Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Skandal „rakietowy”?
2017-08-18
Paweł Kost, Mychajło Samus

New York Times” i prestiżowy londyński ośrodek wskazują na ukraiński ślad w sprawie zdobycia przez Koreę Północną silników do rakiet balistycznych. Prawdopodobnie to atak informacyjny. Paradoksalnie – dla Kijowa to szansa.

Prestiżowy Międzynarodowy Instytut Badań Strategicznych w Londynie opublikował kilka dni temu komentarz swojego eksperta do spraw obrony przeciwrakietowej Michaela Ellemana – dotyczył on niespodziewanych sukcesów Korei Północnej w zakresie prób rakietowych. Brytyjczyk Elleman to uznany specjalista, w latach 1995–2001 był kierownikiem Kooperatywnego Programu Zmniejszania Zagrożeń – amerykańskiego programu pomocy finansowej dla państw WNP borykających się z „bagażem” broni jądrowej. W jego ramach zajmował się demontażem radzieckich międzykontynentalnych rakiet balistycznych na terytorium Rosji.

W komentarzu Ellemana czytamy, że sam Pjongjang nie był technologicznie gotowy do przeprowadzenia takich prób rakiet balistycznych, co jednoznacznie świadczy o pozyskaniu przez niego dostępu do silników rakietowych z zewnątrz. Badacz wysuwa hipotezę, że silniki trafiły w ręce reżimu Kim Dzong Una z Rosji lub Ukrainy – poprzez transakcję na czarnym rynku, do której miało dojść w ciągu ostatnich dwóch lat.


Ukraiński ślad

Według Ellemana producentem silników mogły być rosyjskie zakłady Energomasz w Chimkach pod Moskwą lub ukraińskie Piwdenmasz (wraz z Biurem Konstruktorskim Piwdenne) z Dnipro (dawniej Dniepropietrowsk). Ekspert wysuwa hipotezy na podstawie zdjęć z prób rakietowych, które udostępnił Pjongjang. Skłania się on jednak do wersji o ukraińskim śladzie.

Elleman wyklucza możliwość udziału władz Ukrainy bądź Rosji w transakcji i twierdzi, że były to dostawy nielegalne. Za taką wersją przemawiać ma zła kondycja finansowa zakładów w Dnipro oraz ich pracowników – w tym ochrony, szczególnie podatnej na pokusę nielegalnego zarobku. Badacz przypomina także incydent z 2012 roku, gdy dwóch północnokoreańskich szpiegów trafiło do ukraińskiego więzienia za próby pozyskania dostępu do dokumentacji zakładów w Dnipro (inna sprawa, że przypadek ten raczej przeczy hipotezie Ellemana o ukraińskim śladzie, niż ją potwierdza).

Na tym jednak nie koniec rakietowo–medialnego szumu wokół Ukrainy. W dniu publikacji materiału Ellemana „New York Times” opublikował materiał na ten sam temat. Autorzy tekstu w NYT nieco zmodyfikowali wnioski eksperta, choć podkreślili, że ich materiał powstał w oparciu o „opracowanie” Ellemana. Już sam tytuł artykułu – Sukces rakietowy Korei Północnej jest związany z ukraińskim zakładem, twierdzą badacze – pokazuje, na co położyli nacisk dziennikarze. W ich narracji zniknął niemal całkowicie ślad rosyjski, a jednoznacznym winowajcą nielegalnych dostaw stał się Kijów. Według dziennikarzy Ukraina od czasów Majdanu jest pogrążona w porewolucyjnym chaosie, a Dnipro jest najszybciej kurczącym się miastem na świecie. W swoich ocenach powołują się także na „dane wywiadu amerykańskiego”. Jeśli do tekstu brytyjskiego specjalisty pasuje określenie „analityka przypuszczeń” lub „hipotez” (tekst Ellemana należy uznać co najwyżej za zbiór hipotez lub przypuszczeń, które nadszarpują reputację specjalisty), to materiał w NYT należy określić jako „manipulację hipotezami”.


Nieścisłości

Wersja o ukraińskim śladzie dostaw silników do Korei Północnej nie wytrzymuje krytyki.

Po pierwsze, Ukraina (w tym dniprowskie zakłady) od 1998 roku jest objęta mechanizmami Reżimu Kontroli Technologii Rakietowych (Missile Technology Control Regime – MTCR) – zrzeszenia państw kontrolujących eksport broni masowego rażenia i technologii. Członkostwo w nim nakłada na Ukrainę restrykcyjne obowiązki w zakresie kontroli eksportu technologii, więc także sposobu ochrony obiektów strategicznych. Od momentu podpisania MTCR Kijów nigdy nie usłyszał żadnych zastrzeżeń wobec sposobu implementacji jej wymogów, a ukraińskie obiekty podlegają regularnym kontrolom. W tekście Ellemana jest mowa o tym, że „dokładna liczba wyprodukowanych w Rosji i na Ukrainie silników jest nieznana”, choć dokumentacja procesów produkcyjnych jest prowadzona wyjątkowo rzetelnie. Na oderwaną od realiów wygląda też inna wypowiedź specjalisty, którą wygłosił w wywiadzie dla Voice of America i w której mówi o „przedmiotach [silnikach – przyp. aut.], których więcej nie wykorzystywano. Dlatego ich ochrona nie była priorytetowa”. W świetle członkostwa Ukrainy w MTCR obydwie tezy brzmią co najmniej niepoważnie.

Po drugie, w ciągu ostatnich dwóch latach Ukraina dokonała znaczącego postępu w zakresie integracji z Europejską Agencją Kosmiczną. Podobny progres byłby niemożliwy bez przestrzegania ogólnie przyjętych zasad bezpieczeństwa na obiektach przemysłu kosmicznego Ukrainy.

Po trzecie, Ukraina zaprzestała produkcji silników, o których mowa, w 2001 roku, gdy po raz ostatni dostarczyła je na potrzeby programu kosmicznego Federacji Rosyjskiej Cyklon–2 i Cyklon–3. Jedynym silnikiem produkowanym na Ukrainie seryjnie w ostatnich latach były te dostarczane do Włoch na potrzeby rakiet Vega – nie nadają się one jednak do użycia w rakietach balistycznych.

Po czwarte, w tekście Ellemana brakuje jakichkolwiek faktów, dowodów czy zeznań świadków lub uczestników rzekomej transakcji. Jeśli sprzedaż tajnej technologii rzeczywiście miała miejsce, to powinna po sobie pozostawić masę śladów: transfery pieniędzy, dokumenty finansowe, pośredników, kompanie z rajów podatkowych, firmy transportowe i nazwy środków transportu. Dziś niemożliwym jest ukrycie takiej masy śladów, tym bardziej w przypadku delikatnego towaru, który rzekomo dostarczono do państwa tak pilnie obserwowanego przez najważniejsze służby świata.

Po piąte, zwracają uwagę niepoważne jak na cieszącego się dobrą reputacją eksperta sformułowania. Pisze on: „Trudnym do ustalenia jest kiedy i skąd silniki RD–250 mogły być dostarczone do Korei Północnej”. Skoro tak, to czyż ekspert w ten sposób nie zaprzecza samemu sobie wysuwając śmiałą hipotezę o śladzie ukraińskim?

Po szóste, autor wyolbrzymia problem kryzysu w zakładach w Dnipro, a z problemów przedsiębiorstwa czyni jedną z głównych poszlak mających świadczyć o ukraińskich śladzie. Jednocześnie poszlaką wskazującą na rosyjski ślad nie są dla eksperta przytoczone przez niego samego rosyjskie zdolności technologiczne, „wielość kontaktów Pjongjangu w Rosji, w tym sieci nielegalnych” czy interesy geopolityczne. Reputację Ellemana nadszarpują także wypowiedzi we wspomnianym wywiadzie dla Voice of America. Twierdzi w nim na przykład: „na podstawie wiedzy, którą posiadam – a bardzo dużo pozostaje mi nieznanym – jest bardziej prawdopodobnym, że technologie dotarły raczej z Ukrainy aniżeli z Rosji”.

Po siódme wreszcie, Elleman buduje swoją teorię o „postsowieckim pochodzeniu silnika” w oparciu o zdjęcia rakiet udostępnionych w materiale wideo przez Koreę Północną.


Szansa dla Kijowa

Z uwagi na przytoczone powyżej argumenty można stwierdzić, że cała sytuacja nosi znamiona ataku informacyjnego na Ukrainę. Autor tekstu bez poważnych przesłanek przenosi uwagę na ślad ukraiński z rosyjskiego całkowicie zapominając o ewentualnym śladzie chińskim. Dziwi łatwość, z jaką Elleman obstaje przy wersji ukraińskiej. Tym bardziej, że specjalista miał dotąd dość nienaganną reputację, dlatego, kto jak kto, ale Elleman powinien był wiedzieć, że takich silników w Federacji Rosyjskiej może się znajdować nawet dwadzieścia – te szacunki przytoczył na specjalnej konferencji prasowej p.o. szefa Narodowej Agencji Kosmicznej Ukrainy Jurij Radczenko.

Celem tego prawdopodobnego ataku informacyjnego na Kijów może być próba obarczenia odpowiedzialnością Ukrainy za sukcesy Pjongjangu. Logika podpowiada, że inicjatorem tych zabiegów jest Moskwa: tym bardziej, że próba wywołania skandalu nastąpiła w momencie wyraźnej aktywizacji w relacjach amerykańsko–ukraińskich, a także rozmów o dostawach broni nad Dniepr. Taktycznym celem może być niedopuszczenie do skutecznych prac specjalnego przedstawiciela USA Kurta Walkera. Dla Kremla taka operacja teoretycznie może też mieć na celu złagodzenie sankcji nałożonych przez Zachód na Rosję. Wreszcie, o wysokim prawdopodobieństwie ataku informacyjnego świadczy absurdalna publikacja w NYT.

Trudno jednak uwierzyć, że znany ekspert i dziennikarze renomowanej gazety mogli zostać zmanipulowani przez służby rosyjskie lub tym bardziej otwarcie z nimi współpracować. O ile na tle pogoni za sensacją i wzrostu dynamiki funkcjonowania mediów przypadki nierzetelnych prac dziennikarzy zdarzają się coraz częściej, o tyle trudniej wyjaśnić komentarz specjalisty – nawet jeśli w biografii Ellemana są rosyjskie wątki (jak ten związany z kilkuletnią działalnością w Rosji, gdy specyfika pracy zmuszała do kontaktów z przedstawicielami tamtejszego sektora bezpieczeństwa). Zdecydowanie niewystarczającymi do takich oskarżeń są też eksponowana przez niego w sieciach społecznościowych wyraźna sympatia do Rosji czy fakt, że małżonka Ellemana jest Rosjanką. Wartym uwagi jest za to sposób finansowania Instytutu, w którym pracuje specjalista. Instytut informuje, że środki na funkcjonowanie NGO pochodzą od „rządów, firm prywatnych, fundacji i od bogatych osób”. Liczba sponsorów jest imponująca – od rządów i ministerstw, przez duże organizacje międzynarodowe i koncerny do mniej znanych firm. Być może zatem interesującym byłaby informacja na temat sponsorów tego konkretnego badania, które narobiło tyle szumu.

O tym, że ukraińska „zbrojeniówka” zawsze była w centrum uwagi wojen informacyjnych, pisaliśmy na łamach „Nowej Europy Wschodniejniejednokrotnie. Był już skandal „kolczugowy”, dlaczego zatem nie może być rakietowego? Przypomnijmy tylko, że żadne zarzuty wobec ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego nie znalazły nigdy potwierdzeń: pomimo szczegółowych śledztw. Nikt jednak nie zdobył się na oficjalne przeprosiny pod adresem Kijowa.

Obecne próby wywołania skandalu nie wyglądają jednak na poważne. Pierwsze reakcje świadczą o tym, że był to atak nieudany. Chyba że Elleman lub inni specjaliści niebawem opublikują kolejną porcję „sensacji”, które będą zawierały jakieś dowody. Paradoksalnie, dla Kijowa to szansa na przejście do ataku na arenie światowej. Publiczne i szeroko nagłośnione śledztwo międzynarodowe mogłoby nie tylko zmyć te oskarżenia, ale także skierować uwagę świata na bardziej prawdopodobnych winowajców.


Mychajło Samuś jest zastępcą dyrektora Centrum Badań nad Armią, Konwersją i Rozbrojeniem w Kijowie.

Paweł Kost jest członkiem Rady Ekspertów Centrum Badań nad Armią, Konwersją i Rozbrojeniem w Kijowie. Współpracownik „Nowej Europy Wschodniej”.

Fot. Kok Leng Yeo (cc by 2.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Paweł Kost
Polecamy inne artykuły autora: Mychajło Samus
Powrót
Najnowsze

Rycerz w mitycznej skórze

11.12.2017
Jewhen Mahda
Czytaj dalej

„Białoruś: zmiany w polityce i nowe możliwości wpływu”

11.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Białoruskie antypody

08.12.2017
Karolina Słowik
Czytaj dalej

Rosyjskie kino w polskich miastach!

08.12.2017
NEW
Czytaj dalej

Trzecia siła

04.12.2017
Serhij Szebelist z Połtawy
Czytaj dalej

Gra w Naddniestrze

30.11.2017
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu