słabości, a nie – jak dla kobiet – historia, którą można się podzielić ze współczującymi słuchaczami. Zresztą mężczyzn jest na dworcu mniej – ci, których stać jeszcze na wynajem mieszkania, rzadko się z niego wychylają, chyba że na poranny pociąg albo pilnować żon.

Nigdy nie wiesz, z kim rozmawiasz – wyjaśnia Rusłan, dziennikarz, który przyjechał do Brześcia z kilkuosobową rodziną. – Wszyscy mówią, że po dworcu krążą kadyrowcy i grożą ludziom, że dopadną ich nawet w Europie. Dopóki Putin jest przy władzy, dla Kadyrowa nie ma alternatywy. Tortury stały się w Czeczenii codziennością: karą za niewygodne słowa, za grzechy członków rodziny czy walkę po stronie Dżochara Dudajewa – byłego prezydenta Czeczenii, który walczył przeciwko Rosji. I rzecz jasna, ekstremizm: ten prawdziwy i ten domniemany.

Chłopaki kiwają głowami, powoli się otwierają i opowiadają, skąd się tu wzięli. W ich historiach powtarzają się te same motywy: jeden padł ofiarą zemsty rodowej za kuzyna, drugi prowadził biznes nie na tej ulicy, co trzeba, trzeci zakochał się w dziewczynie kadyrowca. Są też tacy, którzy uciekają przed biedą (w Moskwie, mówią, traktuje się ich jak obywateli drugiej kategorii) lub jadą na niedostępne w Czeczenii leczenie: siebie lub swoich dzieci. Albo – ci młodsi – uciekają przed poborem, nie chcą być wysłani na Ukrainę albo do Syrii.

W takim klimacie młodzi coraz częściej ulegają radykalizacji: to forma sprzeciwu wobec reżimu Kadyrowa. Tacy tu też są: uwierzyli islamistom w nie wiadomo jakie obietnice, a potem przestraszyli się i uciekli. Oczywiście nie powiedzą o tym ani słowa, będą mówili tylko o prześladowaniach, które ich za to spotkały. A w Europie wiedzą co trzeba, przecież też mają swoich agentów. W rezultacie o terroryzm i ukrywanie faktów podejrzewają nas wszystkich.

Mężczyźni swoje plany opierają na plotkach:

Najlepiej jechać do Niemiec, bo tam – widziałem na YouTubie – uchodźcy dostają mieszkanie i ziemię.

Mieszkanie może tak, gorzej ze statusem uchodźcy dla Czeczena.

Ja to raczej w Polsce chcę zostać, bo tam szybciej dostaje się papiery i pozwolenie na pracę.

Fakt, tylko pracy dla Czeczenów mało.

A my mamy rodziny w Europie i chcielibyśmy z nimi zamieszkać.

Nie wiedzą, że mogą zostać deportowani za opuszczenie Polski zgodnie z konwencją dublińską. W ogóle niewiele wiedzą o prawie azylowym, o swoich prawach i obowiązkach.

Dziwisz się? – fuka na mnie Rusłan. – My nigdy nie mieszkaliśmy w kraju, w którym przestrzega się jakiegokolwiek prawa.

Teraz też nie skłamię

Jest jeszcze Ramzan. Elegancki, elokwentny starszy pan. Czeczen. Mężczyźni uważali na początku, że to agent Kadyrowa, bo przyjechał sam, bez rodziny, a na granicy nie prosi o azyl, tylko opowiada swoją dziwną historię. Ale teraz już mu ufają, chyba przez zasiedzenie w męskim kąciku.

Ramzan, jak twierdzi, urodził się na stalinowskiej zsyłce w Kazachstanie, a do ojczyzny – Czeczenii – wrócił jako młody chłopak za kobietą pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku. Skończył studia inżynierskie w Nowosybirsku i do upadku Związku Radzieckiego pracował w kontroli budowlanej, dorabiając się piątki dzieci. Na wojnę go na szczęście nie wzięli, bo był już za stary. Próbował, jak wszyscy, biznesu, ale wykończyły go łapówki. Odbił się w latach dwutysięcznych, kiedy jego znajomy wziął kredyt i otworzył deweloperkę w Moskwie. Wspólnie planowali budowę luksusowych penthouse’ów: Ramzan załatwiał dokumentację i sprowadzał materiały budowlane.

Ale kiedy w 2014 roku przyszły sankcje, wszystko padło, bo firma była obciążona kredytem w Sberbanku – opowiada Ramzan. – W tym samym czasie mój kuzyn zaczął mieć kłopoty z mafią. W końcu pewnej nocy go dopadli, a jego ciało podrzucili pod drzwi. Kiedy jego nastoletni syn je otworzył o poranku, roztrzaskał swojemu martwemu ojcu głowę. Adam nie mógł się z tego otrząsnąć: całymi dniami siedział w domu, rzucił szkołę. Przez jakiś czas mieszkał u nas: w jego domu nie przelewało się po śmierci ojca. Po kilku miesiącach dołączył do „leśnych braci”.

Czyli islamistycznych bojowników. W regionie Ramzana „leśni bracia” żyją z handlu wymiennego: zbierają czeremchę, za którą babuszki przynoszą im żywność.

Nie wiadomo, po co babuszkom ta czeremcha, przecież i tak sprzedają ją na bazarze w cenie trawy – ciągnie Ramzan. – Ale cóż innego mogą robić na wsi?

Najprawdopodobniej pewnego razu, kiedy Adam wyszedł na spotkanie babuszkom, zastrzeliły go służby specjalne.

Ramzan z synem znaleźli jego ciało na leśnej drodze. Kiedy wrócili do domu, „oni” już na nich czekali. Żądali od syna informacji o bojownikach, a przecież on się w takie rzeczy nie bawi: jest już po czterdziestce i ma rodzinę. Żona zaczęła histeryzować. W końcu wzięła ze sobą matkę Adama i młodsze dzieci i uciekła do Niemiec. Wciąż nie dostała decyzji azylowej.

Wszystko u nich dobrze, na szczęście – mówi Ramzan. – Tylko mojej najmłodszej córeczki mi żal, jeszcze do szkoły chodzi. Ją tam obrażają, że czarna, że tłusta, teraz do niej najczęściej dzwonię. Ramzan nie zamierzał jechać do żadnej Europy. Żona się uparła, droga wolna, ale Ramzan ma nadzieję, że wszystko się unormuje i będą mogli bezpiecznie wrócić do Czeczenii. Stalin wygonił stamtąd jego rodziców, to byłaby plama na ich honorze, gdyby wyjechał z własnej woli. Kiedy rodzina uciekła, Ramzan przeniósł się do dalekich krewnych w górach i wydaje się, że kadyrowcy sobie go odpuścili albo zgubili trop.

Niestety zaczęły się problemy z sercem. Kiedy wreszcie udało mi się znaleźć lekarza, powiedział, że ujawniła mi się ukryta wada, która może spowodować, że serce niedługo stanie. Może jutro, może za kilka miesięcy. Żona chciała do mnie przyjechać, ale straciłaby wtedy szansę na status i musiałaby zostać w Czeczenii: być może już beze mnie. Ruszyłem więc w podróż. Nie chcę wyjeżdżać do Europy, mówię na granicy, ja chcę się tylko z nimi pożegnać, zobaczyć. A wizy nie dostałem mimo kilku prób.

Dlaczego nie opowie pan o prześladowaniach, nie poprosi o ochronę międzynarodową? – pytam Ramzana.

Bo ja chcę przyjechać tylko na dwa tygodnie i wrócić, nie chcę żadnego socjalu.

Z Kazachstanem jako miejscem urodzenia w paszporcie mógłby pan sobie kupić jakieś papiery na niemieckie czy polskie pochodzenie – odzywa się we mnie polski kombinator.

Nie kłamałem w Związku Radzieckim, nie kłamałem podczas wojen, nie kłamałem, kiedy przychodzili w sprawie Adama, to teraz też nie skłamię. Mieszkałem w różnych miejscach: w Kazachstanie, Czeczenii, na Syberii i w Moskwie, ale nie przyszło mi do głowy, że można czterdzieści razy powiedzieć człowiekowi na granicy, że chcę się pożegnać z rodziną, a temu człowiekowi nawet powieka nie drgnie.

 

Terespol nie wierzy łzom

Wiadomo: nie wszyscy pasażerowie pociągu do Terespola kwalifikują się do otrzymania statusu uchodźcy. Uciekający przed biedą, marną służbą zdrowia czy chcący dołączyć do rodziny, nie mają szans. Ramzana „na chwilę” też nikt nie wpuści.

Jednak zgodnie z polskim i międzynarodowym prawem wniosek o objęcie ochroną międzynarodową może złożyć każdy, kto wyrazi taką wolę, a jego rozpatrzeniem zajmuje się Urząd do Spraw Cudzoziemców. Tymczasem o losie ludzi decyduje Straż Graniczna, dopuszczając do złożenia wniosku jedną, góra dwie rodziny dziennie.

Kwestia uchodźców z Terespola tkwi w procedurze „rozpytania”. Z relacji cudzoziemców wynika, że pogranicznicy nie dopuszczają ich do głosu, żądając odpowiedzi na konkretne, krótkie pytania. Czy ma pan zamiar pracować w Polsce? Czy zgłaszała pani kłopoty z mafią organom ścigania? Jeśli pan ma zamiar, a pani nie zgłosiła, kwalifikowani są jako migranci ekonomiczni.

Do „rozpytania” nie dopuszcza się dziennikarzy, prawników ani organizacji pozarządowych. Według polskich przepisów do reprezentacji ma się prawo od momentu złożenia wniosku o ochronę, według europejskiego – od wyrażenia takiej woli. Jedyną instytucją, której zezwolono na krótką inspekcję „rozpytania”, było Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich.

Warto zauważyć, że rozmowa na granicy to zaledwie dwie minuty w niezbyt intymnych warunkach – mówi Joanna Subko z Biura RPO. – Z dwudziestu rodzin, które opowiadały wprost o prześladowaniach, wpuszczono tylko dwie.

Z raportu Stowarzyszenia Interwencji Prawnej wynika, że problemy w Terespolu zdarzały się już wcześniej, ale nigdy na taką skalę, a interwencje NGO kończyły się zwykle sukcesem. To zmieniło się na przełomie 2015 i 2016 roku, kiedy w Brześciu gwałtownie wzrosła liczba chętnych (w tym samym czasie rosyjski Memoriał odnotował zwiększenie liczby nielegalnych zatrzymań w Czeczenii). Na około 7 tysięcy przyjętych od Czeczenów w 2016 roku wniosków przypada około 85 tysięcy odmów wjazdu, czterokrotnie więcej niż w roku poprzednim.

Aiszat miała rację, kiedy mówiła, że do Brześcia jeździli dziadowie i ojcowie. Od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku ochroną międzynarodową objęto w Polsce ponad 80 tysięcy Czeczenów, z których większość dotarła tu przez Brześć. Około 7 tysięcy z nich mieszka w Polsce do dziś.

Polska przez lata była jednym z niewielu krajów, w którym Czeczeni mogli znaleźć schronienie. Dla innych państw w Europie ważniejsze były relacje z Rosją. Dziś nie mogą liczyć również na Polskę: antyuchodźcze nastawienie Prawa i Sprawiedliwości to jedno, ale na uszczelnianie Brześcia naciskają też Niemcy i Francja. Wielu Czeczenów dociera bowiem przez Polskę do rodzin na Zachodzie i żyje poza kontrolą państwa, bo ponowne złożenie wniosku skończyłoby się deportacją.

Brzeska brama się uszczelnia, a zapowiedzi MSW o zmianach w ustawie o cudzoziemcach nie wróżą Czeczenom niczego dobrego. A jeśli pozycja Rosji na arenie międzynarodowej będzie się umacniać, nie będą mogli liczyć już na niczyją pomoc.

 

Reportaż ukazał się w najnowszym numerze NEW.

 

Kaja Puto jest wiceprezeską zarządu Korporacji Ha!art. Publikuje między innymi w „Krytyce Politycznej” i „Polityce”. Działania Polskiego Ośrodka Rehabilitacji Ofiar Tortur w Brześciu można wspomóc darowizną przekazaną na numer konta 97 1030 0019 0109 8530 0044 9039 z dopiskiem „pomoc na granicy”.

Fot. Kobzarius (cc by 3.0) commons.wikimedia.org 


Polecamy inne artykuły autora: Kaja Puto
Powrót
Najnowsze

NEW w radio: audycje z okazji 50. numeru pisma

29.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Odszedł Zbigniew Brzeziński

27.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Czy Giedroyc jest aktualny?

25.05.2017
NEW
Czytaj dalej

Kresentymentalizm

25.05.2017
Adam Balcer
Czytaj dalej

V Forum Europejskie

24.05.2017
NEW/ECS
Czytaj dalej

Spotkanie: Wojna, która nas zmieniła

22.05.2017
NEW
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu