Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Czeski paradoks
2018-01-16
Aleksander Kaczorowski

Wygląda na to, że prezydent Francji nie ma nic przeciwko samoizolacji Europy Środkowej, a może nawet uważa ją za warunek ścisłej integracji strefy euro i odrodzenia starej, dobrej karolińskiej Europy. Byłoby ironią losu, gdyby osiągnął ten cel z pomocą państw środkowoeuropejskich.

(Artykuł opublikowany w „Nowej Europie Wschodniej” w ramach dodatku „Pokolenie ´77, ´87, ´97, czyli jak zmieniali się Czesi i Polacy w ostatnich czterech dekadach”).

Co Czesi dali Europie po roku 1989 i upadku muru berlińskiego? Znacznie łatwiej byłoby odpowiedzieć na to pytanie, gdybyśmy ustalili, czym jest Europa. Jeśli utożsamić ją z Unią Europejską, wówczas Czesi mogą jawić się – jak na przykład ocenia ich Timothy Snyder w Czerwonym księciu (Warszawa 2008) – po prostu jako jeden z „dawnych ludów habsburskich, które porzuciły wielkie projekty narodowe XIX wieku dla europejskiej idei XXI”. Amerykański historyk twierdził, że Czechy – podobnie jak inne państwa regionu – „zbyt małe, aby wyobrażać sobie suwerenną egzystencję, zbyt ubogie w zasoby i wykształcone elity, by przetrwać w czasach globalizacji, dążą do unifikacji [gdyż dzisiaj] oznaką narodowego sukcesu nie jest niepodległe państwo, lecz członkostwo w Unii Europejskiej”.

 

Powrót do normalności

Ta efektowna opinia jest zapewne prawdziwa w przypadku Słowacji (bądź Słowenii). W Czechach bajkowa metamorfoza wschodnioeuropejskiego peryferium w środkowoeuropejski raj miała jednak nieco inny sens. Europeizacja nie była tu celem, lecz środkiem realizacji największego marzenia kilku pokoleń patriotów, opiewanego od przeszło stu lat w powieściach, librettach operowych, programach partii politycznych, a nawet wykorzystywanego w reklamach piwa. Tym marzeniem było homogeniczne państwo narodowe.

Czesi na przełomie 1992 i 1993 roku pokazali Europie, że takie państwo może powstać bez rozlewu krwi, w wyniku politycznej transakcji. W ich przypadku (w przeciwieństwie do Serbów czy Chorwatów) dezintegrująca moc idei europejskiej (dezintegrująca „wielkie projekty narodowe XIX wieku”, a raczej ich ułomne resztki, takie jak komunistyczna Jugosławia czy właśnie Czechosłowacja) była czynnikiem sprzyjającym pokojowej transformacji. Transformacja ta przebiegała od posttotalitaryzmu do demokracji, od dyktatury do rządów prawa, od gospodarki nakazowo-rozdzielczej do rynkowej, od upaństwowienia do prywatyzacji (i reprywatyzacji); krótko mówiąc, od husakowskiej „normalizacji” do havlowskiej normalności.

Żeby było normalnie” – tę dewizę nowych czasów (choć nigdzie niezapisaną, niewyszywaną na sztandarach, niewykuwaną na cokołach pomników) pamiętają wszyscy, którzy świadomie przeżyli rok 1989. To zaklęcie miało ogromną siłę sprawczą zwłaszcza w Czechach, gdzie najłatwiej było uwierzyć, że sensem zmian jest wymazanie ostatniego czterdziestolecia i powrót do społeczeństwa burżuazyjnego. Z czeskiej perspektywy rewolucja 1989 roku przypominała czytaną od końca opowieść o Grzegorzu Samsie. Bohater Przemiany, opowiadania Franza Kafki, przeciętny praski urzędnik, niemal sobowtór samego autora, budzi się pewnego ranka w swoim mieszkaniu (przy Rynku Staromiejskim, z oknem wychodzącym na najelegantszą w mieście ulicę Paryską). Samsa cierpi katusze, zamieniony w robaka czy owada, marząc o powrocie do normalności, aż w końcu umiera; najbliżsi z ulgą pozbywają się trupa. Jesienią 1989 roku pan Samsa ponoć odzyskał dawną postać; rano włożył garnitur i poszedł do pracy, a wieczorem wyskoczył z przyjaciółmi na piwo i „panienki”.

 

Siła mitu

Co Czesi dali Europie? To, co zawsze – mit. Tym razem był to niezwykle atrakcyjny mit ciągłości środkowoeuropejskiej historii. Znajdujemy go w powieściach Milana Kundery i Bohumila Hrabala, w filmach Jana Svěráka i Petra Zelenki, w esejach i wystąpieniach Václava Havla (los tego ostatniego sam w sobie jest jednym z najbardziej trwałych środkowoeuropejskich mitów).

Czeski mit środkowoeuropejskiej ciągłości funkcjonuje zarówno poza krajem, jak i – przede wszystkim – w nim. Za każdym razem, gdy Czech sięga po rodzimą książkę lub idzie do kina na rodzimy film, odbiera lekcję historiografii dowodzącej zachodnioeuropejskiej proweniencji jego własnej kultury i prymatu czeskiej kultury nad wschodnimi sąsiadami: Polską, Słowacją czy Węgrami (między innymi stąd bierze się powodzenie w Czechach książek Mariusza Szczygła odbieranych tam, inaczej niż za granicą, nie jako podważenie, lecz właśnie potwierdzenie pozytywnego czeskiego autostereotypu). Czesi sami definiują się jako bardziej zachodni, europejscy (choć niekoniecznie proeuropejscy), cywilizowani, demokratyczni, zaradni, liberalni, zamożni i wyemancypowani niż pozostali mieszkańcy Europy Środkowej. Ta megalomania, którą w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku uosabiał premier i późniejszy prezydent Václav Klaus, w znacznym stopniu przyczyniła się do sukcesu czeskiej transformacji i wypromowała ją zagranicą, także w Polsce. Czechom się udało, ponieważ uwierzyli, że komu jak komu, ale im musi się udać, bo przecież są jedynymi stuprocentowymi Środkowoeuropejczykami.

Paradoks polega na tym – i w tym względzie należy przyznać rację Snyderowi – że to właśnie przekonanie o ich wyjątkowości koniec końców pomogło Czechom znaleźć się wraz z innymi Środkowoeuropejczykami w zjednoczonej Europie. Jeśli transformację państw postkomunistycznych umieścić w szerokim kontekście historycznym i międzynarodowym, zagadkowe elementy tamtejszego krajobrazu społeczno-politycznego układają się w logiczną całość. Dotyczy to zwłaszcza państw położonych między zeuropeizowanymi Niemcami i autorytarną Rosją, które miały szczęście dołączyć do Unii Europejskiej, zamykając zainicjowany w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku pod parasolem amerykańskim proces europejskiej reunifikacji.

W tym samym bowiem czasie, gdy Milan Kundera nadał ton dyskusji nad losem kilku środkowoeuropejskich państw – utworzonych po I wojnie światowej zgodnie z wolą prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona i zniewolonych po II wojnie przez Józefa Stalina – na zachodzie i południu kontynentu trwał już proces akcesji postfaszystowskich Grecji, Portugalii i Hiszpanii do Wspólnot Europejskich. Obywatelom tych trzech państw nikt nie zadawał pytania, co dali lub mogliby dać Europie. Takie postawienie sprawy byłoby co najmniej niestosowne; w końcu bez tamtejszych ośrodków cywilizacji i zamorskiej ekspansji podjętej przed wiekami z półwyspów peloponeskiego i iberyjskiego żadnej Europy po prostu by nie było. Jednakże państwa europejskiego Wschodu na ogół są postrzegane jako pasażerowie na gapę historii europejskiej. To rzekomo skazane na inercję (i unifikację), zacofane, chłopskie społeczeństwa, przez większą część dziejów nowożytnych pozbawione własnej państwowości lub rządzone przez obce dynastie, skazane na ślepe naśladownictwo Zachodu i kolonialny wyzysk, eufemistycznie nazywany modernizacją.

 

Liberalny populizm

Potęga stereotypu „słabego Wschodu Europy” jest przemożna: nie podważyły go ani powołujące się na kryteria kulturowe (tradycja łacińska, rzymska religia, habsburska moderna) eseje Kundery, ani powstałe dwie dekady wcześniej i wprowadzone do światowej historiografii przez Fernanda Braudela i Immanuela Wallersteina prace polskich historyków gospodarczych Mariana Małowista i Witolda Kuli. Dowiedli oni istotnego wkładu Europy Środkowej w potęgę ekonomiczną kontynentu w czasach nowożytnych. W przypadku Czech były to przede wszystkim kruszce, a zwłaszcza niezbędne dla funkcjonowania wymiany handlowej w całej średniowiecznej Europie srebro. To na nim wyrosła potęga Królestwa Czech, a dzięki kopalniom Kutnej Hory czeski król Karol IV sięgnął po cesarską koronę. Z kolei rewolucja husycka XV wieku uratowała czeskie mieszczaństwo – w tym: rzemiosło – przed zdominowaniem przez silniejsze ośrodki niemieckie; umocniła także fundamenty miejscowej przedsiębiorczości, która w imponującym stylu rozwinęła się w czasach późnych Habsburgów. Ziemie czeskie zdobyły wtedy wiodącą pozycję w życiu gospodarczym pięćdziesięciomilionowej monarchii, a czeskie elity intelektualne „odrodziły naród” i stworzyły kilka perspektywicznych programów politycznych, wśród nich liberalnodemokratyczny czechosłowakizm Tomáša Masaryka.

Czechosłowakizm był odpowiednikiem koncepcji federacyjnej Józefa Piłsudskiego, z tą różnicą, że Czechom się udało. Niezwykle ważny był liberalny komponent ideologii masarykowskiej, związany z amerykanofilią jej twórcy i jego szczerym przekonaniem, że przyszłość należy do demokracji. Liberalizm Masaryka okazał się najlepszą inwestycją Czechów w XX wiek i dowiódł swej żywotności także po 1989 roku.

Współczesny czeski liberalizm – o dwóch skrajnych obliczach: autarkicznym Klausa i kosmopolitycznym Havla – zawdzięcza swoją skrajną dwubiegunowość konfrontacji z ideą europejską: to pod przemożną presją rzekomo egzystencjalnego wyboru („Zachód albo Wschód”) Havel opowiedział się za federacją europejską, a Klaus okopał się w bastionie państwa narodowego. Jednakże w Czechach ich najtrwalszym osiągnięciem była rewitalizacja klasy średniej. Z poparciem tej ostatniej rządzili przez dwie dekady i pozwolili jej się dorobić.

Czesi są dziś najzamożniejszym społeczeństwem Europy Środkowej. Dlatego też przestał na nich działać miraż jeszcze większego dostatku w ramach Unii Europejskiej. Wybierają status quo bez wspólnej europejskiej waluty, bez wspólnej polityki uchodźczej, bez rojeń o europejskim federalizmie i temu podobnych; za to z liberalizmem gospodarczym, akceptacją rodzimych oligarchów i tradycyjnym permisywizmem obyczajowym (dla którego największym zagrożeniem wydaje im się dziś, o ironio, polityka uchodźcza Komisji Europejskiej). Można to nazwać liberalnym populizmem; jego prorokiem jest postkomunistyczny miliarder, Słowak z pochodzenia, Andrej Babiš. On sam w rozmowie z „Bloombergiem” stwierdził niedawno, że przed dwoma laty spotkał się z Emmanuelem Macronem, który był pod wrażeniem sukcesu wyborczego założonej i sfinansowanej przez Babiša partii ANO. Jeśli tak było, to czeski wkład w Europę może się okazać jeszcze bardziej paradoksalny. Wygląda bowiem na to, że prezydent Francji nie ma nic przeciwko samoizolacji Europy Środkowej, a może nawet uważa ją za warunek ścisłej integracji strefy euro i odrodzenia starej, dobrej karolińskiej Europy. Byłoby ironią losu, gdyby osiągnął ten cel z pomocą państw środkowoeuropejskich.

 

Aleksander Kaczorowski jest tłumaczem, eseistą i dziennikarzem. W przeszłości związany między innymi z „Gazetą Wyborczą” i „Newsweekiem”. Autor między innymi książek Havel. Zemsta bezsilnych (Wołowiec 2014) i Hrabal. Słodka apokalipsa (Wołowiec 2016).

Dodatek (zadanie publiczne) współfinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w ramach konkursu Forum Polsko-Czeskie 2017. Publikacja wyraża jedynie poglądy autorów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Fot. Stefan Bauer, www.ferras.at (cc by-sa 2.5) commons.wikimedia.org


Powrót
Najnowsze

Złudzenie rozwoju

16.02.2018
Anna Głąb
Czytaj dalej

1% dla „Nowej Europy Wschodniej”

15.02.2018
NEW
Czytaj dalej

Kardynał w spódnicy

14.02.2018
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Rok 1918 Dlaczego Ukraińcom się nie udało

12.02.2018
Ireneusz Dańko Jan Jacek Bruski
Czytaj dalej

Nie życzymy sobie imperium rosyjskiego u naszych granic

08.02.2018
Przemysław Żurawski vel Grajewski Paweł Purski
Czytaj dalej

Oświadczenie polskich członków Grupy Polsko-Ukraińskiego Dialogu

08.02.2018
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu