Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Być politycznym romantykiem
2018-07-13
Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz

Cykl Mój Wschód: „Z wyborem studiów było jak z miłością od pierwszego wejrzenia: spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Do dziś pamiętam ogłoszenie z napisem Wschodoznawstwo”.

Nie przyciągnęła mnie na Wschód opowieść totemiczna. Żadna z moich babć, osiedlonych po 1945 roku na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych, nie opowiadała mi do snu o utraconej krainie mlekiem i miodem płynącej czy dramatycznych historii o przymusowej wywózce w dusznych wagonach. Obie, podobnie jak ich mężowie, pochodziły z terenów mniej lub bardziej centralnej Polski. Na „Dziki Zachód” przywiodła je bieda, brak perspektyw i głód ziemi.

Jestem z tego niezmiernie zadowolona: słowo „Kresy” było dla mnie puste. Kresowa nostalgia mnie dziwiła, a w przypadku znajomych paradujących po Lwowie w biało-czerwonych bluzach z olbrzymim orłem na piersi – irytowała. Z wyborem studiów było jak z miłością od pierwszego wejrzenia: spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Do dziś pamiętam ogłoszenie z napisem „Wschodoznawstwo” na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza i swoją zaskakującą pewność, że właśnie to chcę studiować. Poznań był, w porównaniu z Warszawą, miastem mało porywającym – nie miało to jednak żadnego znaczenia.

Był 2002 rok, na horyzoncie migały unijne gwiazdki, a mnie wydawało się, że na zachodzie Europy nic tylko sytość, nuda i koniec historii. Wschodu nie znałam prawie wcale: jedną jedyną, oprócz szkolnych lektur, przeczytaną książką była Rosja w zapaści Aleksandra Sołżenicyna, pisarza, z którym nie było mi po drodze. Nigdy nie żałowałam tego wyboru. W Instytucie Wschodnim panowała wolność – wykładowcy nie narzucali poglądów, nie próbowano zarazić nas programową antyrosyjskością (o czym słyszałam nagminnie od koleżanek i kolegów studiujących podobne kierunki na uczelniach w innych miastach). Do gabinetu dyrektora wchodziło się jak do siebie (doceniłam to tym bardziej, gdy po kilku latach trafiłam na wschodniosłowiańską filologię Uniwersytetu Warszawskiego i zostałam kilkukrotnie wyrzucona za drzwi dziekanatu, do którego można było wejść jedynie w ściśle określonych porach).

I co najważniejsze: pozwalano jeździć. Spędzaliśmy całe semestry gdzieś w zapyziałych akademikach byłych republik radzieckich, bez większych kłopotów zdając egzaminy w sesji jesiennej, by po ich zakończeniu ruszyć jeszcze dalej na Wschód. Złośliwi nazywali tę wolność akademickim chaosem, mnie jednak bardzo odpowiadała atmosfera panująca w Instytucie.

Przekroczyłam Bug po pierwszym roku studiów. Białoruś oczarowała mnie śpiewnym językiem i wielką tajemnicą. „Uczę się języka białoruskiego” – powiedziałam z dumą po białorusku do sympatycznej towarzyszki podroży w pociągu relacji Brześć – Mińsk. „Po co?” – zbiła mnie z tropu dziewczyna, studentka Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego, najlepszej uczelni w tym kraju. To „po co” słyszałam poźniej niemal na każdym kroku – w Białoruskim Instytucie Prawoznawstwa, dokąd przyjechałam na studencką wymianę, w knajpach, sklepach, na ulicy, gdy pytałam o drogę. Mińsk był uparcie rosyjskojęzyczny i wypierał się swojej tożsamości.

Rychło okazało się jednak, że pod radziecką fasadą istnieje jeszcze jedno miasto: Mieńsk. Niewielkie, inteligenckie, niemalże podziemne, ze swoją patriotyczną symboliką i językiem białoruskim. Mieńsk oczarował mnie muzyką, poezją, a przede wszystkim kontestacją. Chodziłam na koncerty kultowej grupy NRM, Neuro Dubel, bardki Kasi Kamockiej. Zaczytywałam się w wierszach Wiery Żybuł, które wkrótce zaczęłam tłumaczyć (ku mojej satysfakcji dwukrotnie pojawiły się w druku w języku polskim). Z grupą znajomych z nielegalnego ruchu studenckiego rozklejaliśmy antyłukaszenkowskie ulotki.

Przeprowadziłam się do Mieńska na stałe. Zbliżały się wybory prezydenckie 2006 roku, mieszkańcom podziemnego miasta śniła się rewolucja, podobna do ukraińskiego Majdanu. Pracowałam w jednej ze „sztab-kwater” opozycji i byłam bardzo dumna z tego, że dokładam swoje trzy grosze do demokratycznych przemian, które czekają „mój” (bo tak wówczas traktowałam Białoruś) kraj. Zjeździłam Białoruś wzdłuż i wszerz, towarzysząc opozycji w spotkaniach agitacyjnych. Moja niezachwiana wiara w rewolucyjny potencjał była, rzecz jasna, wielką naiwnością. Kiedy jednak być politycznym romantykiem, jeśli nie właśnie w wieku dwudziestu paru lat? Białoruska przygoda skończyła się smutno: pokojowe demonstracje w Mińsku przetrwały niecały tydzień, siły porządkowe brutalnie rozpędziły protestujących studentów. Widziałam to wszystko z ekranu telewizora – kilka dni wcześniej wydalono mnie z Białorusi. Kiedy dwa lata poźniej chłodniejszym okiem spojrzałam na opozycję, opisując w tygodniku „Polityka” jej chroniczną niemoc, brak pozytywnego programu i przejadanie funduszy, część znajomych z Mieńska uznała to za zdradę. Gdy okazało się, że Białoruś jest dla mnie zamknięta na amen, wyjechałam do Charkowa. Tak rozpoczął się ukraiński etap mojego „wschodo(po)znawstwa”, podsumowany książką Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje.


Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz jest reporterką, dziennikarką. Autorka książki Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje (Wołowiec 2016). Uhonorowana nagrodą Amnesty International „Pióro Nadziei”, nominowana do Nagrody Grand Press.

Artykuł ukazał się w numerze „Nowej Europy Wschodniej” 2/2018 w cyklu „Mój Wschód”.

Fot. Skorp24 (cc by-sa 4.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz
Powrót
Najnowsze

Kaspijska szachownica

17.08.2018
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Dwadzieścia lewów albo śmierć

16.08.2018
Karl-Markus Gauss
Czytaj dalej

Zagrożenie od morza

10.08.2018
Paweł Kost
Czytaj dalej

Dżihadyści nie chcą wojny

08.08.2018
Zbigniew Rokita Marcin Mamoń
Czytaj dalej

Historiozofia nieustającej walki

02.08.2018
Marek Wojnar
Czytaj dalej

Kwestia karelska

30.07.2018
Juliusz Dworacki
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu