Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Gorzki smak piołunu
2018-01-16
Damian Markowski

Damian Markowski recenzuje Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła” Pawła Smoleńskiego: „Życzę, żeby znalazł się na Ukrainie dziennikarz formatu Pawła Smoleńskiego, gotów do podjęcia tematu na przekór rodzimemu nacjonalizmowi”.

 

Czym właściwie jest wypędzenie? Zmianą miejsca zamieszkania? W przewrotny sposób ujmując – na pewno. Końcem dotychczasowego życia? Nie ulega wątpliwości. Zbrodnią? Bez wątpienia. W swojej najnowszej książce Paweł Smoleński nie pozostawia wątpliwości co do oceny akcji „Wisła”. Już we wstępie zamieszcza artykuł 7 Statutu Międzynarodowego Trybunału Wojskowego z Norymbergi, który kwalifikuje deportację lub przymusowe przemieszczenie ludności jako zbrodnię przeciwko ludzkości. I nie ma dyskusji z tą definicją.

Sama opowieść autora, snuta jako żwawy, ciekawy reportaż, odsłania niełatwe karty życia Ukraińców na polsko-ukraińskim pograniczu, zagładę tego świata dla Ukraińców w wyniku powojennych deportacji (choć dla Żydów i części Polaków los poprzedniego życia dopełnił się kilka lat wcześniej) oraz próby poskładania rozbitego życia od początku w nowych miejscach zamieszkania, odtwarzania więzów rodzinnych, religijnych i narodowych. Wszystko to Smoleński opisuje na podstawie historii ludzi: zwykłych i niezwykłych jednocześnie, bo czy można nazwać „zwykłym” człowiekiem kogoś, kto został wyrwany z korzeniami z małej ojczyzny, a wskutek prześladowań nierzadko stracił bliskich? Dodajmy: niektóre z opisanych historii są tak ciekawe, że aż trudno w nie uwierzyć, jak ta o małżeństwie aresztowanego ukraińskiego chłopaka z pracownicą Urzędu Bezpieczeństwa. Ja wierzę.

W układance tej brakuje jednak odniesień. Autor choćby słowem nie próbuje wpisać deportacji ludności ukraińskiej w szerszy kontekst stalinowskich operacji „przesunięć” czy też (obrzydliwe słowo wyrwane z resortowych dokumentów) „transferów” ludności ukraińskiej, polskiej, tatarskiej i białoruskiej w latach czterdziestych XX wieku. Oczywiście, nie musi tego robić, temat książki jest przecież inny. Ale jednak tego wątku chwilami trochę brakuje. Umiejscowienia historii smutnej, prawdziwej, poruszającej w jej miejscu w dziejach, nawet jeśli wskazywanie miejsca czyjejś tragedii brzmi fatalnie jako zabieg językowy.

Jeśli miałbym użyć jednego słowa na określenie głównego tematu książki Smoleńskiego, to bez wątpienia tym słowem byłaby „krzywda”. Krzywda ludzka, osobowa, ale i bezosobowa, jawiąca się zatem jako emanacja niezawinionego cierpienia nie tylko pojedynczych ludzi, ale i tworzonego przez nich jednego „socjum”, tak narodowego, jak i kulturowego, choć i wielu innych mniejszych społeczności, wiosek, przysiółków, małych ojczyzn, rozbitych przez system. Cierpienia niezawinionego, ponieważ w ramach zastosowania odpowiedzialności zbiorowej zwykle „kara”, jakakolwiek by ona była, dotyka głównie osób niewinnych. Niewinnych tak czy inaczej, na czymkolwiek tylko polegałaby ich wina, bo to oprawca dyktuje z pozycji siły definicję winy, ofiary, kata, ale i sprawiedliwości.

Ciekawy jest opis prób odtworzenia życia ukraińskiej społeczności w miejscach przymusowego osiedlenia w okresie rządów Władysława Gomułki – dylematy, czy zostać na „Ziemiach Odzyskanych”, starać się o powrót, jak wychować dzieci i tym podobne, kreśli także wewnętrzne spory Ukraińców. Nasuwa się wręcz pytanie, czy czas ten nie był dla wielu przesiedleńców rodzajem kolejnej próby dotyczącej przywiązania do własnej świadomości narodowej, religijnej i kulturowej. Końcowe stronice poświęcono aktom niechęci, a nawet przemocy, jakie odnotowano wobec społeczności ukraińskiej w Polsce w ostatnich latach.

Część książki, którą można określić jako reportażową, jest bez zarzutu: Paweł Smoleński nie pierwszy raz udanie prowadzi czytelnika piórem przez sprawy trudne, ale i niezmiernie ciekawie, szermuje językiem, trafnie porównuje, ocenia celnie, ale i ostro. Nie najlepiej jednak wychodzi historyczne tło, takie lapsusy jak rozformowanie Ukraińskiej Powstańczej Armii w 1947 roku autorowi po prostu nie przystoją (w rzeczywistości bowiem działania tej formacji zostały zawieszone przez Romana Szuchewycza we wrześniu 1949 roku). Brak jest również podstaw, by sądzić, że przed zbrodnią Zgrupowania Narodowych Sił Zbrojnych w Wierzchowinach we wsi tej stacjonowały oddziały UPA. Motyw zbrodni był inny, a raczej sprawcy usiłowali go przedstawić inaczej, o czym jednak pisano już niejednokrotnie. W Ogniomistrzu Kaleniu główną rolę grał natomiast Wiesław Gołas, a nie Janusz Gajos. Ale to oczywiście drobiazgi wobec poważniejszych uwag, nad którymi nie sposób przejść do porządku dziennego.

Źle jest, gdy w toku kształtowania opinii o wydarzeniach trudnych i bolesnych wahadło sympatii przechyla się zbyt mocno na którąkolwiek stronę poza stroną ofiar. Błędu takiego nie ustrzegł się niestety Paweł Smoleński, widząc w oddziałach UPA, operujących na ziemiach powojennej, komunistycznej Polski, przede wszystkim formację samoobrony wiejskiej. A przynajmniej trudno nie odnieść takiego wrażenia podczas lektury.

Zadając w tym miejscu pytanie – czy wszyscy członkowie UPA byli zbrodniarzami, należy zapewne odpowiedzieć przecząco. A jednak próba upomnienia się o Iwana Szpontaka, o którym autor pisze: „bronił ukraińskich wsi przed wysiedleniem i wojennym prawem karał za morderstwa na Ukraińcach. Można było go wypuścić [z więzienia – przyp. D.M.] o wiele wcześniej”, musi wywołać sprzeciw. Ale czy podobnymi „więźniami politycznymi” nie byli także inni zbrodniarze wojenni, jak ci niemieccy, odsiadujący kary za udział w hekatombie ludobójstwa? Cóż, skoro Paweł Smoleński nie dowiedział się o pewnych ciemnych stronach życia Iwana Szpontaka: na przykład służba w stopniu oficera w Ukrainische Hilfspolizei (o niepodważalnym udziale tej formacji w Zagładzie także należy przypominać?) uszła uwadze autora. Dodajmy, że Szpontak odpowiadał nie tylko za pacyfi kację Wiązownicy (o czym autor pisze dość szczegółowo), ale i za zbrodnie popełnione na bezbronnej ludności cywilnej w co najmniej siedmiu miejscowościach na terenie dzisiejszej Polski i na Polakach zamieszkujących ziemię lwowską, których ofiarą padło około 190 osób (dolna granica szacunku), nie licząc ludności ukraińskiej zamordowanej pod pretekstem współpracy lub za rzeczywistą współpracę z sowieckimi i polskimi komunistycznymi organami bezpieczeństwa. Zdziwienie autora, że „nikt się o niego nie upomniał” podczas „karnawału Solidarności”, wydaje się zatem w tej perspektywie co najmniej niesmaczne.

Porównanie odczuć wykończonych obławami członków UPA do relacji powstańców warszawskich dogorywających na upadającym Czerniakowie również sprawia wrażenie zabiegu nie na miejscu. Podobnie jak porównanie liczby ofiar konfliktu polsko-ukraińskiego powtarzane przez autora za księdzem Stepanem Dziubiną (jakoby na ziemiach powojennej Polski zabito jedynie 595 Polaków wobec ośmiu tysięcy zamordowanych Ukraińców), bez szerszego komentarza zostawiając krwawy bilans zbrodni banderowskich z lat 1943-1944, którego pokłosiem była brutalizacja konfliktu, prowadząca częściowo do masowych zbrodni na cywilach obu narodowości. Rzecz jasna, w żaden sposób nie usprawiedliwia to zbrodni dokonanych na ukraińskiej ludności ani zastosowania metody odpowiedzialności zbiorowej, choć pomaga zrozumieć jeden z głównych czynników powstania późniejszego źródła przemocy.

Podkreślmy: Syrop z piołunu jest książką wartościową i potrzebną, choć jej autor ujawnia w miarę lektury swoje dwa oblicza. Pierwsze – zdolnego dziennikarza, fechtującego językiem, docierającego do pokładów bólu ofiar przymusowych przesiedleń, do którego przecież dotrzeć niełatwo i co stanowiło nie lada wyczyn. Za tę część autorowi należy się szacunek i uznanie. Jest jednak także druga odsłona, tyleż zaskakująca, ile wprawiająca w zakłopotanie. Jak zatem potraktować organizację, wbrew propagandowemu upudrowaniu, niejednolitą, opartą na wzorcach faszystowskich i zbrodniczą, której wielu członków czynnie uczestniczyło w Zagładzie Żydów i ludobójstwie dokonanym na ludności polskiej? Autora dziwi jeszcze co najmniej negatywny stosunek (zgeneralizowany, a jakże, ale to akurat zjawisko niemające kryterium narodowości) Polaków do ludności ukraińskiej w okresie powojennym, w sytuacji gdy tylko z obszarów Galicji Wschodniej przed „antypolską akcją” zbiegło, a raczej zostało wypędzonych ponad 300 tysięcy osób, które opowiadały szeroko o wydarzeniach na Wschodzie? W tym miejscu wahadło subiektywizmu Pawła Smoleńskiego przechyliło się chyba nazbyt mocno. Idealizowanie jest nieodłączną cechą reportażu. Źle jednak się dzieje, gdy jego ofiarą pada prawda. A ta chwilami cierpi na kartach Syropu z piołunu.

Chociaż się czepiam i w wielu punktach krytykuję, książkę polecam, bo jest ona na swój sposób uniwersalna – to opowieść o długo niewyrażonym bólu wynikającym z doznanej krzywdy. I cieszę się, że ci Ukraińcy, którzy padli ofiarą odpowiedzialności zbiorowej w wyniku akcji „Wisła”, mogli wyrazić, ba, nawet wykrzyczeć swój ból, wspomnieć zamordowanych i siłą przesiedlonych, wyrwanych ze swych siedzib, a wreszcie – upamiętnić ich. I naiwnie chciałbym w duchu, żeby – tak właśnie, w duchu pojednania, o którym już tyle powiedziano, a wcale nie tak wiele uczyniono – rodziny Polaków zamordowanych na dawnych ziemiach wschodnich II Rzeczpospolitej mogły zapalić znicze na mogiłach swoich bliskich. Póki co pozbawione są tego „przywileju”, skoro niepodległa Ukraina nie godzi się na poszukiwanie szczątków polskich ofiar i ich pochowanie. I – naprawdę już kończąc – życzę jeszcze, żeby znalazł się na Ukrainie dziennikarz formatu Pawła Smoleńskiego, gotów do podjęcia tematu na przekór rodzimemu nacjonalizmowi.

 

Damian Markowski

Paweł Smoleński, Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017

 

Recenzja ukazała się w „Nowej Europie Wschodniej” (6/2017). NEW objął książkę patronatem medialnym.


Polecamy inne artykuły autora: Damian Markowski
Powrót
Najnowsze

Kaspijska szachownica

17.08.2018
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Dwadzieścia lewów albo śmierć

16.08.2018
Karl-Markus Gauss
Czytaj dalej

Zagrożenie od morza

10.08.2018
Paweł Kost
Czytaj dalej

Dżihadyści nie chcą wojny

08.08.2018
Zbigniew Rokita Marcin Mamoń
Czytaj dalej

Historiozofia nieustającej walki

02.08.2018
Marek Wojnar
Czytaj dalej

Kwestia karelska

30.07.2018
Juliusz Dworacki
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu