Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Mirinda, czyli cudowny
2017-04-12
Zbigniew Rokita

Lew Tołstoj twierdził, że nauczył się czytać w esperanto w dwie godziny. Mija sto lat od śmierci Ludwika Zamenhofa, który stworzył w Imperium Rosyjskim język mający przynieść światu pokój.

Kłopotem esperanto jest fakt, że z jednej strony ludzie przyznają, iż to świetna idea i chętnie widzieliby świat, w którym wszyscy potrafiliby się porozumieć, ale po chwili dodają, że sami nauczą się go dopiero wówczas, gdy zrobią to inni. I choć esperanto wcale nie ma się źle, to wciąż cierpliwie czeka na tych „innych” – od 130 lat.

 

Buchanie po esperancku

Nadzieja jest wpisana w dzieje tego języka. Dlaczego? Słowo „esperanto” było początkowo nie nazwą języka, a pseudonimem jego twórcy. Okulista Ludwik Zamenhof, podpisał się „doktoro esperanto” pod wydanym w języku rosyjskim w 1887 roku podręcznikiem Język międzynarodowy. Przedmowa i podręcznik kompletny, w którym po raz pierwszy wyłożył swoją koncepcję języka uniwersalnego, a „doktoro esperanto” oznaczało właśnie „doktora mającego nadzieję”. Książeczka była mała i tania: 20 na 15 centrymetrów, 15 kopiejek. W momencie jej wydania pochodzący z Białegostoku Żyd miał ledwie 28 lat (a nie była to pierwsza wersja języka ludzkości, którą opracował: pierwszą stworzył jako nastolatek, ale spalił ją jego ojciec).

Zamenhof był przekonany, że ludzie walczą ze sobą, bo nie potrafią się porozumieć. Wspólny język miał rozwiązać ten problem i ukrócić konflikty. Okulista i jego dzieło byli dziećmi swoich czasów. Wszak rówieśnikami Zamenhofa byli chociażby Pierre de Coubertin (stworzył nowożytny ruch olimpijski, wierząc, że światowy sport przyczyni się do zaprowadzenia pokoju) czy inicjator powstania Ligi Narodów, poprzedniczki ONZ, Woodrow Wilson.

Esperanto niebawem zaczęło święcić triumfy i wkroczyło w swój złoty okres. Wierzono, że język Zamenhofa może być używany na ogromną skalę. Ówczesne sukcesy to nie tylko przekłady licznych dzieł literackich (z polskich: od Pana Tadeusza po Faraona; passus „Buch, Uch, Puff, Uff” z Lokomotywy Tuwima przetłumaczono jako „Fu, Uf, Fu, Uf”), nauczanie esperanto w szkołach w najrozmaitszych zakątkach świata, czy zainteresowanie czołowych umysłów epoki. Otóż mało brakowało (przyczyna fiaska: weto francuskie), a Liga Narodów uznałaby esperanto za jeden z kilku swoich języków roboczych, co mogłoby wprowadzić go na nowe tory. Później było już gorzej: w Związku Radzieckim (choć początkowo wiązano wielkie nadzieje z esperanto) i III Rzeszy (Mein Kampf: „Kiedy tylko ludzie staną się ich niewolnikami, Żydzi zaczną mówić uniwersalnym językiem (Esperanto!), co ułatwi ich dominację”), a także w kilku krajach autorytarnych esperanto zostaje zakazane, w innych powoli mija czas idealizmu i pacyfizmu.

Sam Zamenhof, który umiera już w 1917 roku, był przekonany, że język to za mało, aby na świecie zapanował pokój i poświęcił się stworzeniu ogólnoświatowej religii, chciał też powołania ogólnoeuropejskich władz. Język jednak był tym projektem, który powiódł mu się najlepiej.

 

Unu, du, tri, kvar

Esperanto nigdy nie miało zastąpić języków narodowych: miano po nie sięgać dopiero, gdy nie dało się inaczej porozumieć, Zamenhof chciał, aby było językiem pomocnicznym. Oczywiście, każda epoka ma swoje języki uniwersalne – w czasach Zamenhofa był to francuski, dziś jest nim angielski. Szkopuł jednak w tym – mając na uwadze pacyfistyczną ideę białostockiego okulisty – że za tymi i innymi językami stoją konkretne kraje, czyjaś kultura. Tymczasem esperanto ma być neutralne, ma należeć do wszystkich.

Esperanto daje poczucie równości, żaden jego użytkownik nie jest uprzywilejowany – mówi wieloletnia sekretarz generalna Światowego Związku Esperantystów Barbara Pietrzak. – Gdy rozmawiamy na przykład z Brytyjczykiem w wyuczonym angielskim jesteśmy na trudniejszej pozycji, to istotne chociażby w polityce.

Powszechności tego języka ma sprzyjać przede wszystkim jego prostota, a co za tym idzie – łatwość przyswojenia. Lew Tołstoj twierdził, że nauczył się czytać w esperanto w dwie godziny. Esperanto jest po prostu porządnie zrobione. Zamenhof nie był pierwszym, który w swojej epoce próbował stworzyć język uniwersalny (najgłośniejszym konkurentem, do dziś peryferyjnie istniejącym, był volapük), ale to jego jako jedyny żyje do dziś. Unu, du, tri, kvar, kvin, ses, sep, ok, naŭ, dek – te liczebniki zrozumie ogromna liczba wykształconych ludzi w Europie.

Każdy wyraz ma zawsze taką samą formę i znaczenie jak w słowniku. Słownictwo i gramatyka są szalenie proste. Leksykalnie czerpie w większości z języków romańskich, w drugiej kolejności z germańskich. „Cześć” to „saluton”. „Bonan tagon” to „dzień dobry”. „Mam na imię” to „Mia nomo estas”. Dla osoby znającej bądź choćby dobrze osłuchanej z francuskim, włoskim czy niemieckim do dziś esperanto jest do pewnego stopnia zrozumiałe, a o ileż jeszcze prostsze musiałoby być dla znającego często francuszczyznę i łacinę pokolenia jego twórcy.

 

Pogardzane dziedzictwo

Jak zmierzyć dziś siłę esperanto? Liczbą użytkowników? Tę trudno określić – posługuje się nim od kilkuset tysięcy do półtorej miliona ludzi na całym świecie, w tym tysiąc-dwa tysiące osób, które wychowywane są w esperanto. Liczbą materiałów na wikipedii? Pod tym względem wśród języków zajmuje dwudzieste ósme miejsce (na 284 wersje), wyprzedzając bułgarski, duński czy grecki. Dostępnością? Esperanto można uczyć się chociażby w większych polskich miastach, w internecie łatwo można znaleźć dobrze przygotowane materiały do samodzielnej nauki. Tym, że Ludwik Zamenhof po Karolu Wojtyle i Fryderyku Chopinie ma wśród wszystkich Polaków bodaj najwięcej pomników na świecie? Tym, że na świecie istnieją państwowe rozgłośnie radiowe (obecnie w Chinach – audycje codzienne, w Watykanie – trzy razy na tydzień, na Kubie i w Australii – raz w tygodniu, poza tym funkcjonują liczna stacje prywatne) nadające w esperanto?

Przykłady można mnożyć, można też przerzucać się ciekawostkami jak ta, że nazwa napoju Mirinda to esperancki przymiotnik „cudowny”. Nie można jednak zapominać o jednym: esperanto nie jest pomnikiem Zamenhofa, esperanto to żywy język. Pietrzak podkreśla, że wciąż przybywają nowe słowa, esperanto reaguje na rozwój świata. Jakiś czas temu pojawiło się na przykład pojęcie apo – to esperancka nazwa na aplikację.

Esperantystów i użytkowników innych języków łączy jeszcze coś: żywa społeczność. Krzysztof Kolanowski jest działaczem społecznym, a od dekady – esperantystą.

W esperanckim świecie mamy najrozmaitsze rzeczy: imprezy kulturalne, koncerty, wystawy, literaturę, spotkania wikipedystów, kursy medytacji, msze święte, debaty polityczne, warsztaty i wykłady, zakrapiane zabawy, wycieczki turystyczne, no i oczywiście kursy języka – a wszystko to odbywa się, rzecz jasna, tylko po esperancku! tłumaczy Kolanowski. (Pietrzak doda, że esperanckie stowarzyszenia działają na wszystkich zamieszkanych kontynentach i w większości państw świata).

Kolanowski podkreśla, że wśród esperantystów, jak w każdej społeczności, tworzą się sympatie, antypatie, romanse, a owocem niektórych są rodziny esperanckie.

Dzięki nim mamy kilka osób w Polsce, które w trakcie ostatniego spisu powszechnego zadeklarowały, że na co dzień w domu używają języka esperanto. Sam znam kilka takich osób, choć jest ich na tyle mało, że w roczniku statystycznym ujęte są w kolumnie „inne języki” mówi. Wystarczy trochę poszperać w internecie, by się przekonać, że esperanto żyje i ma się dobrze.

Może dlatego esperantyści lubią mówić, że po angielsku lub po hiszpańsku ludzie się porozumiewają, a po esperancku – zaprzyjaźniają się”.

Żeby w esperanto zaczęło mówić więcej osób, trzeba byłoby postawić na edukację, ale to wymagałoby woli politycznej, a tej póki co brakuje. Kiedyś uczono go obowiązkowo, na przykład w Finlandii, a nawet w kilku szkołach w Polsce – tłumaczy Barbara Pietrzak. – Język i związana z nim idea zasługuje na wsparcie. Sama niemal 40 lat pracowałam w redakcji esperanckiej Polskiego Radia, która cieszyła się wśród międzynarodowych słuchaczy wielkim powodzeniem.

W Polsce ani esperanto – mimo silnych z nią związków – ani Zamenhof nie są szerzej znani – znacznie większą popularnością cieszą się choćby w Brazylii. Trudno jednak by było inaczej, jeśli nie dba się o lokalno-globalne dziedzictwo. Symptomatyczne było niedawne odebranie samodzielności białostockiemu Centrum im. Zamenhofa. O sprawie pisał Roman Pawłowski w „Gazecie”: „Prawdziwy powód podał podczas sesji radny KT [Komitet Truskolaski; poparło go Prawo i Sprawiedliwość – przyp. ZR] Dariusz Wasilewski: »Budowanie wizerunku w oparciu o Zamenhofa jest chybione. Zamenhof był utopistą, który nie znalazł poklasku nawet wśród syjonistów, społeczności żydowskiej«. I dodał, że język esperanto jest »niszowy«, bo mówi w nim na co dzień tylko tysiąc osób na świecie”. Słowa takie padają w małej ojczyźnie Zamenhofa u progu roku 2017 – ogłoszonego przez UNESCO rokiem Zamenhofa (to jedna z raptem kilkudziesięciu rocznic obchodzonych w latach 2016-2017 pod auspicjami agendy ONZ)! Szkoda, gdy sami wyzbywamy się dziedzictwa, które jest naszym najlepszym produktem eksportowym.

Pietrzak jest mimo wszystko dobrej myśli. Była sekretarz generalna Światowego Związku Esperantystów twierdzi, że esperanto spełnia do pewnego stopnia rolę, jaką przewidział dla niego Zamenhof.

Zamenhofowi chodziło i esperantystom nadal chodzi o to, aby uczyć się otwartości na drugiego człowieka, aby go poznać, potrafić się z nim porozumieć. To w społeczności esperantystów dziś, 100 lat od śmierci Zamenhofa i 130 lat od powstania esperanto, udaje się – puentuje Pietrzak.


Zbigniew Rokita


Powrót
Najnowsze

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

Palone mosty

10.11.2017
Michał Potocki
Czytaj dalej

Utopia, modernizacja, terror – 100 lat po Październiku 1917

09.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Cel: Putin 4.0

08.11.2017
Karol Bijoś
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu