Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Dżihadyści nie chcą wojny
2018-08-08
Zbigniew Rokita, Marcin Mamoń

Z Marcinem Mamoniem, reżyserem dokumentalistą i autorem książki Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy, rozmawia Zbigniew Rokita.

Rozmowa została opublikowana w numerze 1/2018 (styczeń-luty).



ZBIGNIEW ROKITA: Od ćwierć wieku jeździsz na wojny do krajów muzułmańskich jako reżyser i dziennikarz: byłeś między innymi w Syrii, Iraku, Afganistanie, Czeczenii, Pakistanie, Somalii. Zacznijmy od Kaukazu Północnego. Jak scharakteryzowałbyś zmianę, która zaszła w tamtejszym islamie przez ostatnie dwadzieścia lat?

MARCIN MAMOŃ: To gigantyczna zmiana pokoleniowa. Islam, który obserwowałem na Kaukazie w latach dziewięćdziesiątych, można nazwać islamem tradycyjnym. Innego tam wtedy nie było. W Czeczenii, w której spędziłem dużo czasu, był on zgodny z prawem zwyczajowym, stanowił dopełnienie sztywnego kanonu porządkującego od wieków życie codzienne kaukaskich górali. Islam pełnił tam podobną funkcję, jak katolicyzm na strajkach w 1980 roku – Lech Wałęsa chodził z wizerunkiem Matki Boskiej, a w zakładach pracy odprawiano nabożeństwa, ale nie oznaczało to przecież, że w Polsce doszło do fundamentalistycznej chrześcijańskiej rewolucji. Wynikało to raczej z polskiej tradycji oporu. Na Kaukazie Północnym dominował wówczas sufizm, mistyczny nurt islamu uważany dziś przez dżihadystów za niebezpieczną sektę. To paradoks, bo przecież to tajne sufickie bractwa pomogły przetrwać Czeczenom i innym narodom Kaukazu lata rosyjskiej, potem sowieckiej kolonizacji i eksterminacji. W czasie wojen czeczeńskich islam suficki był symbolem czeczeńskiej odrębności i tożsamości. Słynnym mistycznym, transowym tańcem Czeczenów – zikrem – zachwycał się każdy, kto miał okazję patrzeć na niego z bliska. Dzisiaj na salafickich kontach twitterowych nagrania współczesnego zikru opatrzone bywają komentarzem: „taniec małp”. Nic dziwnego, bo odprawiają go dzisiaj zwolennicy rosyjskiego namiestnika w Czeczenii Ramzana Kadyrowa.



Co sufizm ma wspólnego z Kadyrowem?

Rosyjscy kolonizatorzy odebrali go mieszkańcom Czeczenii – najgorsze, że Rosjanie zrobili to rękami samych Czeczenów. Dziś suficki islam w prywatnym państwie Kadyrowa zyskał status religii państwowej: albo opowiadasz się za Kadyrowem i jesteś sufi, albo walczysz przeciwko jego dyktaturze, wspierającym go Rosjanom i wybierasz salafizm. Ten ostatni to surowa, fundamentalistyczna wersja islamu, która przywędrowała na Kaukaz z krajów Zatoki Perskiej – choć nie mam wątpliwości, że pomysł zaszczepienia na Kaukazie tak zwanego wahabizmu narodził się w gabinetach Federalnej Służby Bezpieczeństwa przy ulicy Łubianka w Moskwie. Dziś Kabardyniec, Ingusz czy Czeczen staje przed wyborem: bądź Ramzan Kadyrow, bądź Abu Bakr al-Baghdadi, a więc bądź barbarzyńska narzucona przez Moskwę dyktatura, bądź „Państwo Islamskie” (PI)1. Jeśli więc chcesz walczyć o niepodległość, dołączasz do salafitów i chcąc nie chcąc, stajesz się międzynarodowym terrorystą. A z terrorystami się nie negocjuje, nie podpisuje traktatów, ale się ich zabija. Wielu Czeczenów od blisko trzydziestu lat walczy o niezależność, godność, zmieniają się tylko szyldy. Najpierw była Iczkeria, potem Emirat Kaukaski, teraz „Państwo Islamskie”.



Czeczeni na przestrzeni lat z łatwością przechodzili od organizacji do organizacji?

Na Kaukazie Północnym znaczenie starszeństwa, szacunku, rodziny zawsze było i – mimo wpływów salafizmu – wciąż jest bardzo istotne. Wyobraźmy sobie młodego bojownika czy oficera, który walczy o niepodległą Czeczenię pod komendą dowódcy w strukturach wojennych Iczkerii. Co ma zrobić ów oficer, kiedy jego przełożony ogłasza formalny 1 Organizacja ta w latach 2006 – 2013 nazywała się „Państwo Islamskie w Iraku”, w latach 2013 – 2015 „Państwo Islamskie w Iraku i Lewancie”, zaś od 2015 roku nosi miano „Państwa Islamskiego”. W rozmowie stosujemy zbiorowe określenie „Państwo Islamskie” (PI). koniec niepodległego państwa i powstanie w jego miejsce islamistycznego Emiratu Kaukaskiego (doszło do tego jesienią 2007 roku)? Powinien zbuntować się przeciwko niemu, zapomnieć o jego dawnych zasługach, legendzie, o szacunku do starszych i lojalności? Zdarzało się tak, ale były to odosobnione przypadki. Na ogół bojownik zmieniał organizację, bo szedł za swoim dowódcą. Emirat Kaukaski trwał, dopóki żył jego pierwszy charyzmatyczny emir Doku Umarow. Po jego śmierci we wrześniu 2013 roku organizacja straciła na znaczeniu, a kolejni emirowie pochodzący nie z Czeczenii, a z Dagestanu – ich nazwisk już nikt nie pamięta – szybko zginęli z rąk Rosjan. W tym samym roku świat usłyszał po raz pierwszy o PI. Kaukaz był wtedy spacyfikowany przez Rosjan. Prowadzenie walki było w zasadzie niemożliwe. Większość komendantów Emiratu Kaukaskiego przeniosła się więc do Syrii, niektórzy dołączyli do PI. Woleli walczyć, robić to, co potrafią najlepiej, niż całymi miesiącami ukrywać się w górach czy lasach i czekać na lepsze czasy. Zaangażowanie Rosji, ich odwiecznego wroga, w wojnę w Syrii tylko pomogło w podjęciu takiej decyzji. Byłem początkowo zdumiony, że tak wielu Czeczenów wyjechało do Syrii i Iraku – myślę, iż możemy mówić o tysiącach; byli to zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Oczywiście, część pojechała tam w imię abstrakcyjnych idei, część dla sławy i łupów, ale jestem przekonany, że wśród nich najwięcej wyjechało dla Czeczenii. Organizacje się zmieniają, ale istota czy przyczyna walki pozostaje ta sama: to brak wolności, niepodległości.



Część mieszkańców Kaukazu wyjeżdżała więc do „Państwa Islamskiego”, walcząc o inne cele niż te, które ma ono na sztandarach.

Tak, ja też miałem to szczęście, że zwykle trafiałem na ludzi, którzy pojechali tam z przyczyn ideowych: albo by kontynuować walkę z Rosją – okupantem Czeczenii, Dagestanu czy innych republik kaukaskich – albo by zbudować „nowy wspaniały świat”, państwo boże, w którym istnieje tylko jedno prawo: surowo egzekwowany szariat. Z czasem okazało się, że ich marzenia i wyobrażenia o kalifacie zupełnie rozmijają się z rzeczywistością.



Co zrobili?

Wielu zdezerterowało.



Gdy opowiadasz o ludziach, którzy wyjechali tworzyć „nowy wspaniały świat”, nasuwają mi się analogie z ukąszeniem nazizmem czy komunizmem, jakiego doświadczyło wiele osób, również na Zachodzie. Jakie były więc przyczyny rozczarowania części dżihadystów PI? Przeszkadzało im to, co dominuje w zachodniej opowieści o nim, czyli brutalność?

Nie, brutalnością dżihadyści kierowali się w ostatniej kolejności.



Dlaczego?

Dla nas to brutalność, a dla nich boża sprawiedliwość: to Bóg dał przecież ludziom szariat. Problem tkwił w tym, że islamiści często odmiennie interpretowali wolę bożą. W wydaniu PI szariat przypominał częściej kodeks Hammurabiego. Obcinali głowy, mordowali, a gdy trzeba było wyciągnąć informacje od jeńca, stosowali tortury. Moi rozmówcy z PI nigdy tego nie kryli. Obcięcie głowy nie jest według nich barbarzyńskie – pod warunkiem że kat zna swoje rzemiosło. Istotne jest coś innego. Bojownicy ideowcy, którzy przyjechali do Syrii i Iraku walczyć w imię – w ich mniemaniu – słusznej sprawy, zobaczyli, że ci, którzy stworzyli PI i objęli jego stery, stosowali twarde prawo wobec wszystkich, ale nie wobec siebie. Byli ponad nim, a przecież żaden muzułmanin nie może być ponad szariatem. To nie mogło się podobać. Jednak jakakolwiek krytyka władz kalifatu kończyła się tak samo: aresztowaniem, torturami i spotkaniem z katem. To było przyczyną licznych decyzji o ucieczce z „Państwa Islamskiego”.



Dokąd udawali się dezerterzy? Wydaje się, że na przykład rosyjskie służby są przygotowane na ich powrót i będą próbować ich szybko wyłapać.

Znam osoby, które opuściły PI, nie mogą wrócić do swojej ojczyzny i tułają się po świecie, żyjąc w obcych krajach pod przybranymi nazwiskami. Ich tułaczka jest zaś możliwa tylko dlatego, że zachowali kontakty z podziemiem dżihadystycznym – pamiętajmy bowiem, iż owo podziemie jest bardzo „pojemne”. Jest tam miejsce nie tylko dla PI, ale też dla innych ruchów, organizacji zwykle uznawanych przez świat zachodni za terrorystyczne. Mogli wreszcie zmienić flagę, przenieść się na tereny kontrolowane przez rebeliantów walczących od 2011 roku z reżimem Asada.



Choćby do Dżabhat al-Nusry, czyli syryjskiej Al-Kaidy, która porwała Cię w listopadzie 2015 roku w północnej Syrii.

Na przykład. Mogli też udać się na inny front dżihadu, a tych nie brakuje: Nigeria, Somalia, Filipiny, Jemen i tak dalej. Niektórzy mają jednak po pewnym czasie dość takiej egzystencji. Średnia długość życia dżihadysty nie jest wysoka, prędzej czy później ginie bądź trafia do więzienia – takiego, z którego się nie wychodzi. Nieliczni mają szczęście dożyć kilkudziesięciu lat, osiągnąć wiek bardziej dojrzały, zdobyć mądrość, która jak wiadomo przychodzi z wiekiem. Dżihadyści – tak jak wszyscy ludzie – zakładają rodziny, kochają swoich bliskich i chcą z nimi spędzać większość czasu, starzeć się, widząc, jak dorastają ich dzieci. Często zaskakuje nas, że do PI na wojnę wyjeżdżały całe rodziny.



Niektórzy dżihadyści w pewnym momencie przechodzą na emerytury.

Tak, choć do decyzji o zmianie trybu życia wielu z nich popchnęło też rozczarowanie państwem islamistów w Syrii i Iraku. Wyobraźmy sobie mudżahedina, który walczy na dżihadzie od kilkunastu lat. Najpierw był w Czeczenii, później w Afganistanie, następnie na Filipinach, w końcu trafił do cudownego PI. A tam ucieleśnienie jego marzeń, kalifat, okazał się bujdą. Co robić dalej? Dokąd iść? W co i komu wierzyć? Wniosek jest przygnębiający nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Znane są przypadki powrotów dżihadystów z PI do krajów, z których pochodzą. Zastanawiające, że najwięcej notuje się ich w Rosji, chodzi głównie o Dagestan i Czeczenię. Ciekawe, ilu z powracających, jeszcze zanim wyjechało do Syrii czy Iraku, współpracowało już z FSB.



To znaczy?

Brakuje pewnych danych, ale możemy stawiać hipotezy. Nie można wykluczyć, że część komendantów pochodzących z Rosji lub krajów posowieckich w zamian za nietykalność, pomoc czy pieniądze realizowała jakieś zlecenia służb różnych krajów. Szczególnie ciekawe są kariery obywateli Gruzji w strukturach PI.



Czy możemy mówić o globalizacji dżihadu? Od kilkunastu lat technologia daje mudżahedinom nowe możliwości komunikacyjne czy logistyczne. Wiele organizacji złożyło przysięgę wierności PI: somalijska, nigeryjska, synajska i inne. Czy może więc powstać jednocząca liczne organizacje jedna panislamistyczna sieć?

Namawiasz mnie, żebym przewidywał przyszłość…



Chociaż brakuje pewnych danych, to przecież możemy stawiać hipotezy.

Przyszłości nie znam, mogę tylko analizować przeszłość. Jedyna idea, która może połączyć większość ruchów dżihadystycznych, to PI. To szyld, który wciąż budzi respekt – mimo że w Syrii i Iraku de facto już ono nie istnieje. Wciąż jednak pod czarnymi flagami walczą bojownicy, między innymi w Jemenie, Afganistanie, Pakistanie, Nigerii, Kamerunie, na półwyspie Synaj, Kaukazie, nawet na Filipinach. We wszystkich tych miejscach formuła dotychczasowych ruchów islamistycznych się wyczerpała: bojownicy skłócili się ze sobą, stracili dawny entuzjazm i energię do działania. Dopiero czarna flaga z pieczęcią proroka PI dała im poczucie siły i świadomość, że budują coś uniwersalnego. Stali się wielką internacjonalistyczną wspólnotą. „Państwo Islamskie” jest wszędzie. Nic dziwnego. Wszystkich mudżahedinów jednoczy wizja zaprowadzenia bożego porządku na ziemi, a jej ucieleśnieniem jest kalifat. Pytanie, co stanie się po śmierci samozwańczego kalifa, al-Baghdadiego. Amerykanie w końcu go wytropią i zabiją, tak jak kiedyś Abu Musaba az-Zarkawiego czy Osamę bin Ladena. Kto będzie kolejnym kalifem; w jaki sposób zostanie wybrany; gdzie będzie miał siedzibę? Odpowiedzi jeszcze nie znamy. Być może PI zostanie zastąpione przez nową organizację, być może odbuduje się Al-Kaida, być może któryś z globalnych graczy jej w tym pomoże.



Skoro więc wielu dżihadystów rozczarowało się władzami kalifatu – jeśli niebawem znowu powstanie polityczna próżnia, w której będzie można raz jeszcze tworzyć dżihadystyczny kraj – mudżahedini znowu będą w stanie masowo się zmobilizować i je poprzeć?

Tego nie wiem. Wiem za to, że dopóki istnieć będą dyktatury, dopóki Amerykanie czy Rosjanie okupować będą Afganistan, Bliski Wschód, Kaukaz, dopóki armia etiopska i wojska „stabilizacyjne” krajów afrykańskich będą w Somalii i tak dalej, dopóty zawsze istnieć będzie opór – nazywany bądź dżihadem, bądź w inny sposób.



Według Twojej logiki dżihad jest z natury defensywny, stanowi reakcję na czyjąś agresję.

Tak.



Przyjmijmy to na potrzeby rozmowy. Czy gdyby w takim razie w idealnym świecie obce siły wycofały się z krajów muzułmańskich, to dżihad nie przeszedłby do kontrataku – nie wyszedłby poza granice danych islamskich państw, nie ekspandował?

W moim głębokim przekonaniu dżihad nie ma na celu nawrócenia wszystkich niewiernych i stworzenia wielkiego państwa islamskiego, a powielanie tego rodzaju tez wzbudza tylko strach. Dżihadyści sami go wywołują, by odwrócić uwagę od ich prawdziwych celów. PI nie chciało podbić Europy, Afryki i Bliskiego Wschodu, nie chciało zniszczyć naszego świata – dążyło do odzyskania władzy w Bagdadzie. Hasło podboju całego świata mobilizuje natomiast mudżahedinów z różnych zakątków planety: walcząc bowiem ze wszystkimi, walczą też z reżimami w Azerbejdżanie, Egipcie, z okupacją Afganistanu, Somalii, Palestyny i tak dalej. Są przekonani, że walczą z niesprawiedliwością. Powtórzmy więc – dżihad z natury nie jest ofensywny.

 

A zamachy terrorystyczne, które islamiści przeprowadzają na Zachodzie?

To element trwającej wojny.



Powiedziałeś, że celem PI było zdobycie Bagdadu. Dlaczego akurat tego miasta?

W analizach i artykułach – również zachodnich – fakt, skąd wzięli się przywódcy PI, nie jest eksponowany, nie jest na pierwszym planie, choć powinien.



A skąd się wzięli?

Z wywiadu lotniczego i innych tajnych służb Saddama Husajna. Amerykanie po inwazji w 2003 roku wsparli szyitów, odsunęli na boczny tor rządzących dotąd sunnitów, rozwiązali armię, pozbawili dowódców pracy, przyszłości, choć pozwolili im odejść z bronią. Konsekwencje były łatwe do przewidzenia. Saddamowskim oficerom zależało na tym, aby powrócić do władzy. To mogło się powieść, jeśli udałoby się wyrzucić Amerykanów z Bliskiego Wschodu. W Iraku rozpoczął się długi i krwawy konflikt, który jednak nie przybliżył sunnitów do ponownego objęcia sterów władzy w Iraku. Przeciwnie – wzbudził do nich coraz większą niechęć wśród pozostałych grup narodowych, etnicznych i religijnych. Saddamowscy oficerowie przeanalizowali, jakie błędy popełnili sami, a jakie walczący wspólnie z nimi islamiści z az-Zarkawim na czele. I wyciągnęli wniosek, że trzeba ogłosić powstanie kalifatu, zapewnić sobie w ten sposób napływ najlepszych ochotników z całego świata, obudzić drzemiącą wśród muzułmanów ideę solidarności sankcjonowaną pieczęcią Proroka, zmienić stare i niesprawiedliwe granice na Bliskim Wschodzie i wywołać jeszcze większą nienawiść do szyitów. Kolejnym etapem miała być zwycięska ofensywa przeciw szyitom. To było widać: ekspansja PI miała jeden główny kierunek: południowo-wschodni, na Bagdad. PI to projekt stricte polityczny, a religia to tylko jeden z głównych instrumentów do realizacji dalekich od islamu celów.

 

Wracamy więc do rozczarowania części dżihadystów władzami PI – zorientowali się, że zbyt dużą rolę w kalifacie odgrywa polityka.

Tak, zreflektowali się, że nie chodzi o szariat, a o władzę w Iraku i jak zawsze o pieniądze. PI wyrządziło przy tym ogromną szkodę całej ummie, kojarzy się z mordowaniem jeńców, rzezią Jazydów, obcinaniem głów – nie tylko na Zachodzie, ale też wśród muzułmanów.

 

Czy jest choć jeden kraj muzułmański, w którym „Państwo Islamaskie” ma w mediach głównego nurtu dobre notowania?

Nie.

 

Powiedziałeś, że PI może być po części projektem rosyjskim. Co o tym świadczy?

To stare metody KGB. Chodzi o to, by wykreować wroga, a potem go zwalczać, realizując zupełnie inne od deklarowanych cele. Rosjanie po przegranej pierwszej wojnie czeczeńskiej de facto wsparli fundamentalistów islamskich na Kaukazie. Borys Bieriezowski, wówczas szara eminencja na Kremlu, sam zawoził do Groznego walizki z pieniędzmi dla najbardziej radykalnych komendantów polowych. To wtedy w mediach karierę zrobiło słowo „wahabizm”. Zbiegły do Londynu były oficer FSB Aleksander Litwinienko ujawnił te metody. Przedstawił dowody świadczące o tym, że jesienią 1999 roku agenci FSB wysadzili bloki mieszkalne w kilku rosyjskich miastach, grzebiąc pod ich gruzami kilkaset osób. Dało to nowemu premierowi Władimirowi Putinowi pretekst do brutalnej rozprawy z wolnym narodem Czeczenów. Putin głosił, że zamachów dokonali powiązani z Al-Kaidą islamscy fundamentaliści. Moskwa jako pierwsza rozpoczęła w ten sposób – wydawać by się mogło – słuszną i zrozumiałą dla opinii społecznej w Rosji i na świecie wojnę z „międzynarodowym terroryzmem”. Do zamachów w Nowym Jorku doszło dopiero dwa lata później. W rzeczywistości Rosjanom chodziło oczywiście o zdławienie niepodległościowych dążeń Czeczenów. Identyczną sekwencję wydarzeń widzimy na Bliskim Wschodzie: w 2010 roku rozpoczyna się tam wspierana przez USA arabska wiosna, upadają kolejni dyktatorzy, fala demonstracji dochodzi w końcu do Syrii – sojusznika Rosji na Bliskim Wschodzie. Syryjczycy domagają się zmian, wolności i demokracji, ale Asad nie zamierza ustąpić. Wojsko strzela do tłumów. Demonstracje przeradzają się w zbrojny opór. Po dwóch – trzech latach wojny domowej wydaje się, że dni Asada są policzone, ale wówczas, w 2013 roku, pojawia się na Bliskim Wschodzie nowy gracz – „Państwo Islamskie Iraku i Lewantu”. Okrucieństwo jego zwolenników, barbarzyńskie metody bardzo szybko wzbudzają przerażenie na całym świecie. Wspierany przez Moskwę syryjski dyktator, z ludobójcy używającego gazów bojowych przeciw cywilom staje się nagle partnerem, niezbędnym ogniwem w walce z samozwańczym kalifatem. Nie jest już ważne, że za większość ofiar straszliwej wojny w Syrii odpowiada reżim w Damaszku. Nieważne, że przez długi czas wojska Asada nie walczyły z PI, lecz prowadziły z dżihadystami interesy, handlowały. Wyreżyserowane przez specjalistów od propagandy w PI filmy wideo z egzekucji zachodnich zakładników zrobiły swoje. Mało kto dziś pamięta, że gdy w Iraku rządził sojusznik Rosji Saddam Husajn, przyszli przywódcy kalifatu, a wtedy oficerowie irackiego wywiadu, szkolili się w Moskwie – działo się to do ostatnich dni przed inwazją USA. Potem przez prawie dekadę władze w Damaszku wspierały rebeliantów walczących z Amerykanami w Iraku, głównie sunnitów, z którymi dzisiaj reżim prowadzi wojnę we własnym kraju. Dżihadyści znajdowali w Syrii schronienie, a George W. Bush zaliczył ją do krajów „osi zła”. Jeździłem wtedy do Syrii, Iraku i spotykałem się z nimi. Wszyscy oni kilka lat później dołączyli do PI. Kto więc zyskał na pojawieniu się „Państwa Islamskiego”? Z całą pewnością nie USA, ale Asad i Moskwa. Powstanie PI na Bliskim Wschodzie dało Rosji doskonały pretekst do interwencji w Syrii i wzmocnienia swoich wpływów w jednym z najważniejszych strategicznie regionów świata. Dziś w Damaszku, Aleppo czy na innych terenach kontrolowanych przez Asada de facto rządzą Rosjanie. Budują swoje kolejne bazy wojskowe.


Zgadzam się, że Rosja wykorzystała sprzyjające okoliczności, ale za mało jest przesłanek, żeby uznać, iż PI jest rosyjskim projektem.

Możesz powiedzieć, że Moskwa wykorzystała sytuację. Ale też dopuściła do niej. Znała posunięcia Damaszku. Oczywiście nie wiemy tego, w jakim stopniu FSB inspirowała działania oficerów Husajna po 2003 roku, oraz czy wywieziony z Bagdadu do Damaszku majątek Saddama pomógł w finansowaniu PI. Ludzie, którzy mogliby to ustalić, tacy jak Aleksander Litwinienko, bądź już nie żyją, bądź ich dni są policzone.


Państwo Islamskie” powstało w próżni, jaka pojawiła się, gdy osłabły władze centralne w Iraku i Syrii. Czy widzisz na mapie kolejne miejsce, do którego mogliby udać się teraz dżihadyści?

Nie szukałbym daleko. Znaczna część dżihadystów przeszła do Syrii, w której wciąż są obszary kontrolowane przez rebeliantów identyfikujących się z Al-Kaidą lub innymi radykalnie islamskimi organizacjami. Możliwe, że tam schronienie znalazł al-Baghdadi. Część jego ludzi przejdzie do podziemia, partyzantki i będzie działać w środkowo- zachodnim i środkowym Iraku – tam, gdzie mieszka sunnicka mniejszość. Część „swoich” dżihadystów Rosjanie zabiorą z powrotem do kraju. Zapewne źle skończą. Inni przedostali się już do Turcji, a niektórzy być może zdołali dotrzeć do Europy. Nie musi to jednak oznaczać, że uczynili to, by wysadzić się na stacji metra czy lotnisku w Europie, bo póki co są uciekinierami. Zrobią to dopiero wtedy, kiedy pojawi się zlecenie, a pewnie i budżet. Coraz częściej przekonuję się zresztą, że ruchy dżihadystyczne to jedynie zleceniobiorcy, a zleceniodawcy są o wiele od nich potężniejsi.

 

Rozmowa została opublikowana w numerze 1/2018 (styczeń-luty).

Marcin Mamoń jest reżyserem dokumentalistą i dziennikarzem, pracuje w regionach objętych konfliktami. Współpracował między innymi z TVP, TVN, BBC, Channel 4, WDR. Należy do organizacji Reporters Without Borders. W przeszłości kierownik redakcji publicystyki TVP2. Pracował między innymi w Syrii, Iraku, Rosji, Pakistanie, Somalii, Demokratycznej Republice Konga, Strefie Gazy, na Ukrainie. Autor książki Wojna braci. Bojownicy, dżihadyści, kidnaperzy (Kraków 2017).

 

Fot. Staff Sgt. Shawn Nickel, U.S. Air Force, public domain (commons.wikimedia.org)


Powrót
Najnowsze

Muzyczne polowania na czarownice

17.12.2018
Karolina Blecharczyk
Czytaj dalej

Sport postawiony pod ścianą

15.12.2018
Krzysztof Popek Piotr Rowicki
Czytaj dalej

Obserwatorzy w Działaniu

14.12.2018
NEW
Czytaj dalej

Jak de-rumunizowała się Rumunia?

13.12.2018
Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Medal Stulecia Niepodległości dla KEW

11.12.2018
NEW
Czytaj dalej

Rewolucja mentalna w Armenii

11.12.2018
Jan Brodowski Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu