Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Biały sahib wyprawia się na Wschód
2017-05-08
Ludwika Włodek

Ludwika Włodek o polskiej literaturze poświęconej Wschodowi: „Wszyscy orientalizujemy, ale kobiety jakby mniej. Mężczyźni widzą siebie jako nieustraszonych zdobywców, którzy wyruszają na wyprawy w nieznane, niczym bohaterowie dziewiętnastowiecznych powieści przygodowych dla chłopców”.

 

(Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej” (maj-sierpień/2017). W dyskusji o orientalizacji Wschodu przez polskich pisarzy i reporterów głos zabrali ponadto Adam Balcer, Przemysław Czapliński, Wojciech Górecki, Ziemowit Szczerek).

 

Przyznam szczerze: długo nie wiedziałam, jak napisać ten tekst. Nie chodzi o to, że nie wiedziałam, jak zacząć albo jak skończyć, czy pisać stylem podniosłym, poważnym i powoływać się na opinie badaczy, czy może używać kolokwializmów i pozostać w lekko żartobliwej konwencji, tak żeby nigdy do końca nie było wiadomo, czy piszę serio, czy może jednak trochę żartuję. Nie. Mój problem był znacznie poważniejszy. Ja po prostu w ogóle nie wiedziałam, jaka ma być moja teza, co tak naprawdę myślę. Przeczytałam oba teksty z poprzedniego numeru „Nowej Europy Wschodniej”. Najpierw Orientalizm. Wersja polska, w którym Adam Balcer zarzuca polskim politykom, publicystom i pisarzom – głównie Ziemowitowi Szczerkowi i Andrzejowi Stasiukowi – że orientalizują Wschód. Potem Wyobrażenia i rzeczywistość Ziemowita Szczerka, który odpiera zarzuty Balcera pod własnym adresem.

Byłam w kropce. Właściwie z każdym z tych tekstów trochę się zgadzałam. Gdy czytałam pierwszy, wydawało mi się, że Balcer ma rację. Rzeczywiście trudno się nie zgodzić z tym, że w Polsce Wschód, który zaczyna się, w zależności od potrzeb, czasem na Wiśle, czasem na Bugu, a u bardzo wschodofilskich – co nie znaczy, że nieorientalizujących, autorów – dopiero na Dnieprze, uchodzi za dziką i tajemniczą krainę despocji i brzydoty.

Cytat? Balcer przywołuje ich aż nadto. Proszę, ja mogę dorzucić kilka kolejnych. Na przykład, z cytowanego także przez Balcera, Stasiuka: „Zabajkalsk wyglądał jak zrujnowany. Wszystko było szare i zakurzone. Sprawiał wrażenie, jakby wybudowano go już jako zniszczony i znękany”.

 

Samoświadomy orientalizm

Jednak Balcer nie napisał o jednej kwestii, co słusznie wypomniał mu Szczerek. Mianowicie takiej, że teksty Szczerka czy Stasiuka „traktują w dużym stopniu o wyobrażeniach, jakim ulega człowiek spoglądający na Wschód z tej części Europy, która bardzo chciałaby być Środkową. Człowiek ukształtowany w micie Zachodu, przekonany o swojej zachodniości, ale tym Zachodem faktycznie niebędący”.

Przecież właśnie dlatego tak mi się podobał Przyjdzie Mordor i nas zje Szczerka. Cały był jedną wielką kpiną z takiego orientalizowania Wschodu, leczenia na tym orientalizowanym Wschodzie własnych kompleksów. Nawet miałam za złe Szczerkowi, że pod koniec książki jakby stchórzył i na kilku ostatnich stronach, już bardzo wprost i łopatologicznie, wyjaśnił, o co mu chodziło na poprzednich dwustu. Zatytułował ten ostatni rozdzialik Orientalizm i wyłożył wszystko prostolinijnie, w najbardziej oczywisty sposób, jak tylko można: „Powoli przestawałem mieć o czym pisać. Ukraina zaczęła stawać się po prostu coraz bardziej drażniąca. Taki Lwów na przykład. Był coraz bardziej podobny do zwykłego polskiego miasta”.

A parę akapitów dalej, jakby jeszcze jakiś wyjątkowo tępy czytelnik nie załapał, o czym to wszystko w tym Mordorze było, Szczerek doprecyzował:

– Po prostu zacząłeś patrzeć na Ukrainę oczami Ukraińca. A póki co, to jak – przyjeżdżałeś tu na safari? Przez cały ten czas?

– O rany…

– Co, orientalizm, tak? Egzotyka? Przyjeżdżałeś tu jak do zoo?

– Nie – skiepowałem papierosa w popielniczce i natychmiast odpaliłem nowego. Nie – powiedziałem jeszcze raz i dalej już nie wiedziałem, co powiedzieć.

– To mnie interesuje – odpowiedziałem po chwili.

– A dlaczego cię interesuje?

– Rany – odparłem – bo jest interesujące.

– Ale co w tym intersującego? W rozpieprzeniu? W biedzie?

– Jezu, Taras – powiedziałem. – Wszystko można w ten sposób zdekonstruować, to nie tak…

– Co egzotykę w biedzie dostrzegłeś i dlatego cię zainteresowało?

– Kurwa, człowiek potrzebuje… orientalizmu – podjąłem jednak po chwili. Romantyzmu jakiegoś…

Zarzucanie Szczerkowi, że orientalizuje, jest zatem nie do końca sprawiedliwe. Bo nawet jak czasem faktycznie orientalizuje, to robi to specjalnie, samoświadomie i po to, żeby orientalizm napiętnować.

Czyli tak naprawdę obaj – i Szczerek, i Balcer – mają rację. Problem istnieje i trudno się z tym nie zgodzić. Brawa dla redakcji „Nowej Europy Wschodniej”. Pozyskała dwa teksty, w tej samej sprawie, z których wynika właściwie to samo, a utrzymane są w ostrym polemicznym tonie. A media, jak wiadomo, kochają polemiki.

 

Oko w oko z tygrysem

Kilka miesięcy temu brałam udział w debacie zorganizowanej przez redakcję „Nowej Europy Wschodniej”, o tym jak opisać Wschód. Powiedziałam wtedy, że skłonność do orientalizowania przejawiają głównie mężczyźni, bo to pozwala im przedstawić samych siebie jako nieustraszonych zdobywców, dzielnych eksploatatorów, którzy wyruszają na wyprawę w nieznane, niemalże jak bohaterowie dziewiętnastowiecznych powieści przygodowych dla chłopców.

Myślałam wtedy o takich narracjach jak ta Jacka Hugo-Badera, który w swoich tekstach, a także w rozmowach o swojej pracy, ciągle podkreśla niecodzienność, unikalność własnych doświadczeń. „Musi mnie zaskoczyć, musi mnie zadziwić tak, żebym oszalał na tym punkcie” – powiedział Piotrowi Brysaczowi w wywiadzie do książki Patrząc na Wschód. I jeszcze w odpowiedzi na to samo pytanie Brysacza dodał: „Ja muszę być zaskakiwany, muszę się co chwila natykać na coś, co mnie powala z nóg”.

Wszystko, co przeżywa i potem opisuje Hugo-Bader, musi być „naj-”: największy zbiornik wody pitnej (oczywiście Bajkał), najwięksi alkoholicy (bohaterowie Białej gorączki), „największe dziury w ziemi na naszym globie” (w jakuckiej kopalni diamentów). A w tym wszystkim on, reporter, który nie wstydzi się powiedzieć o sobie: „niewielu jest ludzi tak biegłych w tematyce rosyjskiej jak ja”.

Czytając wielu innych reporterów, też odnoszę wrażenie, że głównym celem ich pisarstwa jest opowiedzenie o tym, jacy są dzielni, kompetentni, odważni.

Na przykład Mariusz Wilk. Jego czytelnik ma wrażenie, że przemawia do niego jakiś demiurg. Nawet słownik jest zwykłemu śmiertelnikowi potrzebny, żeby zrozumieć, o co autorowi chodzi, bo Wilk przecież celowo wplata do swojej prozy rosyjskie słowa, których objaśnienia znajdują się potem na końcu jego książek. „Ot, ambasador Jerzy Bahr, sam pomyśl, czy miałby szanse gdziekolwiek poza moim domem spotkać się oko w oko z ruskim »biczem«, czyli kimś w rodzaju miejscowego kloszarda?” – pytał retorycznie Brysacza w tej samej książce, w której wypowiadał się Hugo-Bader.

Oko w oko z ruskim „biczem” brzmi prawie tak samo jak oko w oko z tygrysem, albo może nawet z samym diabłem. A proszę, Wilk nie tylko się z nimi oko w oko non stop spotyka, ale jeszcze żyje wśród nich, już dwadzieścia lat z okładem. Mołodziec!

A więc powiedziałam, że to mężczyźni bardziej orientalizują, bo chcą podbić swoje wyczyny, podlansować się, ustroić w piórka. Tak muszą biednieńcy, tego oczekuje od nich społeczeństwo, ich gender, że tak powiem, ich do tego skłania.

 

Mężczyźni w kosmosie, kobiety na Wschodzie

Jednak później zaczęłam się jeszcze raz nad tym wszystkim zastanawiać. I doszłam do wniosku, że to coś więcej niż zwykły społeczny przydział ról kulturowych. Ile my w ogóle, proszę państwa, znamy kobiet piszących o Wschodzie? Bo panów można wyliczać: Wilk, Hugo-Bader, Szczerek, Stasiuk, z tych, których już wymieniłam, a do tego jeszcze dochodzą: Michał Książek, Jędrzej Morawiecki, Wojciech Górecki, Maciej Jastrzębski, Wacław Radziwinowicz – mogłabym wymieniać prawie w nieskończoność. We wszystkich zbiorówkach typu „Oto Proszę Państwa Kilku Znanych Autorów Opowie Państwu o Wschodzie” dominują mężczyźni. Choćby w tej książce Brysacza, którą z uporem maniaka tu cytuję, a do której także sięgnął, pisząc swój tekst, Balcer. Na jedenastu rozmówców tylko jedna kobieta. Magdalena Skopek, autorka książki Dobra krew o Nieńcach z półwyspu Jamał. Troszkę lepsze proporcje ma towarzyszący projektowi kolektywu fotograficznego Sputnik Fotos zbiorek Spis rzeczy, o przedmiotach, które kojarzą się z byłym Związkiem Radzieckim. Tutaj wśród dwudziestu jeden autorów są aż, a tak naprawdę ciągle „tylko”, cztery kobiety.

Chyba po prostu takiego pisania o Wschodzie się oczekuje. Takiego pisania o Wschodzie, jakie na ogół, w ogromnej większości przypadków, uprawiają mężczyźni. Wykształcił się pewien uzus opowiadania o Wschodzie – dzikim, niebezpiecznym, zaskakującym, naj, naj, naj pod każdym względem, gdzie zawsze niemal trzeba walczyć o życie, gdzie zwykły przejazd pociągiem czy wizyta w muzeum albo zbieranie grzybów to pełen przygód wyczyn porównywalny z pierwszym lotem w kosmos.

No bo przecież chyba nie jest tak, że Krystyna Kurczab-Redlich, Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, Justyna Prus, Małgorzata Nocuń, Kaja Puto, Renata Lis czy Anna Żebrowska są mniej zdolne czy głupsze niż ich piszący o Wschodzie koledzy wymienieni przeze mnie powyżej. Ich teksty czy książki, czytane każda z osobna, ludzie tak samo doceniają i chwalą. Jednak jakoś tak się dzieje, że prawie nikomu nie przychodzą one na myśl pod zbiorczą etykietką: „piszący o Wschodzie”.

Wydaje mi się, że wynika to trochę ze zjawiska, które opisała Anna Horolets w socjologicznej książce Konformizm, bunt, nostalgia o niszowej turystyce z Polski do krajów byłego Związku Radzieckiego, a także i przede wszystkim o sposobie opowiadania o tych doświadczeniach. Zdaniem Horolets, istnieje coś takiego jak potrzeba naśladownictwa, powtarzania pewnych schematów narracyjnych, po to, żeby być wysłuchanym, docenionym, a wreszcie wręcz zrozumianym. No tak, ludzie najbardziej lubią piosenki, które znają.

Większość – choć bądźmy sprawiedliwi nie wszystkie – męskich relacji o Wschodzie wpisuje się w oczekiwany schemat. Jest w nich to, co w opowieściach o tym regionie być powinno: trudy podróży, niesamowite przygody, walka o życie. Wóda leje się strumieniami. A kobiety, jak się pojawiają, to jako babuszki albo aseksualne babochłopy, jak u Książka w Jakucku: „Maskulinizacja dopada wiele kobiet w mieście na końcu świata. W mieście, które ze wszystkich leży najbliżej pustki. Zdaje się, że mężnienie zaczyna się od spojrzenia, potem tężeje głos, wagi nabierają chód i gesty. W końcu postura staje się całkiem męska: rozwijają się barki i mięśnie ramion. Całości dopełniają mocne, jak u dalniebojszczyka dłonie”.

Albo jako wystrojone, eteryczne, „półnagie piękności” (to akurat ze Stasiuka, ale lista autorów używających podobnych określeń mogłaby zająć cały numer „Nowej Europy Wschodniej”). Obowiązkowo wystrojone w szpilki, których niebotyczne obcasy – w zależności od tego, o jakiej porze roku autor odwiedził Mordor – topią się w błocie, ewentualnie wbijają się w lód pokrywający dziurawe chodniki lub częściej nawet pobocza, bo jak wiadomo w byłym Sojuzie chodnik to towar deficytowy.

 

Co się zobaczyło, tego się nie odwidzi

Na koniec muszę być sprawiedliwa. To nie znaczy, że kobiety nigdy nie orientalizują, nie piszą o tym, że w byłym Związku Radzieckim jest brzydko czy szaro, nie zauważają zjawisk, które masowo trafiają na twitterowy profil „Sranyj Sowok”. Kwiatkowska-Moskalewicz swój reportaż o Ukrainie Zabić smoka zaczyna od – bardzo zresztą udanego – opisu zabudowanych balkonów, które stały się niemal znakiem rozpoznawczym byłego Związku Radzieckiego. Kaja Puto, pisząc w „Dużym Formacie” o uciekających do Norwegii zdesperowanych Rosjanach, zaczyna od opisu miasta, którego nie powstydziłaby się żadna zbiorówka o reportażu z obszarów poradzieckich: „Nikiel to miasto, jakich w Rosji wiele: życie kręci się między pomnikiem Lenina a pizzerią. Z głośników wystawionych przed betonowy dom kultury dudni popsa. Główny plac miasta okalają pryszczate chruszczowki: ciągną się aż po horyzont, którego strzeże ich matka żywicielka – huta niklu”.

Sama popełniłam mnóstwo tekstów, w których orientalizuję „na maksa”. Oto mała próbka z bloga „Sputniczka”, który pisałam, podróżując po byłym Związku Radzieckim w 2009 roku:

„Jutro wyjeżdżam z Rosji. Mam dość. Jak zawsze, gdy opuszczam ten kraj, czuję ulgę. Gdybym wracała od razu do Polski, mogłabym napisać, że nie będę więcej oglądała wiadomości z główną informacją dnia o wizycie prezydenta u maluchów z podstawówki X, w województwie Y, w czasie której prezydent przez 15 minut opowiadał, dlaczego lubił w dzieciństwie 1 września. Nie będę już kupowała gazet, gdzie z wywiadu ze specjalistą od czystek etnicznych, szefem rosyjskiego forum narodów represjonowanych, dowiaduję się, że rzeź Ormian w Turcji sprowokowali bogaci Ormianie z diaspory na Zachodzie Europy, a przykładem najnowszego ludobójstwa jest akcja USA w Serbii oraz w Iraku. Nie będę przepłacać za niesmaczny kefir i podwiędłe ogórki. Nie będę chodzić po krawężniku, by obejść gigantyczne kałuże zajmujące chodnik. Nie będę się obijać w ciemnościach klatki schodowej. Nie będę się bała, że nie zdążę wysiąść z autobusu, bo kierowca ruszy, nie patrząc w lusterko”.

Dziś może już bym tak nie pisała. A może jednak i bym pisała. Przecież ten świat rzeczywiście trochę taki jest. Byłam w Zabajkalsku i wiem, że Stasiuk, opisując go, miał całkowitą rację. Można nie pisać tylko o pijakach i bomżach, zamiast wywiadów z Władimirem Putinem, albo z tęskniącymi za byłą radziecką potęgą babuszkami, robić wywiady z twórcą Yandexu czy z młodymi, wykształconymi „takimi jak my”. Ale, jak to mówią, co się zobaczyło, tego się nie odwidzi. Znowu przypominał mi się fragment ze Stasiukowego Wschodu: „W głównej hali na tym dolnym poziomie, gdzie jest bar z jedzeniem i babami w czepcach i z warząchwiami w rękach, w kącie przy kiblach siedział ochroniarz cały na czarno. Siedział i charał na podłogę. Zbierał i wypluwał sobie między nogi. Proszę się odwalić – nie jestem antyrosyjski. Tak po prostu było pięć minut po lądowaniu, gdy szukałem drogi na Szeremietiewo 1”.

Też się śmiałam z memów o tym, jak ktoś w Czelabińsku na widok deszczu meteorytów krzyczał: „O kurwa, meteoryt!”, a na to meteoryt wrzasnął: „O kurwa, Czelabińsk”. Też mnie bawiły wychwycone i rozpowszechniane przez „wrednych Ukrów” reportaże o fekalnym stalaktycie, czyli zamarzniętym na kość słupie gówna w jakiejś komunałce z rosyjskiej głubinki.

A przecież pamiętam, że Nowogród sam sobie wybierał władców, z którymi podpisywał rygorystyczny kontrakt, i to w czasach, gdy w Polsce ani tym bardziej w zachodniej Europie nikomu się nie śniło o elekcyjnych władcach.

Chyba nie ma na to rady. Zawsze będziemy się nawzajem orientalizować. Francuzi Niemców, Niemcy nas, my Ukraińców, Białorusinów i Rosjan, a Rosjanie Czukczów, Tadżyków czy Uzbeków. Warto być tylko tego świadomym. Nigdy za wiele „krytycznej refleksji nad dominującym mitem”. Tu trudno się z Balcerem nie zgodzić.

 

Ludwika Włodek jest reporterką i publicystką, adiunktem w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Wydała między innymi reportaże z Azji Środkowej Wystarczy przejść przez rzekę (Kraków 2014).

 

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze „Nowej Europy Wschodniej” (maj-sierpień/2017). W dyskusji o orientalizacji Wschodu przez polskich pisarzy i reporterów głos zabrali ponadto Adam Balcer, Przemysław Czapliński, Wojciech Górecki, Ziemowit Szczerek.

 

Fot. Svetlov Artem (cc by 3.0) commons.wikimedia.org


Powrót
Najnowsze

Rycerz w mitycznej skórze

11.12.2017
Jewhen Mahda
Czytaj dalej

„Białoruś: zmiany w polityce i nowe możliwości wpływu”

11.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Białoruskie antypody

08.12.2017
Karolina Słowik
Czytaj dalej

Rosyjskie kino w polskich miastach!

08.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Trzecia siła

04.12.2017
Serhij Szebelist z Połtawy
Czytaj dalej

Gra w Naddniestrze

30.11.2017
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu