Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Pozoruj i rządź
2017-05-15
Kamil Całus

Mołdawię czekają zmiany. Z pozoru będą one kontynuacją procesu eurointegracji. W rzeczywistości mają służyć umocnieniu władzy najpotężniejszego Mołdawianina Vlada Plahotniuka.


Mołdawski parlament przyjął w pierwszym czytaniu dwa projekty ustaw, które zmieniają system wyborczy. W najbliższych miesiącach Mołdawia przyjmie prawdopodobnie ordynację mieszaną, która zwiększy szanse szarej eminencji mołdawskiej polityki, Vlada Plahotniuka, na utrzymanie władzy po planowanych na koniec 2018 roku wyborach parlamentarnych. Po raz kolejny wsparcia Plahotniukowi udzielił jego formalny wróg, lider prorosyjskich Socjalistów, prezydent Igor Dodon.

 

Władza bez poparcia

Pod koniec roku 2015 Vlad Plahotniuc – oligarcha, najbogatszy i najbardziej wpływowy Mołdawianin oraz lider największej w koalicji rządzącej proeuropejskiej Partii Demokratycznej – stał się w tym niewielkim kraju kluczowym decydentem politycznym i gospodarczym. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy păpușar (z rumuńskiego lalkarz, władca marionetek – tak nazywają Plahotniuca jego przeciwnicy) efektywnie i spektakularnie wyeliminował swoich kluczowych rywali politycznych i biznesowych. Były premier Vlad Filat w czerwcu 2016 roku usłyszał wyrok dziewięciu lat więzienia za korupcję, a już w 2017 roku na osiemnaście lat więzienia za oszustwa finansowe na wielką skalę skazany został biznesman Veaceslav Platon. Mołdawski wymiar sprawiedliwości od lat uznaje się za wierny Plahotniukowi. Jednocześnie, po odsunięciu przeciwników, oligarcha podporządkował sobie większość parlamentarną, sformował posłuszny rząd na czele z wieloletnim zaufanym współpracownikiem Pavlem Filipem oraz rozszerzył zakres wpływów w aparacie państwowym o instytucje, które wcześniej kontrolowane były przez środowiska związane z aresztowanym Filatem (między innymi służby fiskalne i celne).

Od ponad dwóch lat poważnym problemem dla oligarchy pozostaje jednak fakt, że zarówno on, jak i jego ugrupowanie cieszą się bardzo niskim zaufaniem społecznym. Plahotniuc, który nie lubi prezentować się publicznie, a do niedawna prawie nie udzielał wywiadów, jest dla znacznej części Mołdawian postacią na poły mityczną i jednoznacznie złowrogą. Powszechnie kojarzy się go z głośnymi aferami korupcyjnymi, w tym z kradzieżą miliarda dolarów z mołdawskiego sektora bankowego pod koniec 2014 roku. Popularne są także plotki o mrocznej, kryminalnej przeszłości oligarchy. Wszystko to wpływa negatywnie na jego polityczne notowania. Wedle przeprowadzonego w kwietniu sondażu zaledwie niecały procent Mołdawian darzy go zaufaniem, zaś jego ciesząca się poparciem na poziomie 5 procent Partia Demokratyczna nie przekroczyłaby obecnie sześcioprocentowego progu wyborczego.

 

Gra o wyższą stawkę

Niskie poparcie dla oligarchy i jego ugrupowania sprawiało, że w mołdawskich kuluarach od dawna szeptano o prowadzonych przez Plahotniuka przygotowaniach do zmiany systemu wyborczego. Obecnie obowiązująca ordynacja proporcjonalna nie dawała jego partii żadnych szans w planowanych na koniec 2018 roku wyborach parlamentarnych, ale ordynacja większościowa lub przynajmniej mieszana zmieniłaby zupełnie zasady gry.

Po pierwsze, umożliwia ona wystawienie kandydatów Partii Demokratycznej jako formalnie niezależnych, a więc nieobciążonych jej niskimi notowaniami. Finansowe i medialne wsparcie udzielone nieoficjalnie tym kandydatom przez Demokratów dawałoby im spore szanse na zwycięstwo. Po drugie, system większościowy sprzyjałby także pojawieniu się w parlamencie faktycznie niezależnych posłów, których (łatwiej niż w przypadku członków dużych ugrupowań wybranych z list proporcjonalnych) można by nakłonić do stałej lub doraźnej współpracy z ugrupowaniem Plahotniuka. Po trzecie, przy dużej liczbie kandydatów startujących z jednego okręgu, zwycięzca potrzebuje znacznie mniej głosów niż w przypadku wyborów w systemie proporcjonalnym. W efekcie, konkurując ze znaczną liczbą kandydatów o niewielkim poparciu, zwyciężyć w danym okręgu może nawet polityk niepopularny, cieszący się kilkunastoprocentowym poparciem. Wreszcie po czwarte, w przypadku Mołdawii system większościowy faworyzuje duże i bogate ugrupowania, gdyż tylko one są w stanie prowadzić de facto 101 (liczba posłów w mołdawskim parlamencie) niezależnych kampanii wyborczych. Niewielkie i uboższe partie (w tym ugrupowania proeuropejskiej opozycji) nie są w stanie wesprzeć w sposób istotny wszystkich swoich kandydatów we wszystkich okręgach wyborczych.

Na początku marca plotki się potwierdziły, a sam Vlad Plahotniuc ogłosił, że jego ugrupowanie zamierza doprowadzić do zmiany systemu wyborczego na większościowy. Propozycja spotkała się z szerokim sprzeciwem opozycji, w tym Partii Socjalistów i prezydenta Igora Dodona. Dość szybko pojawiły się jednak opinie, że Plahotniuc w rzeczywistości zainteresowany jest systemem mieszanym (którego wdrożenie forsował już kilka lat wcześniej), a złożona przez niego propozycja ma tylko „podbić stawkę” i ułatwić uzyskanie satysfakcjonującego oligarchę rozwiązania. Głośno zaczęto też mówić, że pomysł zmiany systemu został zawczasu uzgodniony z Dodonem, który już wcześniej, mimo oficjalnie deklarowanej wrogości wobec rządzącej większości, wielokrotnie wspierał Plahotniuka. Błyskawicznie zorganizowano zbiórkę (której uczciwość poważnie kwestionowano) 800 tysięcy podpisów osób popierających zmianę ordynacji wyborczej. W całym kraju zawisły bilbordy nawołujące do poparcia reformy, a w radiu i telewizji pojawiły się spoty informacyjne. Zamówione przez Demokratów sondaże wskazywały na powszechne poparcie dla pomysłu zmiany systemu wyborczego.

Wreszcie, 18 kwietnia prezydent Igor Dodon niespodziewanie opowiedział się za kompromisowym systemem mieszanym. Deklaracja Dodona była korzystna dla Plahotniuka: pominął żądania pozostałych przedstawicieli opozycji, którzy jednoznacznie sprzeciwiali się jakimkolwiek zmianom ordynacji. Od tej pory dyskutowano już tylko o tym, jaką reformę przyjąć, a nie czy należy to w ogóle robić.

Cała sytuacja miała jeszcze jeden plus: dzięki intrydze Plahotniuka mołdawskie władze stopniowo spełniały część warunków, które postawiła przed nimi Komisja Wenecka. Uzależniła ona przychylną opinię o reformie systemu wyborczego między innymi od wprowadzenia jej najpóźniej na rok przed wyborami, przeprowadzenia szerokich konsultacji społecznych oraz powszechnego konsensusu. Pierwszy wymóg, czasowy, nie stanowił problemu, ponieważ wybory planowane są dopiero na koniec 2018 roku. Podpisy i sondaże dowodziły istnienia konsensusu w społeczeństwie, a akcja informacyjna i działania w przestrzeni medialnej pozorowały konsultacje.

Wreszcie, 5 maja mołdawski parlament ku ogólnemu zaskoczeniu przegłosował w pierwszym czytaniu dwa projekty: zarówno projekt reformy zakładającej przejście na system większościowy, jak i tej przewidującej wprowadzenie systemu mieszanego (przy czym projekt Socjalistów Dodona poparli także... Demokraci Plahotniuka). Po głosowaniu zarządzono przerwę dla komisji prawnej parlamentu, która po niedługim posiedzeniu ogłosiła połączenie obydwu projektów w jeden. Dodatkowym kuriozum był fakt, że za podstawę nowego dokumentu postanowiono przyjąć projekt Socjalistów, który wcześniej, tego samego dnia, ta sama komisja oceniła negatywnie. W rezultacie Plahotniuc nie tylko uzyskał wstępnie to, o co walczył od początku (a więc system mieszany), ale, co więcej, zrobił to w taki sposób, by utrudnić instytucjom zachodnim krytykę reformy. Wspólne głosowanie Demokratów i Socjalistów nad projektem ustawy o systemie mieszanym spełniało bowiem ostatni warunek Komisji Weneckiej: szeroki konsensus polityczny.

 

Pozorni wrogowie

Poparcie Dodona dla reformy systemu wyborczego jest kolejnym w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy dowodem współpracy, a nawet podporządkowania się prezydenta Plahotniukowi. Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że Dodon odniósł zwycięstwo – przeforsował własny projekt – to jego nowela jest dla niego i jego ugrupowania niekorzystna. Socjaliści cieszą się w społeczeństwie mołdawskim bardzo wysokim poparciem i korzystając z obecnego systemu proporcjonalnego mogą liczyć na niemal połowę głosów mołdawskiego elektoratu. Co więcej, brak reformy mógłby doprowadzić do kompletnej eliminacji Demokratów z parlamentu po roku 2018. Racjonalną decyzją polityczną byłoby więc stanowcze sprzeciwienie się reformie i połączenie sił z domagającą się zachowania obecnej ordynacji opozycją. Mimo to Dodon, po raz kolejny, zdecydował się wesprzeć Plahotniuka.

Współpraca obydwu polityków ma długą historię. Dość wspomnieć kilka przykładów. Pierwszym było zaskakujące wyjście Dodona oraz kilku innych posłów z Partii Komunistów oraz ich poparcie kandydatury Nicolaie Timoftiego na stanowisko prezydenta w roku 2012, które uratowało ówczesną proeuropejską koalicję rządzącą (w jej skład wchodziła Partia Demokratyczna Plahotniuka) przed przedterminowymi wyborami. Dwa lata później, w roku 2014, dzięki kontrowersyjnej decyzji kontrolowanego przez Plahotniuka mołdawskiego wymiaru sprawiedliwości, partia Patria Renato Usatego – innego bardzo popularnego wówczas mołdawskiego opozycjonisty o prorosyjskich poglądach – nie została dopuszczona do wyborów parlamentarnych. Odsunięcie tego charyzmatycznego i cieszącego się autentyczną sympatią wyborców polityka na boczny tor umożliwiło Dodonowi spektakularną karierę: obecny prezydent był w stanie przejąć znaczną część zorientowanego na Moskwę elektoratu, a jego Partia Socjalistów stała się po wyborach największym ugrupowaniem w parlamencie. Jednocześnie popularność zmarginalizowanego Usatego zaczęła powoli spadać. Ostatecznie polityk ten został przed kilkoma miesiącami oskarżony przez mołdawską prokuraturę o zlecenie morderstwa. Obecnie więc – mimo że formalnie od 2015 roku piastuje stanowisko mera Bielc, drugiego co do wielkości mołdawskiego miasta – ukrywa się przed śledczymi w Rosji, której jest obywatelem. Nie trzeba dodawać, że choć Dodon oficjalnie sprzeciwia się prześladowaniu Usatego, to w praktyce jest z tego rozwiązania bardzo zadowolony. Kolejne przykłady współpracy Plahotniuka i Dodona można mnożyć. Głosy socjalistów umożliwiły mołdawskiemu oligarsze pod koniec 2015 roku – już po aresztowaniu Filata – odwołanie premiera Valeriu Streleta, poplecznika byłego szefa rządu, co umożliwiło utworzenie wiernego Plahotniukowi gabinetu Pavla Filipa. Wreszcie, aparat medialny i partyjny oligarchy wyraźnie wspierał kandydaturę Igora Dodona podczas wyborów prezydenckich w końcu 2016 roku – tak by nie dopuścić do zwycięstwa opozycyjnej i antysystemowej Mai Sandu.

Obydwaj politycy dbają przy tym o zachowanie pozorów, że są oponentami.

 

W obronie systemu

Błędnym byłoby twierdzenie, że Plahotniuc w pełni kontroluje Dodona. Mimo ogromnej przewagi sił i zasobów (zarówno politycznych, medialnych, jak i finansowych) lidera Demokratów, Dodon zachowuje pewną swobodę działania, jednak nie narusza interesów oligarchy. Dzieje się tak z co najmniej kilku powodów.

Pierwszym jest wyraźna wspólnota interesów. Zarówno Dodon, jak i Plahotniuc dążą do zablokowania ewentualnych reform, a co za tym idzie – do utrzymania obecnego systemu, w ramach którego uczestniczący w nim aktorzy mogą sprawować bezpośrednią kontrolę nad dochodowymi przedsiębiorstwami należącymi do skarbu państwa oraz instytucjami państwowymi zapewniającymi im i ich interesom bezpieczeństwo (sądownictwo, policja) oraz korzyści finansowe (służby fiskalne, celne i temu podobne). Obecny system umożliwia także wysokiej rangi politykom czerpanie zysków między innymi ze szczególnie dochodowych w przypadku tranzytowej Mołdawii schematów przemytniczych.

Symulowanie wielkiej ideologicznej batalii między siłami „prorosyjskimi” (pod egidą Dodona) i „proeuropejskimi” (którym przewodzi Plahotniuc) służy właśnie realizacji tego celu. Prezydent Mołdawii ostentacyjnie podkreśla swoją opozycyjność wobec formalnie proeuropejskich władz i demonstruje głęboką sympatię wobec Moskwy. Raz w miesiącu odwiedza Rosję, regularnie spotyka się z Władimirem Putinem i nie szczędzi wysiłków mających na celu zbliżenie, a docelowo włączenie swego kraju do lansowanej przez Rosję Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej. Im bardziej ostentacyjne są gesty Dodona wobec Kremla, tym ostrzej reaguje na nie mołdawski rząd. Padają mocne deklaracje, obie strony obrzucają się oskarżeniami. Walka ta wypełnia ramówki głównych programów telewizyjnych, omawiana jest na pierwszych stronach najpoczytniejszych gazet i portali internetowych. Tak intensywny i niezwykle medialny spór między rządem i Partią Socjalistów marginalizuje całą antysystemową opozycję (zarówno tą opowiadającą się za współpracą z UE, jak i z Moskwą), która nie jest w stanie przebić się do głównego nurtu. W ten sposób scena polityczna ulega petryfikacji. Co więcej, stałe podgrzewanie podziałów geopolitycznych jest wygodne dla Plahotniuka także dlatego, że ułatwia nakłonienie nieufających mu wyborców do popierania go w imię powstrzymania ugrupowań prorosyjskich. Wreszcie, demonstracyjnie prorosyjski Dodon stanowi świetny „straszak”, którym Plahotniuc stara się przekonać zachodnich partnerów (szczególnie UE i USA), że ci muszą go popierać, gdyż tylko on – jako skuteczny polityk dysponujący znacznym zapleczem medialnym i finansowym – może uchronić kraj przed dojściem do władzy sił prorosyjskich. Taka narracja Plahotniuka jest także bardzo wygodna dla tych polityków zachodnich, którzy świadomi faktycznych interesów oligarchy i jego rzeczywistego stosunku do reform wspierają go ze względów geopolitycznych, a nie ideologicznych.

 

Ryzykowna wolność

Czy jednak Dodon, którego ugrupowanie cieszy się obecnie w sondażach niemal dziesięciokrotnie większym poparciem niż Partia Demokratów, nie chce lub nie może podjąć otwartej walki z Plahotniukiem o kontrolę nad Mołdawią? Wydaje się, że byłaby to z jego punktu widzenia zbyt ryzykowna rozgrywka. Choć faktycznie stoi za nim większość elektoratu, to rzucenie rękawicy najbogatszemu Mołdawianinowi, kontrolującemu wymiar sprawiedliwości, policję i służby mogłoby skończyć się dla Dodona tak, jak podobna rywalizacja skończyła się dla byłego premiera Filata. Plahotniuc znany jest z upodobania do kolekcjonowania materiałów kompromitujących swoich przeciwników politycznych i biznesowych. Należy przyjąć, że przez lata wzajemnej współpracy oligarcha zgromadzić takie haki także na Dodona. Przeciwko obecnemu prezydentowi Plahotniuc mógłby „wytoczyć” poza tym cały aparat sądowniczy i nawet jeśli Dodon nie zostałby skazany, to prawdopodobnie uderzyłoby to bardzo poważnie w jego wizerunek. Nie wykluczone także, że w razie konfliktu Plahotniuc umożliwiłby powrót do kraju Usatemu lub wsparł powstanie nowej formacji prorosyjskiej, rywalizującej z Partią Socjalistów.

Obecny układ, choć nie jest dla prezydenta idealny, może być przez niego postrzegany jako najlepszy z obecnie możliwych. Jako lider opozycji i głowa państwa nie jest on de facto rozliczany z obietnic wyborczych i może skupić się przede wszystkim na działaniach o charakterze wizerunkowym oraz krytyce władz. Jednocześnie czerpie korzyści płynące ze współpracy z Plahotniukiem. I choć nie należy wykluczać, że ambicje Dodona sprawią, iż kiedyś spróbuje on uniezależnić się od dzisiejszego hegemona, to póki co nic na to nie wskazuje.

 

Kamil Całus jest ekspertem ds. Mołdawii, analityk Ośrodka Studiów Wschodnich, stały współpracownik NEW.

Fot. Saeima (cc by-sa 2.0) commons.wikimedia.org


Powrót
Najnowsze

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

Palone mosty

10.11.2017
Michał Potocki
Czytaj dalej

Utopia, modernizacja, terror – 100 lat po Październiku 1917

09.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Cel: Putin 4.0

08.11.2017
Karol Bijoś
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu