Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Mołdawskie „rozmowy kontrolowane”
2017-04-14
Kamil Całus

Mołdawia pod przykrywką eurointegracji przeradza się z wolna w kraj miękkiego autorytaryzmu. Swobody obywatelskie są tam coraz bardziej ograniczane.

Podporządkowany oligarsze Vladowi Plahotniukowi rząd mołdawski, który objął władzę na początku 2016 roku, nie ustaje w wysiłkach, by przekonać zachodnich partnerów – szczególnie UE oraz USA – do swoich racji. Gabinetowi zależy na pokazaniu, że, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, jest on w pełni oddany idei proeuropejskiej, reformom oraz walce z korupcją. Rząd Pavla Filipa chce się prezentować jako jedyny na mołdawskiej scenie politycznej realny i efektywny obrońca demokratycznych wartości, dążący szczerze do przekształcenia kraju w nowoczesne państwo prawa.

Pod tą retoryczno-propagandową fasadą kryje się jednak ponura prawda. W kontrolowanej przez Plahotniuka Mołdawii stopniowo ograniczana jest wolność słowa, zwalczane są nieliczne już niezależne media, a inwigilacja i zastraszanie dziennikarzy, działaczy opozycji, a nawet dyplomatów – także unijnych – z roku na rok staje się zjawiskiem coraz powszechniejszym. Mołdawia przeradza się z wolna w kraj miękkiego autorytaryzmu, przykryty błękitno-złotym płaszczykiem integracji europejskiej.

Strategiczna wieś” i „mafiozi”

Szef delegacji UE w Kiszyniowie Pirkka Tapiola w kwietniu 2016 roku otwarcie skrytykował orzeczenie jednego z mołdawskich sądów w sprawie mera Taraclii, Serghieia Filipova – polityka niechętnego kontrolowanej przez Plahotniuka Partii Demokratycznej. Na mocy wyroku sądu Filipov został usunięty ze stanowiska i utracił prawo do jego pełnienia na okres dwóch lat. Decyzję o wszczęciu wobec mera postępowania sądowego Tapiola nazwał wprost „motywowaną politycznie”. Oświadczenie unijnego dyplomaty spotkało się z ostrą reakcją powiązanych z Plahotniukiem mediów i blogerów. Tapiolę krytykowano otwarcie za mieszanie się w wewnętrzne sprawy Mołdawii, co – wedle części komentatorów – wykraczało poza kompetencje ambasadora. Jednocześnie sieć obiegły cytaty pochodzące z zamkniętego, prywatnego spotkania Tapioli z innymi członkami korpusu dyplomatycznego, podczas którego ambasador UE miał między innymi nazywać mołdawskie władze „mafiozami”, opozycję „prostakami”, a samą Mołdawię „strategiczną wsią”. Tapiola nie potwierdził i nie zaprzeczył, że takie słowa kiedykolwiek padły z jego ust; stwierdził po prostu, że nie upublicznia treści prywatnych konwersacji. Tym niemniej fakt ujawnienia rzekomych komentarzy Tapioli odebrano jednoznacznie jako sygnał dla wszystkich dyplomatów rezydujących w Kiszyniowie. Władze mołdawskie są w stanie nie tylko uzyskać kompromitujące przedstawicieli innych państw materiały, ale także nie zawahają się ich użyć, by ograniczyć wygłaszaną pod swoim adresem krytykę.

Zachodni dyplomaci, doradcy polityczni delegowani przez UE lub poszczególne państwa członkowskie, a nawet przedstawiciele zagranicznych przedsiębiorstw w Kiszyniowie doskonale zdają sobie sprawę, że prowadzone przez nich rozmowy telefoniczne, nieszyfrowana korespondencja elektroniczna czy też choćby prosta dyskusja za pośrednictwem Facebooka stanowią łatwy łup dla zainteresowanych służb i osób z najwyższych kręgów mołdawskich władz. Niechętnie poruszają więc oni tematy zawodowe w rozmowach telefonicznych czy elektronicznych, a przed rozpoczęciem służbowej konwersacji w cztery oczy nierzadko chowają telefon do specjalnego schowka, odcinającego go od sieci komórkowej lub po prostu wyciągają z niego baterię. Jak pokazuje przytoczona historia unijnego ambasadora – takie środki ostrożności nie są bezpodstawne.

Mówi się, że Pan P. [Vlad Plahotniuc, najpotężniejszy i najbogatszy człowiek w Mołdawii – przyp. aut.] korzysta jednocześnie z trzech źródeł pozyskiwania informacji – wspomina bazujący na stałe w Kiszyniowie przedstawiciel jednego z państw UE. – Najstarszym z nich ma być prywatna wywiadownia Plahotniuka, która jest w stanie nie tylko śledzić określone osoby czy nagrywać je, ale także między innymi podsłuchiwać rozmowy telefoniczne lub prowadzić nasłuch każdego włączonego telefonu komórkowego w promieniu kilkuset metrów od specjalnego, mobilnego odbiornika.

Rozmówca podkreśla, że wraz z umacnianiem swojej władzy i coraz szerszą kontrolą nad instytucjami państwowymi Plahontniuc mógł zacząć wykorzystywać także oficjalnie działające służby specjalne dla podobnych działań.

Te stanowić mają drugie źródło informacji o działalności przeciwników politycznych i biznesowych, dziennikarzy czy dyplomatów – kontynuuje dyplomata. – Wreszcie trzecim instrumentem jest pośrednia kontrola, jaką Plahotniuc sprawuje nad państwowym przedsiębiorstwem telekomunikacyjnym – Moldtelecom – oraz jego spółką córką, siecią telefonii komórkowej Unité. Umożliwia mu to pełną kontrolę (w tym nasłuch) komunikacji naziemnej i – częściowo – komórkowej – mówi przedstawiciel unijnego kraju.


Przejażdżka za ciemną szybą

Dyplomaci nie są jednak głównym celem inwigilacji. Znacznie gorzej wygląda sytuacja lokalnych polityków – głównie opozycyjnych. Ci niechętnie rozmawiają z dziennikarzami przez telefon, a bardzo wielu z nich uskarża się na podsłuchy oraz regularne próby zastraszania za pomocą kompromitujących nagrań wideo lub zapisów rozmów. Wszyscy oni doskonale zdają sobie sprawę z realności tych gróźb. Do dziś w Internecie bez większego trudu odnaleźć można ponad godzinne nagranie intymnych chwil, jakie były premier (i niegdyś najpotężniejszy przeciwnik Plahotniuka), Vlad Filat, spędził ze swoją kochanką, jedną ze znanych mołdawskich prezenterek telewizyjnych. Pikanterii sprawie dodawał fakt, że na filmie zarejestrowano także telefoniczną rozmowę Filata z ówczesnym prezydentem Rumunii, Traianem Basescu.

Politycy niechętni wobec Plahotniuka są nierzadko śledzeni, zwłaszcza podczas spotkań z dziennikarzami lub innymi działaczami politycznymi. W trakcie rozmów w miejscach publicznych, jak kawiarnie czy restauracje, nerwowo rozglądają się wokół siebie, mówią ściszonym głosem. Nawet członkowie rządzącej i kontrolowanej przez Plahotniuka Partii Demokratycznej mogą spodziewać się swoistego „nadzoru”. Zdarza się, że chcąc odbyć rozmowę w bezpiecznych warunkach, wybierają się na długą przejażdżkę samochodową ze swoim interlokutorem, siedzącym – dla zapewnienia dodatkowej prywatności – na tylnym siedzeniu samochodu, za przyciemnianymi szybami.

 

Ostrzeżenie bez tłumika

Inwigilowani są także niezależni od władzy dziennikarze. Nie jest ich wielu, bo w ciągu ostatnich lat Plahotniuc zdołał zmonopolizować zdecydowaną większość mołdawskiego rynku telewizyjnego (cztery na pięć stacji o ogólnokrajowym zasięgu stanowi jego własność) oraz znaczną część popularnych internetowych portali informacyjnych. Jednym z nich jest Vladimir Soloviov, niegdyś redaktor naczelny mołdawskiego, elektronicznego wydania gazety „Kommiersant”, dziś twórca i szef rosyjskojęzycznego portalu Newsmaker.md. Na początku kwietnia Soloviov opisał na łamach Newsmakera jak przez kilka dni z rzędu śledzony był przez czterech mężczyzn, poruszających się samochodem marki KIA. Mężczyźni podążali za nim na spotkania, które odbywał przygotowując kolejne artykuły, krążyli w okolicy redakcji portalu, wsiadali wraz z nim do trolejbusów. Nie starali się ukryć swojej obecności. Jak stwierdził sam Soloviov, chodziło im raczej o to, by dać mu do zrozumienia, że interesują się nim wpływowe osoby. Dziennikarz zgłosił sprawę na policji, ale jest raczej oczywiste, że nie przyniesie to żadnego rezultatu. Nie pierwszy raz. Już wcześniej, w 2014 roku, Soloviov skarżył się na podobną sytuację, ale funkcjonariusze stwierdzili najzwyczajniej w świecie, że nie są w stanie mu pomóc.

Innym przykładem była Natalia Morari, znana mołdawska dziennikarka telewizyjna i konsekwentny krytyk obecnych władz. Na początku 2016 roku Morari zagrożono ujawnieniem nagrań o charakterze intymnym z jej udziałem jeśli ta nie zaniecha swojej działalności wymierzonej w Plahotniuka. Kilka miesięcy później groźby pod jej adresem nabrały bardziej dosadnego charakteru. Jak stwierdziła dziennikarka, wiarygodne źródło poinformowało ją, że jej „niepokorność” może „dobrze się dla niej nie skończyć”. Ostatecznie Morari nic się nie stało, ale co dokładnie szantaż ten mógł oznaczać, przekonać się mógł inny mołdawski dziennikarz Constantin Cheianu, redaktor niechętnej wobec Plahotniuka stacji Jurnal TV. Na początku sierpnia 2016 roku okno mieszkania jego córki zostało ostrzelane, prawdopodobnie z broni pneumatycznej. Policja uznała to za akt chuligaństwa i po niedługim czasie zamknęła sprawę, ale Cheianu nie miał wątpliwości, że rzekome chuligaństwo było sygnałem wysłanym właśnie do niego. Wcześniej dziennikarz ten, podobnie jak Morari, otrzymywał wiadomości z groźbami i żądaniem porzucenia antyrządowej działalności.

 

Być czy mieć

Nie tylko w ten sposób władze dają dziennikarzom do zrozumienia, że nie podoba im się ich aktywność. Od dłuższego czasu po Kiszyniowie coraz intensywniej krążą pogłoski, wedle których zarówno Soloviov, jak i Morari mają być w rzeczywistości… rosyjskimi szpiegami. Rozpuszczający te plotki zwracają uwagę na fakt, że redaktor Newsmakera to etniczny Rosjanin, wykształcony na Uniwersytecie Moskiewskim. Morari, choć jest Mołdawianką, również kończyła uczelnię w rosyjskiej stolicy. Do tego oboje zaczynali swoje kariery dziennikarskie w Rosji i niestrudzenie atakują formalnie „proeuropejskie” przecież mołdawskie władze. Choć dla większości zarzuty o szpiegostwo brzmią absurdalnie (szczególnie biorąc pod uwagę konsekwentnie prozachodnie poglądy Morari i sceptyczne wobec polityki Rosji w regionie stanowisko Soloviova), to powtarzanie ich przez wiele miesięcy może z czasem przynieść porządany przez władze skutek.

Powyższe historie stanowią zaledwie wierzchołek góry lodowej, jaką jest trwające od kilku lat systematyczne podporządkowywanie sobie i zastraszanie mołdawskich dziennikarzy. Wielu młodych adeptów żurnalistyki w Mołdawii boi się otwarcie mówić o naciskach, jakie są na nich wywierane lub – co gorsza – traktuje je jako normalny element mołdawskiej rzeczywistości medialnej. W kraju, w którym średnia pensja nie przekracza 250 dolarów, możliwość utrzymania stanowiska jest często dużo ważniejsza od idei.

Kamil Całus jest analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich, ekspert ds. Mołdawii, stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej”.

Fot. Nicolas Raymond (cc by 2.0) flickr.com


Powrót
Najnowsze

Zachód: nie takie nam sankcje straszne

21.07.2017
Grzegorz Kaliszuk
Czytaj dalej

Litewsko-polski węzeł gordyjski

19.07.2017
Adam Balcer

 

Adam Balcer odpowiada na tekst Dominika Wilczewskiego na temat relacji polsko-litewskich.

Polsko-litewskie relacje od lat znajdują się w impasie. Jednak, trudno pogodzić się z tezą, że dojście do władzy PiS oraz wzrost w Polsce bezkrytycznego stosunku do Kresów nie miało na nie większego wpływu.

Czytaj dalej

„Russiagate”: sukces czy porażka Moskwy?

17.07.2017
Marcin Kaczmarski
Czytaj dalej

Milczenie i czyny prezydenta

14.07.2017
Ewa Polak
Czytaj dalej

Mój własny Wschód

11.07.2017
Paulina Niechciał - tekst i zdjęcie
Czytaj dalej

"Gazeta Wyborcza" o "Nowej Europie Wschodniej"

10.07.2017
Wojciech Maziarski
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu