Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Rozważania językoznawcy
2017-10-24
Andrzej Pisowicz

Dlaczego nie wykształciła się jednowyrazowa forma Radziecjanin? Powinno się mówić Ormianin czy Armeńczyk? Azer czy Azerbejdżanin?

Uwagi językoznawcy-orientalisty do nazw etnicznych rozpocznę od wspomnienia dwu meczów piłkarskich, które w październiku 2017 roku rozegrała polska reprezentacja w ramach eliminacji do mistrzostw świata (Rosja 2018). Pierwszy miał miejsce 5 października w Erywaniu, gdzie studiowałem filologię ormiańską w latach 1961-63. Nie mogłem więc nie zareagować, gdy sprawozdawca telewizyjny mówiąc, że przeciwnikami naszej drużyny są Armeńczycy, dodał mniej więcej taki komentarz: „tak się powinno mówić, sprawdzałem przed meczem”. Mile mnie zaskoczyło, że ów dziennikarz zadbał o poprawność używanej formy.

Ale tuż po meczu Kuba Błaszczykowski udzielając wywiadu polskiemu dziennikarzowi na murawie erywańskiego stadionu (po triumfie naszej drużyny, która pokonała Armeńczyków [?] różnicą aż pięciu bramek) mówił o Ormianach, a nie Armeńczykach. No i się zaczęło!

 

O Armeńczykach

W następnych dniach doszły mnie słuchy, że wypowiadali się na temat tych nazw nie tylko poloniści (ja posłałem e-maile do profesorów: Jana Miodka i Andrzeja Markowskiego), ale też wielu internautów.

W Słowniku języka polskiego, tom I, A – Gar (Biblioteka Gazety Wyborczej, Wydawnictwo Naukowe PWN, redaktor naczelny: Mirosław Bańko, Warszawa 2007) pod hasłem Armeńczyk czytamy: „Armeńczyk to obywatel Armenii”; i dalej: „armeńskie jest to, co dotyczy Armenii [np.] nowe dzienniki armeńskie”. Chodzi zatem o związek z terytorium i państwem (a nie z ludźmi, którzy mogą się przemieszczać).

Jako filolog-armenista muszę się wypowiedzieć po raz kolejny (w roku 2000 opublikowałem artykuł Polish names of Armenians: Ormiańczyk… Kabzan w czasopiśmie „Studia Etymologica Cracoviensia”). Otóż stwierdzam w polszczyźnie w tym przypadku istnienie przysłowiowego embarras de richesse („kłopotu z wyborem”). Bo od połowy XIV wieku mieszkają w Polsce przybyli z Armenii (poprzez Krym)… Ormianie. Obchodzimy w tym roku jubileusz 650-lecia ich oficjalnej obecności w naszym państwie.

Owi Ormianie, których potomkowie zachowali świadomość swego pochodzenia i charakteryzują się aż do dziś nazwiskami typu: Abgarowicz, Krzeczunowicz, Mojzesowicz (a także: Krzysztofowicz, Łukasiewicz i tak dalej), przybyli do Polski w czasie, gdy naszym przodkom kłopot sprawiała wymowa samogłoski „a” na początku wyrazu. Niemieckie imię Albrecht było przez renesansowych Polaków wymawiane: Olbracht, litewski Algirdas stał się Olgierdem. No i łacińska forma Armenus dała początek formie Ormianin.

Naród jest ten sam, ale jego nazwa uległa rozdwojeniu. Językoznawcy wpadli na pomysł, by to wykorzystać dla zróżnicowania dwóch pojęć: obywatel państwa to Armeńczyk, a Ormianin to pojęcie etniczne niezwiązane ani z obywatelstwem, ani z konkretnym terytorium (znaczna część Ormian żyje w rozproszeniu: od Bliskiego Wschodu aż po Amerykę).

Uważam to rozróżnienie za niepotrzebne. Przecież nie mamy odrębnych pojedynczych wyrazów dla określania obywatela Rzeczypospolitej Polskiej w przeciwieństwie do etnonimu (Polak jako przedstawiciel narodu polskiego bez względu na jego miejsce zamieszkania w kraju czy za granicą). Tak samo: Niemiec, Francuz i tak dalej. To są pojęcia etniczne. Gdy zachodzi potrzeba rozróżnienia kategorii obywatelstwa (w sprawach administracyjnych, sądowych i temu podobne) mówimy: obywatel Polski, obywatel Francji i tak dalej (albo przymiotnikowo: obywatel polski, francuski i tak dalej).

A doktor Piotr Doroszewski z Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego idąc tropem słowników w swym artykule internetowym zatytułowanym: Czy przymiotnikiem od nazwy „Armenia” jest „armeński” czy „ormiański”? podaje przykład: „ludność armeńska, niekoniecznie pochodzenia ormiańskiego” (taki zapis widzę dnia 10 października 2017 roku). „Ludność” to oczywiście określenie mniej drażliwe niż „naród”, ale i tak, moim zdaniem, jego użycie kłóci się w tym przypadku z praktyką. Nie przypominam sobie, by użytkownicy języka polskiego używali terminu „ludność armeńska” mając na myśli, prócz Ormian, mieszkających w Armenii Kurdów czy, tym bardziej, Azerów (o których będzie mowa za chwilę).

Porównajmy bliższy nam geograficznie materiał. Polacy (a także Turcy) mieszkający na terenie Niemiec należą owszem do grupy, którą można określić jako „ludność Niemiec” (pojęcie geograficzne: ludność mieszkająca na terenie państwa niemieckiego), ale nie należą do „ludności niemieckiej” (pojęcie etniczne).

A teraz – Azerbejdżan (termin dopiero w 1918 roku przeniesiony z Iranu na tereny leżące na północ od rzeki Araks, podbite przez Rosję na początku XIX wieku). W cytowanym wyżej Słowniku języka polskiego (tom I) czytamy: „Azer to ktoś, kto pochodzi z Azerbejdżanu”. Proszę to powiedzieć Ormianinowi, który uciekł z życiem po pogromach w Baku z końca lat osiemdziesiątych XX wieku. Może się to źle skończyć. Tak samo Rosjanin z Baku (jest taka grupa etniczna) zaprotestuje przed nazywaniem go Azerem. Powie: ja bakinskij russkij. Następne hasło tegoż słownika (na tej samej stronie) podaje definicję: „Azerbejdżanin to obywatel Azerbejdżanu”.

Moim zdaniem mamy tu do czynienia z tworzeniem niepotrzebnych pseudo-bytów i mieszaniem różnych kategorii. Inaczej niż w przypadku pary etnonimów Armeńczyk (tak pisał Juliusz Słowacki w Królu-Duchu: „Ja Her Armeńczyk”)–Ormianin (ta sama nazwa tylko silniej spolonizowana), forma Azer to tylko skrót formy Azerbejdżanin. Nic więcej!

 

Nie dać się zwariować

Drugi mecz polskich piłkarzy z tego samego tygodnia (Polska–Czarnogóra, 8 października, Polacy wygrali 4:2) znów dał materiał do językowych rozważań. Jak mnie poinformował profesor Andrzej Markowski, przewodniczący Rady Języka Polskiego PAN, słowniki języka polskiego podają następujące rozróżnienie: Czarnogórzanin to obywatel Czarnogóry, a Czarnogórzec – przedstawiciel narodu zamieszkującego ten kraj. Tu już sprawozdawca telewizyjny nie zadbał o poprawność „słownikową” i mówił, że po boisku biegają – Czarnogórcy (kryterium etniczne). Stoję po jego stronie i zapytuję: kto w Polsce (poza wąską grupą specjalistów) rozróżnia obywatela Czarnogóry od przedstawiciela odpowiedniego narodu?

Sprawa ta zahacza skądinąd o problem tak zwanej poprawności politycznej, która (w tym przypadku zupełnie sensownie) zaleca wstrzymywanie się od „grzebania” ludziom w ich dokumentach pod kątem szukania etnicznych korzeni. A skrupulatny sprawozdawca sportowy winien przecież, chcąc wyrażać się poprawnie pod względem językowym, „prześwietlić” piłkarzy, w tym przypadku Czarnogóry, pod względem pochodzenia etnicznego, żeby stwierdzić, czy są oni rzeczywiście w komplecie etnicznymi Czarnogórcami czy „tylko” Czarnogórzanami (to jest obywatelami państwa o nazwie Czarnogóra).

W Czarnogórze mieszkają akurat Czarnogórcy i Albańczycy. Więc może po słowiańskich nazwiskach (na -ić) dałoby się tych pierwszych odróżnić od drugich. Ale Czarnogórcy, jak podaje leksykon PWN Ludy i języki świata (Warszawa 2000), „mieszkają także w Serbii”. I od Serbów nie różnią się ani językiem, ani wyznaniem (oba narody są tradycyjnie prawosławne). A więc sprawozdawca meczu, w którym grałaby po jednej stronie drużyna Serbii, winien (teoretycznie) prosić organizatorów meczu o informacje na temat pochodzenia poszczególnych piłkarzy, by wyłowić wśród Serbów ewentualnego Czarnogórca. Dochodzimy do absurdu! Na szczęście sprawozdawca telewizyjny meczu Polska–Czarnogóra nie dał się zwariować i używał nazwy etnicznej, a nie sztucznej „administracyjnej”.

 

Niebezpieczne skojarzenia

Istnienie dubletów: obywatel kraju–przedstawiciel narodu (czy grupy etnicznej) ma sens tylko w odniesieniu do państw wielonarodowych (!). A więc na przykład Irańczycy to obywatele Iranu bez względu na to, czy są etnicznymi Persami czy nie. Persowie są dominującą ludnością Islamskiej Republiki Iranu, obok Kurdów (którzy mieszkają w dużych skupiskach aż w czterech krajach), Beludżów (w dwóch krajach), Azerów (podobnie) i wspomnianych już Ormian, którzy w północno-zachodnim Iranie są „u siebie w domu”: na swych historycznych południowo-wschodnich kresach.

Trochę tu „wchodzi w paradę” termin „narody mówiące językami irańskimi (z grupy indoeuropejskiej spokrewnionej z językami indo-aryjskimi), do których należą między innymi Persowie i Tadżycy, Kurdowie, Beludżowie i kaukascy Osetyjczycy.

Krajem par excellence wielonarodowym (wręcz, jak mówiono ironicznie, wylęgarnią narodów) był Związek Radziecki. Jeszcze za czasów Lenina (zmarł w 1924 roku) podniesiono do rangi narodów (by móc się chlubić ich wielką liczbą) różne grupy etniczne pozostające na poziomie grup plemiennych.

W Polsce nastąpiła fatalna dla władz komunistycznych komplikacja językowa. W okresie międzywojennym mówiło się zwykle Związek Sowiecki, jako że oficjalna, choć skrócona, nazwa tego kraju w języku rosyjskim brzmiała: Sowietskij Sojuz (pełna nazwa: Sojuz Sowietskich Socialisticzeskich Riespublik, polski odpowiednik: Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, w skrócie: ZSRR). Ale przymiotnik „sowiecki” budził, ze zrozumiałych względów (wojna polsko-bolszewicka 1920 roku), negatywne konotacje. I stąd komuniści zakazali w Polsce używania tego terminu. Słyszeć go mogliśmy tylko z Radia Wolna Europa, BBC albo Głosu Ameryki. Cenzura skreślała przymiotnik „sowiecki” i wpisywała „radziecki”. Publicznie rzadko kto odważał się mówić „Związek Sowiecki”, bo to się mogło źle skończyć.

Podobnie było z nazwą ludności. Rzeczownik „Sowieci” (w sensie: obywatele ZSRR, bez względu na narodowość) był równie srogo w PRL-u tępiony jak przymiotnik „sowiecki”. Dziś mamy wolność, każdy mówi, jak chce: Związek Sowiecki albo Związek Radziecki. Jednak przy wspominaniu przeszłości wynurza się ciekawa sprawa. W polszczyźnie PRL-u nie było jednowyrazowego (!) terminu na oznaczenie „poddanych Stalina” (i jego następców). Tylko „wraże” radiostacje mówiły o „Sowietach”. W kraju trzeba było, w okolicznościach oficjalnych, pisać i mówić: obywatel ZSRR albo (bardziej „poetycko”) – obywatel Kraju Rad.

Aż by się prosiło tutaj o ukucie jednowyrazowej formy: Radziecjanin. Ale forma taka się nie pojawiła. Bo mówiąc o ZSRR trzeba było, niemalże, stać na baczność i wyrażać się z pełnym szacunkiem, któremu najlepiej służyła długa oficjalna nazwa: „obywatel Związku Radzieckiego”. Nawet w sprawozdaniach sportowych, które przecież nieraz wymagają pośpiechu, nie dało się „sportowca radzieckiego” albo „zawodnika Kraju rad” zastąpić jednym wyrazem. Bo „Rosjanin” to była tylko jedna z narodowości. Każdy wiedział, że na przykład słynna dyskobolka Nina Dumbadze była Gruzinką, a nie Rosjanką.

Żartem dodam, na zakończenie, prywatne podejrzenie, że ewentualny „Radziecjanin” mógłby się komuś skojarzyć z „Marsjaninem”, a to już byłby zupełnie niewłaściwy „odlot” (mówiąc dzisiejszym slangiem młodzieżowym).

 

Andrzej Pisowicz jest językoznawcą i tłumaczem, specjalizuje się w językach ormiańskim, perskim, osetyjskim i kurdyjskim. Autor i współautor m.in. książek Gramatyka ormiańska oraz Gramatyka kurdyjska Sorani. Wariant używany w Erbilu. W przeszłości pracował jako dyplomata w Iranie, wykładał na szeregu europejskich uczelni. W 2015 roku ukazał się wywiad-rzeka z Andrzejem Pisowiczem Na końcu języka (autorzy: Kornelia Mazurczyk i Zbigniew Rokita).

Fot. ParentingPatch (cc by-sa 3.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Andrzej Pisowicz
Powrót
Najnowsze

Żyliśmy jak ludzie wolni. Rozmowa z Siergiejem Kowalowem

17.11.2017
Marek Radziwon Siergiej Kowalow
Czytaj dalej

Nowe otwarcie?

15.11.2017
Antoni Radczenko
Czytaj dalej

Czeczeński stalinizm

13.11.2017
Artiom Filatow Elena Miłaszina
Czytaj dalej

Palone mosty

10.11.2017
Michał Potocki
Czytaj dalej

Utopia, modernizacja, terror – 100 lat po Październiku 1917

09.11.2017
NEW
Czytaj dalej

Cel: Putin 4.0

08.11.2017
Karol Bijoś
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu