Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Ankieta „Ukąszeni przez Wschód – czyli jak zainteresowaliśmy się Europą Wschodnią i nie tylko” – Rozum wyprzedził serce
2018-04-06
Wojciech Górecki

Czasami myślę, że byłem jednak na Wschód skazany. Hanna Krall powiedziała mi kiedyś, że pochodzić z Łodzi, to jak otrzymać posag.

Trzydzieści lat temu, w styczniu 1988 roku, świętowałem osiemnastkę i szykowałem się powoli do matury i egzaminów na studia. Wiedziałem już, że chcę pisać – publikowałem od pewnego czasu w prasie – i marzyłem o karierze reportera. Wydaje mi się, że byłem otwarty na świat, ale gdyby ktoś mi wtedy powiedział, iż zajmę się Wschodem, nie wziąłbym tego na poważnie. Mimo wielu lat nauki ledwie dukałem po rosyjsku (w ogólniaku chodziłem do klasy z rozszerzonym angielskim), poza tym istniał jeszcze ZSRR, z którym nie chciałem mieć nic wspólnego.

Myśl, że mógłbym się TAM wybrać, zaświtała mi jednak już w grudniu, po trzęsieniu ziemi w Armenii. Pamiętam ten moment: jechałem pociągiem z Lublina do rodzinnej Łodzi. Czytając komuś przez ramię gazetę z relacją z tragedii, pomyślałem, że gdybym tam był, zająłbym się też na pewno konfliktem karabaskim, który zaczynał się powoli rozpalać (wiedziałem o nim z prasy, starałem się być na bieżąco). Odwiedziłbym nie tylko Spitak i Erywań, ale również Baku oraz Tbilisi.

Pucz Janajewa (19 – 21 sierpnia 1991 roku) uświadomił mi, że nie ma co czekać. W kilka dni załatwiłem pieniądze i delegację do Moskwy (jeszcze studiowałem, ale równocześnie byłem już zawodowym dziennikarzem: po zmianie ustrojowej media postawiły na dwudziestolatków i jak się bardzo chciało, przechodziły nie takie numery). Chciałem opisać koncert, jaki z okazji zwycięstwa nad puczystami miał się odbyć na placu Czerwonym – zderzenie rocka z mauzoleum Lenina, młodzieży z weteranami, zachodniej kultury masowej z komunizmem. Do koncertu ostatecznie nie doszło, ale i tak pojechałem. Właściwym tematem był przecież nie koncert, ale rozpad radzieckiego kolosa.

Jako student historii sporo czytałem o upadkach imperiów i rozum podpowiadał mi, że to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą, zmieni tę część świata gruntownie i na długo; że mam rzadką okazję obserwować na własne oczy tworzącą się historię; że grzech nie skorzystać. Po latach opisałem ten pierwszy wyjazd w Abchazji: „Wtedy, we wrześniu 1991 roku, słabo znałem rosyjski. Uczyłem się na bieżąco, notowałem napisy ze sklepowych szyldów i tablic z ogłoszeniami, powtarzałem zwroty, których używali moi rozmówcy. Wieczorami czytałem ze słownikiem ulotki i broszury znoszone z różnych manifestacji. Legitymacja dziennikarska otwierała wszystkie drzwi, można było zajść do ministerstwa czy instytutu badawczego, wprosić się bez zapowiedzi na komisariat milicji albo zaczepić deputowanego – i nikt się nie dziwił.

W państwie jeszcze wczoraj zamkniętym, odgrodzonym od świata zasiekami i drutem kolczastym, strzeżonym przez KGB, GRU i tuzin innych służb to było jak bajka. (…) A z każdym dniem podobało mi się w Rosji coraz bardziej”. W grudniu pojechałem do Moskwy po raz drugi, a w marcu – po raz trzeci.

Jak widać, do rozumu bardzo szybko dołączyło serce. Ostatecznie straciłem je dla Kaukazu. Zacząłem tam jeździć w 1993 roku – i jeżdżę do dziś. W Abchazji próbowałem tę miłość zracjonalizować: „Kaukaz wciąga, bo na małej powierzchni jest dużo wszystkiego. To dziesiątki narodów, języków, kultur i kultów (obok judaizmu,chrześcijaństwa w kilku obrządkach, islamu sunnickiego i szyickiego oraz buddyzmu,który wyznają Kałmucy). Można zgłębiać ten mikrokosmos latami – i życia nie starczy, żeby poznać go do końca”. Czasami myślę, że byłem jednak na Wschód skazany. W moim mieście, które wyszło z wojny bez szwanku, na kilku kamienicach do dziś zachowały się rosyjskie napisy z czasów carskich. Wiedziałem o nich od zawsze (nie tak dawno pokazywałem je ukraińskiemu historykowi Andrijowi Portnowowi, szukającemu historycznych paraleli pomiędzy Łodzią a swoim Dnieprze, dawnym Dniepropietrowsku). W części prawosławnej Starego Cmentarza mój wzrok od dziecka przyciągały nagrobki we wschodnich alfabetach. Moja babcia (rocznik 1902) używała cudownych rusycyzmów,które doceniłem dopiero po latach, na przykład tornister nazywała uparcierańcem. Hanna Krall powiedziała mi kiedyś, że pochodzić z Łodzi, to otrzymać pewien posag. Miała rację, po stokroć miała rację.

Wojciech Górecki

Prezentujemy jeden z głosów z ankiety, która ukazała się w najnowszym numerze NEW: Ukąszeni przez Wschód – czyli jak zainteresowaliśmy się Europą Wschodnią i nie tylko.

Fot. Ggia (cc by-sa 3.0) commons.wikimedia.org


Powrót
Najnowsze

Gorące lato w Gruzji

19.07.2018
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Być politycznym romantykiem

16.07.2018
Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz
Czytaj dalej

Wymazana pamięć Donbasu

13.07.2018
Jewgienija Biełorusiec Olha Rusina
Czytaj dalej

Inszallach zabija innowacyjność

10.07.2018
Zbigniew Rokita
Czytaj dalej

Na wojnę

06.07.2018
Aneta Strzemżalska
Czytaj dalej

Akt oskarżenia przeciwko Banderze

02.07.2018
Marek Wojnar
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu