Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Litwini nad Morzem Łaptiewów
2019-05-30
Dalia Grinkevičiūtė, Kamil Pecela (tłum.)

Wkrótce nakładem wydawnictwa Kolegium Europy Wschodniej ukażą się wspomnienia Dalii Grinkevičiūtė (1927–1987) Litwini nad Morzem Łaptiewów, świadectwo jednego z najbardziej traumatycznych doświadczeń narodu litewskiego w XX wieku. Wspomnienia z zesłania do syberyjskiej Jakucji w czasie drugiej wojny światowej stały się na Litwie tekstem niemal kanonicznym. Książkę na polski przełożył Kamil Pecela, a przedsięwzięcie wsparł Litewski Instytut Kultury. Prezentujemy fragment tej niezwykle poruszającej książki.

 

Co dziesięć – piętnaście minut podjeżdża ciężarówka. Wsiada do niej dwudziestu ludzi z dziećmi i rzeczami, po czym auto od razu znika w wirze pyłu. Dzień jest gorący. Nie ma cienia. Wszystko wysuszyliśmy. Do wieczora wywożą trzy czwarte ludzi. Plac na brzegu pustoszeje. Robi się chłodniej. Wreszcie całkiem zimno. Narzucam zimowy płaszcz. Na wielkiej przestrzeni płoną ogniska. Pozostawili je ludzie, którzy nie zdążyli sobie nic ugotować, ponieważ przyjechały samochody. Dopalają się ukradzione z jakiejś budowy deski. Przy jednym z ognisk siedzi dziewczynka w moim wieku. Podchodzę i staję po drugiej stronie ognia. Tak jak ja ma na sobie mundur skautki. Zauważam, że jest bardzo ruchliwa, ma niebieskie oczy. Jasne warkocze. Typ Litwinki, pomyślałam.

– Widziałam cię w baraku w Makarowie. Jesteś z Kowna?

– Z Kowna. A ty?

– Z Szawli.

Mierzymy się wzrokiem, ale nie odnajdujemy więcej słów. Idę dalej, widzę, że przyjechała ciężarówka i ta moja znajoma wspina się na pakę. Samochód oddala się z gwizdem. Oto cała znajomość. Kto wie, czy jeszcze kiedyś się spotkamy? Ale życie jeszcze zetknęło nas ze sobą, i to w bardzo ciekawych okolicznościach.

Następnego ranka o świcie, około wpół do piątej, również do naszej grupki podjechała ciężarówka. Wtłoczyliśmy się do niej. Nie zmieścił się cały wagon, a jedynie około dwudziestu pięciu ludzi. Pamiętam Krikštanisa, Noreikienė z Daliusem, Nausėdienė, Jasinskienė z Dalią, Albertasa Janonisa z matką, Dovydaitienė z Birutą, Žukienė, Grockisa i innych. Po kilku minutach mkniemy już dobrą szosą za innymi ciężarówkami. Zaświtał gorący 25 lipca. Dziś musimy pokonać niemałą odległość (około trzystu kilometrów) między Angarą a Leną. Kierowcy są wprawni, prowadzą samochód z szaleńczą prędkością, ciężarówka niebezpiecznie przechyla się na zakrętach, a my wrzeszczymy. Proszę kierowcę, żeby jechał wolniej, chociaż dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Wyłazi z kabiny, staje na schodku i przygląda się nam, nie trzymając kierownicy (a prędkość – ogromna). Widzi, że jesteśmy biali jak prześcieradła, więc dłużej nie żartuje. Gorąco. Jedziemy przez lasy pełne zwierząt, ale człowieka nie uświadczysz zapewne w promieniu trzystu kilometrów. Olbrzymie drzewa leżą powalone od wieków. Lasy, lasy, lasy – gęste, potężne, nieprzebyte, jeszcze nie stanęła w nich ludzka stopa. A w Związku Radzieckim brakuje papieru. Daleko stąd, w Stalingradzie, trwają przygotowania do wielkich bitew, koncentruje się armia, huczą samoloty i działa, a tutaj cisza, pędzi tylko ten samochód wiozący litewskich zesłańców do szerokiej Leny. Nie ma wody. Duszno. Kurz zalepił twarze, oczy, usta i całe ciało. Wyciągnęliśmy się z Albertasem na tobołkach na końcu ciężarówki, dzięki czemu ochładza nas wiaterek.

Nagle Jasinskienė zaczyna krzyczeć strasznym, dzikim głosem, wywraca oczy, odrzuca od siebie dwuletnią Dalię i zaczyna dusić samą siebie. Mężczyźni szarpią jej ręce, ale ona konwulsyjnie ściska szyję, a niebieskie żyły wychodzą jej na czole. Oderwali. Znaleźliśmy wodę, zwilżyliśmy jej twarz i napoiliśmy. Kobieta się uspokoiła, znów głaszcze i całuje swoją Dalię, znowu chce żyć. Ach, te nerwy... Tak trudno nad nimi zapanować, zwłaszcza zesłańcowi.

Zatrzymujemy się około trzeciej po południu. Natychmiast pędzimy do lasu. Jak okiem sięgnąć rozciąga się czerwone poszycie – jagodnik. Orzeźwiamy się trochę i zarazem gasimy pragnienie. Po kilku godzinach przerwy znowu pędzimy. Wciąż zbocza i zbocza. Oszalały kierowca nie zmniejsza prędkości i ciągle zbliżamy się do Leny. Nastał wieczór. Potem noc. Zimno. Auto brzęczy bez ustanku. Zrobiło się trochę strasznie. Patrzymy z Albertasem na obydwie strony szosy – wszędzie ciemny, ponury, nieprzebrany las. Przyjemnie tak siedzieć obok młodego Albertasa na brzegu samochodu i pędzić w mrok przez te niemające końca i granicy puszcze. Albertas uczył się w studium dramatycznym w Szawlach, zdaje się, że je skończył. Kochał przyrodę i ludzi, miał delikatną, piękną duszę. Z jakiegoś powodu przypominał mi Aloszę ze Skrzywdzonych i poniżonych Dostojewskiego: wysoki, niezwykle szczupły, jasnowłosy młodzieniec o pięknej twarzy i niebieskich oczach. „Teatr, Dalia, to marzenie mojego życia, mój cel, alfa i omega. Gdy skończy się wojenny zamęt, wrócę na scenę i swoją grą podniosę ludzi do pięknego życia, będę budził szlachetne uczucia. Przecież życie jest bardzo piękne, wspaniałe i ciekawe” – mawiał do mnie często, a jego niebieskie oczy rozpalały się i uśmiechały. Chce się spać. Zbliżamy się do Ust’-Kutu. To przystań nad Leną. Ranek, wpół do siódmej. Dokładnie dobę później jesteśmy w Ust’-Kucie. Samochód wjeżdża do miasta namiotów. Włazimy do pierwszego, który się natrafia, i zasypiamy.

Spędzamy tu dwa tygodnie w oczekiwaniu na parowce. „Moskwa” i „Lermontow” wywiozły już dwie partie ludzi. Teoria amerykańska nie traci na popularności. Kto w nią nie wierzy, jest okrzykiwany pesymistą, półgłówkiem, trucicielem nastrojów i beksą. Ludzie wyraźnie pragną wierzyć w swoje bożki. Nie wolno im przeszkadzać w tym optymizmie. Dni są piękne, kąpiemy się, jeść dają dobrze: pięćset gramów chleba i trzy porcje kaszy perłowej na człowieka. Kąpiemy się w łaźni – to jak kurort. W namiocie spotykamy naszych dawnych kowieńskich sąsiadów – rodzinę profesora Vilkaitisa. Postąpiłam nietaktownie. W ciągu dnia wszyscy idą na jagody, a ja zostaję. Profesor pyta mnie o powód.

– Nie lubię chodzić na jagody – wyjaśniam.

– Zobaczyłabyś wiele pięknych i ciekawych roślin tej krainy. – Profesor nie odpuszcza, uśmiecha się i patrzy na mnie badawczo.

– Ach, ta botanika… Przyznam, że strasznie jej nie lubię, nie interesuje mnie – peroruję, ale przypominam sobie, że Vilkaitis to botanik, i gryzę się w język.

Uśmiecha się wyrozumiale.

– Osiem lat siedziałem z twoim ojcem w jednej ławce, był dobrym kolegą. Kto wie, może się jeszcze spotkamy.

– Mooooże...

Z drugiej strony – rodzina Balčiusów. Są z Daugów. To Dzukowie. Bardzo sympatyczni ludzie. On jest byłym nauczycielem, dowódcą oddziału strzelców. Dziwne tylko, że nie wysłano go do łagru. Wieczorem pieśni – piękne, pełne tęsknoty za ojczyzną, smutne pieśni zesłańców. Płacze dziecko, którego matka cztery dni temu zgubiła się podczas zbierania jagód.

Nadbrzeże Leny. Fale biją o brzegi. Rzeka jest szeroka. Stoją na niej parowiec „Nadieżda Krupska” i dwie duże barki. Przenosimy się na jedną z nich. Prowadzą „apostołowie”. Barki są pasażerskie i dość wygodne. Każdy z nas ma coś na kształt posłania. Cały nasz wagon trafił tu razem – to bardzo przyjemne. Przywykliśmy już do siebie i trochę się zaprzyjaźniliśmy. Nocujemy jeszcze na kamienistym brzegu, przy huku fal Leny. Stoję przy wodzie i patrzę na rzekę – ilu nieszczęśników carska władza spławiła tą wodą do dalekich miejsc zesłania... Ilu młodych, najlepszych synów i ile córek ziemi spławiły te fale i nie oddają? Ilu z tych ludzi zginęło na zesłaniu? Ile nadziei, tęsknoty i chęci walki uniosły te fale? Zesłanie ochłodziło ich entuzjazm, stępiło uczucia, zamordowało, pożarło ich najlepsze lata. Dokąd nas zawiozą? Czyżby do Ameryki? Całą swoją istotą czuję, że nie mogę dłużej się oszukiwać. Również ciebie, Dalia, czeka długa walka. Jeszcze dużo nawojujesz się z życiem, ze śmiercią. W mroku nocy woda w rzece robi się czarna. Fale rozbijają się o brzeg. Siąpi drobny deszczyk.

 

Przekład: Kamil Pecela

Wydawnictwo KEW

Premiera: 24 czerwca 2019

Więcej


Powrót
Najnowsze

Płomień Braterstwa – Szukanie łączników

16.08.2019
Sonia Knapczyk
Czytaj dalej

Obalić bolszewików

15.08.2019
Jan Pisuliński
Czytaj dalej

Schyłek putinizmu nie jest równoznaczny z perspektywą budowy demokracji

14.08.2019
Jadwiga Rogoża Krzysztof Popek
Czytaj dalej

Gdańsk: Pokazucha. Na gruzińskich zasadach

12.08.2019
NEW
Czytaj dalej

Jedenasta rocznica wybuchu wojny sierpniowej

08.08.2019
Wojciech Wojtasiewicz
Czytaj dalej

Donbas – pokoju nie będzie

08.08.2019
Aleksander Kowalewski
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu