Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce
2019-01-09
Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska

Julia Wizowska – urodzona w Kazachstanie i wychowana w duchu szacunku dla sowieckich wojskowych, oraz Grzegorz Szymanik – Polak, wyrosły w pogardzie do armii radzieckiej, przybliżają historie bohaterów zza obu stron muru. Opisują życie w radzieckich bazach wojskowych i pokazują, w jaki sposób koszary „nieproszonej armii” przez dekady były codziennym elementem otaczającego nas krajobrazu. W ten sposób powstała reporterska opowieść o tym, co wrasta w człowieka niezauważone i potrafi być trwalsze niż beton i wieczne imperia. Prezentujemy fragment książki – już 16 stycznia  premiera w Wydawnictwie Czarne!

 

Brzeźnica‑Kolonia. Atom i mrówka (fragment rozdziału)

Wejście w ziemi znajduje się wśród paproci, tuż za wyboistą drogą z płyt jumbo. Zaglądamy w jamę i wypatrujemy sarnich oczu, ale widać tylko ciemność, rozlaną jak atrament.

– Tam jest drabina – mówi Igor, wskazując głową.

Schodzimy po rozchwianych przęsłach, spada temperatura i na ramionach pojawia się gęsia skórka. W ciemności mocniej czuć zapach. Mchu, wilgoci, zatęchłej piwnicy.

Oświetlamy halę latarką. Ściany osmalone są dymem. Znowu wytężamy słuch, czy nie słychać sarniego szczekania, a potem idziemy dalej w labirynt ciemnych korytarzy.

– Kici, kici… – woła w tę ciemność Radek, miłośnik militariów. Ma na sobie spodnie moro, bluzę moro i czapkę moro. Jakby się przebrał za liść na wietrze, bo na dodatek chwieje się na nogach. Chłopcy zdążyli wcześniej chlapnąć.

– Kici, kici! – krzyczy.

Porośnięte lasem bunkry tworzą pułapki. Wpadają w nie sarny, utykają w nich dziki. Igor opowiada, że rok temu wyciągał już jedną sarnę z radzieckiego schronu. Wyrywała się i kopała, trzeba ją było związać sznurem. A dziś rano w tym bunkrze ludzie słyszeli kolejną, podobno wpadła i biegała po podziemnych korytarzach, które ciągną się setkami metrów. Są w nich zapadliny i pułapki.

– Kici, kici!

Cisza. Igor poprawia latarkę na czole. W Kłominie, dawnym radzieckim garnizonie, który znajduje się kilka kilometrów od bazy w Brzeźnicy‑Kolonii, Igor Alejnikow służył od 1987 roku. Po wojsku pierwszy raz przyjechał tu w 2004 roku. Teraz przyjeżdża kilka razy w roku. Z okolicznymi miłośnikami militariów z Bornego Sulinowa i Szczecinka jeździ na wyprawy: dżip, bunkry i procenty.

Nad nami dwa metry ziemi. Robi się jakoś duszno. Betonowa piwnica izoluje od świata głos, ciepło i czas. Bo wydaje się, jakby w tych murach stał w miejscu.

– Odosobnienie! Nie wiecie nawet, co robi z człowiekiem – powie Igor. – Żołnierz po zamknięciu w murach garnizonu był jak ta sarna zamknięta w bunkrze i funkcjonował inaczej. Mogłeś się przyzwyczaić i żyć, ale niektórzy nie wytrzymywali. Stąd fala, dezercje, samobójstwa. […]

– Były tutaj. – Igor zamiata ręką powietrze przed sobą. – Podczas całej mojej służby przyjechałem do bazy w Brzeźnicy tylko raz. Nie byłem w środku, bo żeby wejść do środka, trzeba było mieć więcej gwiazdek. Podjechałem tylko do wartowni, z dowódcą. Wysiadł, zamienił trzy słowa z oficerem i wróciliśmy. Znałem Wowkę, który tu służył, był kierowcą. Ale nawet on nie wiedział, co tu jest. „Igor, jak przyłożysz ucho do ziemi, to słychać szum”, opowiadał. Śmiałem się. Też nie wiedziałem, że trzymano tu atomówki – mówi. – Wtedy nie wiedziałem nic – dodaje – oprócz tego, że bronię świata, pokoju i ojczyzny. Moja obrona pokoju i świata polegała głównie na zapieprzaniu w masce przeciwgazowej i kopaniu dołów. W masce ganiałem co środa. Okopy też kopałem w masce, leżąc na boku, żeby niby nie dostać wyimaginowanej kulki. Pot spływa do ust, a ty kopiesz, kurwa, saperką. Ale grunt tu przynajmniej fajniutki, piaszczysty.

Zaglądamy w korytarze, a chłopaki opowiadają, że atomówki znalazły się w miejscu, w którym jesteśmy, z powodu powolnej komunikacji – gdy w 1965 roku wojska Układu Warszawskiego ćwiczyły atak jądrowy na Europę, głowice jechały z ZSRR kolejąi drogami, płynęły morzem i leciały w powietrzu, ale każda z tych dróg zajmowała za dużo czasu. Głowice zawsze docierały za późno. Dwa lata po manewrach ministrowie obrony PRL i ZSRR podpisali w Moskwie umowę: na zachodniej ścianie Polski, przy garnizonach radzieckich, ukryte wśród jezior i lasów, mają być zbudowane trzy magazyny broni jądrowej. Zaprojektowane przez Rosjan bunkry zbudowały polskie wojska inżynieryjne i cywilne przedsiębiorstwa, przekonane, że konstruują tajną instalację dla wojsk łączności.

– Rozdzielmy się, to szybciej nam pójdzie – wpada na pomysł Igor i niknie w korytarzu. Na ścianie sali widać jakieś niewyraźne cyfry.

W 1970 roku Armia Radziecka odebrała trzy identyczne magazyny: Obiekt 3001 (w Podborsku), Obiekt 3002 (w Brzeźnicy‑Kolonii; po jego korytarzach właśnie błądzimy) i Obiekt 3003 (w Templewie). Otoczone murem z potrójnych zasieków i przewodów wysokiego napięcia, z góry przykryte pagórkami porośniętymi sosnami i paprociami. Między ogrodzeniami czekały psy uwiązane na długich łańcuchach, miny sygnałowe, strażnice ze strzelcami wyborowymi, stanowiska z bronią maszynową. Teren patrolował specnaz. Na spadochroniarzy, którzy próbowaliby dokonać desantu na bunkier z nieba, przygotowano rzędy naostrzonych metalowych słupów. Drogi prowadzące do bazy przykrywała siatka maskująca. Z tego wszystkiego tam na górze został tylko beton.

Do magazynu z głowicami wchodziło się wtedy nie dziurą w ziemi, ale przez cztery pary stalowych drzwi, każde grube napół metra. Odblokowywał je mechanizm hydrauliczny po wpisaniu kodu, zmienianego codziennie. Każdej hali strzegł alarm, a żołnierz w rozdzielni nadzorował dosłownie wszystko: ogrzewanie, chłodzenie i poziom fekaliów w zbiorniku. W każdym momencie mógł zablokować drzwi i uwięzić ludzi w środku.

Skarbiec atomowego Ali Baby.

Zamiast złota i szmaragdów, w temperaturze od plus pięciu do piętnastu stopni, na wózkach z ogumionymi kołami leżały przywiązane linami atomowe głowice.

Gdy tu sobie leżały, polscy dyplomaci domagali się w ONZ denuklearyzacji i likwidacji składów Niemiec Zachodnich.

Świecimy latarkami i próbujemy wyobrazić sobie, jak bunkier mógł wtedy wyglądać, ale to trudne. Sale i korytarze, już bez tynku i farby, pokryte sadzą i wilgocią, wyglądają tak samo. Na myśl przychodzi nam jedno słowo: zapomnienie. Jakbyśmy przedzierali się przez labirynt czyjejś podświadomości. Przez korytarze lęków żołnierza okresu zimnej wojny.

Ściany są czarne od dymu, bo po armii wprowadzili się do magazynów bezdomni, palili ogniska. Dziś czasem nocują tu turyści, eksploratorzy opuszczonych miejsc. Igor natknął się kiedyś naparę z Poznania, która spała w namiocie w hali atomowej.

Kolejny korytarz się kończy, zawalony gruzem, dalej nie przejdziemy. Duszno.

Słychać echo pijackiej czkawki Radka. Nie wiadomo, czy daleko, czy blisko. Coraz duszniej.

W Polsce o atomówkach wiedziało dwunastu apostołów – oficerów wysokiej rangi. Informacje były zamknięte w sejfach sztabowych, w kopertach podpisanych kryptonimem „Wisła”. W teczce Wisły można znaleźć informację, że w połowie lat osiemdziesiątych w bunkrach było magazynowane: czternaście głowic o mocy 500 kiloton, trzydzieści pięć o mocy 200 kiloton, osiemdziesiąt trzy o mocy 10 kiloton, dwie bomby lotnicze o mocy 200 kiloton, dwadzieścia cztery o mocy 15 kilotoni dziesięć o mocy 0,5 kilotony. Sto sześćdziesiąt osiem ładunków jądrowych, mniej więcej po sześćdziesiąt w każdym magazynie.

W sumie to 1039,6 Hiroszimy („Little Boy” zrzucony na Hiroszimęmiał 15 kiloton).

W razie wybuchu wojny Polacy mieli głowice odebrać i przetransportować dalej do radzieckich batalionów na Zachodzie. A gdy zajdzie potrzeba – użyć. Podczas ewentualnej wojny z NATO setki tysięcy żołnierzy, tysiące czołgów miały przejechać przez Polskę. Przygotowana była odezwa do władz Kopenhagi, bo w wypadku wojny Polacy mieli desantować się na plaże w Danii.

Zza zakrętu wychodzi Igor. Snop światła kieruje sobie na twarz.

– Przyjechałem kiedyś połazić samotnie po magazynie. Jak wracałem, natknąłem się w lesie na dziadka na rowerze, był na grzybach. Ciuchy miałem jak zwykle, mundur z demobilu z rosyjską naszywką na ramieniu. Zatrzymał rower. „Rosjanin? Co tu robisz?”, zapytał. „Tu jest bunkier atomowy. Zmieniałem akumulator, żebyśmy nie stracili łączności z satelitą”, jakoś mi się powiedziało. W życiu nie widziałem, żeby ktoś tak szybko pedałował – śmieje się Igor. Zwielokrotniony przez echo śmiech wywołuje ciarki, nie brzmi jak śmiech.

Korytarz zwęża się ku horyzontowi, nie ma drogi.

O głowicach jądrowych w Polsce wiedziało NATO. W planach kontruderzenia zachodnia Polska zmieniała się w atomowy rów. Bała się tego polska generalicja. Projekt Albatros zakładał wybudowanie trzech podziemnych schronów atomowych. Pewnego razu na odprawie szkoleniowej w Sztabie Generalnym generał Tadeusz Tuczapski, główny inspektor Obrony Terytorialnej, zaczął krzyczeć do generała Jaruzelskiego: „Trzeba dać więcej na obronę cywilną, żeby można było wybudować porządny bunkier, zamknąć w bunkrze stu Polaków, jebaków z prawdziwego zdarzenia, i dwieście kobiet, żeby mogli odbudować naród polski. Dajcie nam na to pieniądze!”.

Atomówki wyjechały z Polski jeszcze przed 1990 rokiem i rozwiązaniem Układu Warszawskiego. NATO wykreśliło wtedy Polskę z listy celów atomowych. Ale teczka Wisły została odtajniona dopiero w 2006 roku.

Obiekt 3002, po którym chodzimy, to dziś podziemna ruina.

Obiekt 3001 w Podborsku jest własnością Muzeum Oręża Polskiego. Wyremontowano go, naprawiono suwnicę, wentylatory i pompy, odmalowano ściany i otwarto zwiedzanie. Ostatnio muzeum stara się o ćwiczebne wersje bomb i głowic.

W Obiekcie 3003 w Templewie część budynków na powierzchni rozsypała się, a reszta została rozebrana. Zostało tylko to, co pod – bunkry oddzielone od warstw ziemi metrową żelbetonową ścianą, z góry porosłe świerkowym lasem. W 2012 roku do jednego z bunkrów weszli naukowcy, chcieli liczyć nietoperze, które wlatują do środka przez szczeliny.

Na betonowej podłodze znaleźli kopiec mrówek. Przekopali go, ale w środku nie było larw ani królowej. Same robotnice. A jednak kopiec żył i funkcjonował od dawna. Skąd przybywały nowe mrówki? Okazało się, że spadają z nieba prosto do Hadesu. Na powierzchni, nad szybem wentylacyjnym, znajdował się zwykły kopiec, lecz metalowa pokrywka skorodowała i nieostrożne mrówki spadały przez dziury. Choć mogłyby wrócić po ścianie, nie wiadomo, dlaczego nie wracają nigdy. Stają się mrówkami podziemnymi, w wiecznej ciemności i wiecznym chłodzie budują swój kopiec. Żyją tam na granicy śmierci, bo brakuje pożywienia. Czym właściwie się żywią? Nie wiadomo. W podziemiach żyją rok, trzy razy krócej niż na powierzchni. Obok kopca jest ogromne cmentarzysko owadów, kilkucentymetrowa warstwa trupków. Mrówcze miasto nigdy nie mogłoby więc funkcjonować, gdyby nie wciąż nowe mrówki spadające z góry.

Wychodzimy po rozchwianej drabinie na powierzchnię. Oślepiają nas promienie słońca, jakbyśmy nie widzieli go od tygodnia. Nie znaleźliśmy sarny, choć wśród zalanych korytarzy wydawało się przez chwilę, że słychać chrobot i ciche skomlenie.

 

Seria Reportaż, Wydawnictwo Czarne

Premiera: 16 stycznia 2019

Więcej


Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – bez Polaków czulibyśmy się dziś osamotnieni

22.08.2019
Mateusz Stachewicz Ołena Bodnar
Czytaj dalej

Gruzja: pełzająca aneksja

20.08.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Warszawa: Tych lat nie zapomni historia… Stosunki polsko-sowieckie w czasie II wojny światowej

19.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu