Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Rola intelektualistów w Europie zanika
2019-09-16
Drago Jančar, Nikodem Szczygłowski

Z Drago Jančarem, jednym z najbardziej znanych słoweńskich pisarzy, eseistą i dramaturgiem, rozmawia Nikodem Szczygłowski

 

 

 

NIKODEM SZCZYGŁOWSKI: Krzysztof Czyżewski określił Pana jako „człowieka z obrzeży“, samotnego intelektualistę, który stara się zachować dystans wobec otoczenia na tle niełatwej historii Słowenii. Z tej też przyczyny narodowcy dostrzegają w Panu liberała, z kolei liberałowie – narodowca. Jak jest naprawdę? Jak Pan się czuje w dzisiejszej Słowenii?

DRAGO JANČAR: Widocznie musiałbym w tym miejscu rozpocząć polemikę, gdyż w sposób oczywisty nie postrzegam siebie jako narodowca, aczkolwiek nie jestem również liberałem. Nie mógłbym w sposób jednoznaczny określić swoich poglądów politycznych, ale zgodziłbym się z Czyżewskim odnośnie tego „bycia na marginesie”, na „obrzeżach”, jak właściwie każdy pisarz powinien być. Jednak musimy zadać sobie pytanie – czym są obrzeża, a czym jest centrum? Kiedyś działaliśmy na marginesie, jednak później znaleźliśmy się w centrum uwagi, nasze teksty miały wpływ na ludzi, którzy wówczas stanowili centrum.

Z kolei odnośnie rzekomego „nacjonalizmu”: w sposób oczywisty dołożyłem wszelkich starań do dążeń niepodległościowych Słowenii, jednak dopiero wówczas, kiedy było już ostatecznie jasne, że Jugosławia wyczerpała wszelkie możliwości ku transformacji w demokratyczne państwo. Do ostatniej chwili próbowaliśmy rozmawiać o konfederacji i demokratyzacji Jugosławii, więc ten „nacjonalizm”, powiedzmy, miał wymiar wyłącznie odnośnie mojej pozycji wewnątrz Jugosławii, chociaż nawet określenie tego w ten sposób będzie mocno naciągane. Na przykład pisarz chorwacki Predrag Matvejević określił mnie jak człowieka, który czuje nostalgię kulturową wobec Jugosławii, którą oswoiłem w sobie. I rzeczywiście ją odczuwam: z Jugosławią byłem bardzo ściśle związany – miałem mnóstwo przyjaciół od Skopja do Belgradu, moje książki były tłumaczone i wydawane w całym kraju, moje dramaty wystawiane na scenach wszystkich teatrów Jugosławii.

 

Dziś odbywają się wybory do Parlamentu Europejskiego [rozmowa miała miejsce 26 maja – przyp. NS]. W Polsce i Czechach poszczególne siły polityczne prowadziły kampanię wyborczą pod niemal identycznym hasłem „Jesteśmy sercem Europy”. Słowenia – podobnie jak inne kraje Europy Środkowej oraz kraje bałtyckie – już od piętnastu lat jest członkiem Unii Europejskiej. Co to oznacza dla Słoweńców? Czy będąc małym krajem „na obrzeżach”, Słowenia wciąż widzi możliwości wpływania na decyzje Wspólnoty?

Nie sądzę, że Słowenia ma jakiś istotny wpływ. Polska, siłą rzeczy, ma dużo większą wagę w historii Europy. Kiedyś napisałem esej Rozważania o Polsce (Premišlevanja o Poljski, 1996), w którym to tekście postawiłem tezę, że „Solidarność” była tą siłą, która wyciągnęła pierwszą cegłę z Muru Berlińskiego. Rzeczywiście, tak było, w dalekim Gdańsku ktoś przeskoczył przez mur i proces się zaczął. Polska dzisiaj jest integralną częścią UE i wszystko, co się dzieje w Polsce, ma niewątpliwie większe znaczenie w porównaniu do tego, co odbywa się w Słowenii. Należy jednak zaznaczyć, że Słowenia jest wyjątkowo europejskim krajem, większość Słoweńców dobrze się czuje w Unii, a eurosceptyzm nie ma u nas większych szans. Oczywiście, mamy własną prawicę, lewicę, jak w każdym normalnym społeczeństwie demokratycznym.

 

Sytuacja polityczna, która ukształtowała się obecnie w Polsce – lub na przykład w Czechach – w dzisiejszej Słowenii jest mało prawdopodobna?

Zwątpienie w kierunek rozwoju, podobnie jak to miało miejsce w Polsce, jest rzeczywiście mało prawdopodobne. Nawet tacy wpływowi ludzie, jak Adam Michnik i inni intelektualiści – kiedyś również pisywałem do „Gazety Wyborczej“ – teraz, w zaistniałej sytuacji niewiele mogą zmienić, żeby kraj dążył w kierunku normalnego, powiedziałbym, otwartego i tolerancyjnego modelu rozwoju Polski, tak jak oni ją sobie wyobrażają. Pod tym względem, rzeczywiście, sporo rzeczy istotnie się zmieniło ostatnio. Jednak nie czuję się na siłach szczegółowo komentować wydarzenia w Polsce.

 

Przyjrzyjmy się więc Pańskiej twórczości. Powieść Widziałem ją tej nocy (To noč sem jo videl)[1] właśnie została przetłumaczona na siedemnasty język europejski – ukraiński. Na czym polega sukces tej powieści? Dlaczego historia Veroniki Zarnik jest interesująca dla czytelników w różnych krajach, w tym tak odległych od siebie, jak przykładowo Finlandia i Rumunia?

I nie tylko... W przyszłym tygodniu właśnie wyjeżdżam do Argentyny, gdzie powieść została wydana po hiszpańsku przez wydawnictwo w Buenos Aires. Problematyka, którą porusza ten tekst, jest rzeczywiście dość uniwersalna. Najbardziej aktualna jest, siłą rzeczy, dla czytelnika europejskiego, dla mieszkańców Ameryk możliwie nieco mniej zrozumiała. Europejczycy natomiast mieli do czynienia z wszelkimi możliwymi formami totalitaryzmu w swojej historii, dla przykładu w Słowenii w ciągu stosunkowo krótkiego okresu historii doświadczyliśmy nawet trzy lub cztery rozmaite dyktatury. Powieść przybliża sylwetkę kobiety, która nie chciała brać udziału w wydarzeniach historycznych, nie interesowała ją przeszłość ani polityka, lecz nie zważając na to, znalazła się w samym środku przerażających wydarzeń i ostatecznie za to musiała zapłacić życiem, razem ze swoim mężem. Właśnie z tego względu prawdopodobnie, ten tekst został bardzo dobrze przyjęty przez czytelników francuskich – we Francji również mieli swój resistancé, bolesne doświadczenia okupacji, zjawisko kolaboracji.

 

Niemal wszystkie Pana powieści można określić jako historyczne. Dlaczego dziś świadomość historii i jej roli jest tak istotna?

Powieść w pełni historyczna, podobnie jak w pełni współczesna, raczej nie istnieje. Przecież gdybyśmy pisali powieść, której akcja przykładowo toczy się teraz, w tym barze Opera, ta powieść, siłą rzeczy, już od początku byłaby również historyczna: po 20–30 latach z pewnością tak by właśnie wyglądała. Nie sądzę, że można pisać inaczej. Czesław Miłosz kiedyś powiedział: „Kim jesteśmy, jeśli nie ogniwami w łańcuchu pomiędzy przeszłością a przyszłością”. Właściwie jesteśmy tymi ogniwami, ponieważ żyjemy ze swoją przeszłością, którą przekazujemy przyszłości. Nieistotne przy tym, czy piszemy o wieku XVIII, czy o drugiej wojnie światowej, rzeczywiście piszemy o jakimś etapie rozwoju ludzkości, ponieważ człowiek w istocie swojej nie zmienił się aż tak bardzo od czasów antycznych Greków, z właściwymi sobie pasją, zdradą, odwagą, lękiem etc.

 

Inaczej mówiąc, historia dzieje się dzisiaj?

Absolutnie!

 

Ukraińskie tłumaczenie powieści – ostatnie, które się ukazało – w przekładzie Marjany Kłymeć, wykładowczyni z Uniwersytetu Lwowskiego, zostało wydane przez wydawnictwo w Czerniowcach. Obydwa miasta na początku ubiegłego stulecia należały do Austro-Węgier, a Lwów był jednym z największych miast rozległej monarchii naddunajskiej. Dwa pociągi dziennie relacji Lwów-Triest wyruszały ze stolicy Galicji nad Adriatyk i zatrzymywały się również w Mariborze i Lublanie. Czy możemy wciąż mówić o jakiejś dostrzegalnej formie wspólnej przestrzeni kulturowej na obszarze pomiędzy Triestem i Lwowem?

Słyszałem, że dworce kolejowe w Czerniowcach i Lublanie są podobne do siebie. Podobne są również gmachy opery. Co z kolei oznacza, że życie w tej wspólnej przestrzeni miało wówczas wyjątkowo intensywny wymiar. Z pewnością na tychże stacjach kolejowych podróżujący wszędzie mogli zamówić gulasz. Z moim przyjacielem, poetą z Salzburga, kiedyś nawet żartowaliśmy, że Europa Środkowa sięga tam, gdzie na stacjach kolejowych można było zjeść gulasz. W sposób oczywisty łączą nas architektura i – ogólnie rzecz biorąc – namacalne wyrazy tego potężnego rozwoju, którego świadkami w tamtych czasach byliśmy. W Słowenii, która opuszczając Austrię dołączyła do Jugosławii, popularnie mówiło się o „więzieniu narodów” w odniesieniu do Austro-Węgier. Jednak gmachy opery lub Słoweńskiego Teatru Narodowego powstały właśnie w dobie panowania Austro-Węgier. Właśnie wtedy, na początku XX wieku, i my, Słoweńcy, i Polacy w Galicji razem z Ukraińcami, i inne narody żyliśmy w epoce niezwykłego rozwoju kulturowego. W tej naszej wspólnej przestrzeni kultura i gospodarka okazały się jednak być na wyższym poziomie w stosunku do tego, co przyniosły nam wkrótce wydarzenia w XX wieku.

Dlatego też frazesy o „więzieniu narodów” w tym kontekście wyglądają śmiesznie. W sposób oczywisty byliśmy ze sobą bardzo powiązani. I nie tylko dlatego, że w Galicji podczas pierwszej wojny światowej zginęły tysiące słoweńskich żołnierzy. W połowie XIX wieku w Słowenii mieszkał Emil Korytko, który z powodu oskarżeń o polski nacjonalizm (liberalizm i nacjonalizm, sięgając po ówczesne określenia) został skazany na zesłanie z Galicji i przymusowe osiedlenie w Lublanie. Na miejscu on od razu nawiązuje rozmaite kontakty z ludźmi ze środowisk literackich oraz rozpoczyna pracę nad zbieraniem słoweńskiej folklorystyki. Postać i życiorys Korytka były inspiracją do jednego z moich dramatów pt. Grand Valse Brillante (Veliki briljantni valček). W jednej z jego rozpraw naukowych, a ściślej rzecz biorąc w zachowanych notatkach do niej, przeczytałem o polskim oficerze, powstańcu listopadowym Sewerynie Drohojewskim, który po upadku powstania przybył tutaj. Leżał ranny w jakimś jarze, gdzie go odnaleziono i skierowano do miejscowego szpitala. Napisałem dramat, w którego centrum jest postać historyka, który studiuje życiorys tego powstańca. Ta pasja stała się przyczyną skierowania historyka do szpitala psychiatrycznego, „psychuszki“, jak tego typu instytucje były nazywane przez Rosjan w Związku Radzieckim. I oto w tym szpitalu psychiatrycznym polski powstaniec staje się symbolem buntu. Sednem tekstu są wydarzenia znaczną miarą autentyczne, z kolei ten polski powstaniec, zgodnie z tym, co podaje Korytko, pochodził ze Lwowa. Dramat był wystawiany w całej Jugosławii w czasach „Solidarności” w Polsce i widzowie, oczywiście, w sposób odpowiedni to odbierali. Aczkolwiek dramat w sposób bezpośrednio nie odwoływał się do wydarzeń politycznych, lecz raczej opowiadał o buncie, dążeniu i walce o wolność, i tak właśnie jugosłowiańscy, a nieco później również węgierscy reżyserowie to interpretowali. Sztuką interesowano się również w Bułgarii, w Sofii. Były to ostatnie lata komunizmu. Bułgarski teatr narodowy zwrócił się do mnie z propozycją współpracy, oczywiście się zgodziłem. Postawiono mi jednak warunek – mianowicie zmienić imię jednej z głównych postaci, sanitariusza Wołodii, który nęka pacjentów szpitala. Ten warunek wydał mi się dziwny, założyłem wówczas, że imię kojarzy się z rosyjską okupacją, ostatecznie nie zgodziłem się na zmianę, więc do wystawienia nie doszło. Później, już po zmianie reżimu, dramat został jednak wystawiony, grano go na dwóch bułgarskich scenach teatralnych. Pewnego razu w Szwajcarii miałem spotkanie z bułgarską dziennikarką, która wyjaśniła mi, że problem polegał nie w „rosyjskości” tego imienia, lecz w tym, że zięć ówczesnego ministra kultury Bułgarii właśnie tak się nazywał. Był to człowiek, który lubił luksusowe amerykańskie auta oraz słynął z tego, że wywierał presję na teatry, wydawnictwa w Bułgarii.

Taka oto historyczna anegdotka.

 

Czy można stwierdzić, że w kontekście austro-węgierskiej Galicji również dajmy na to Ukrainę Słoweńcy postrzegają w większości poprzez pryzmat historii Polski?

Tak, to prawda. Dopiero w ciągu ostatnich lat sytuacja staje się bardziej jasna pod tym względem. Ogólnie rzecz biorąc w Słowenii o Ukrainie wiedzą niewiele. Istnieją oczywiście jakieś ogólne wyobrażenia. Dzięki na przykład Sienkiewiczowi, którego lubiłem czytać w dzieciństwie, wiedziałem chociażby o Chmielnickim. Znam trochę historię tego regionu, ale wiedza średniostatystycznego mieszkańca Słowenii jest raczej ograniczona. Coś tam wie się na temat Rusi Kijowskiej, o tym, co odbywało się podczas drugiej wojny światowej, o Hołodomorze – Wielkim Głodzie na Ukrainie. Lecz ogólnie rzecz biorąc, ta wiedza jest bardzo niepełna i dopiero w ostatnich latach sytuacja zaczęła się nieco zmieniać, ze względu na aktualne wydarzenia. Przed planowanym wyjazdem do Lwowa (do którego ostatecznie nie doszło), sięgnąłem po więcej literatury na temat waszego regionu i muszę przyznać: wcześniej myślałem, że historia Słowenii jest okropna, lecz kiedy poczytałem o tym, co działo się przed drugą wojną światową i w jej trakcie (w Polsce i na Ukrainie), o losach Polaków, Ukraińców, Żydów, Rosjan, zrozumiałem, że to dopiero można określić mianem piekła historii. Ten straszliwy chaos, z którego jednak wyłoniły się demokratyczne kraje – to rzeczywiście cud.

 

Wróćmy jeszcze do powieści Widziałem ją tej nocy, która jest wyjątkowo powiązana z historią Słowenii podczas drugiej wojny światowej. Temat w niej poruszony przeplata się również z innymi Pana tekstami, które z kolei również nawiązują do ciemnej strony słoweńskich dziejów, na przykład opowiadają o ruchu tzw. domobrańców[2]. W roku 1974 został pan aresztowany za próbę przemycenia przez granicę książki Branko Rozmana pt. V rogu ležimo pobiti (W rogu leżymy zabici). Ta pozycja była zabroniona w Jugosławii właśnie z powodu poruszania tematu historii domobrańców. Został pan oskarżony o „szerzenie wrogiej propagandy“. Gdzie były granice złotych wolności Jugosławii, których tak zazdrościły inne zniewolone narody tzw. bloku wschodniego?

To nie jest takie proste... Właściwie byłem jednym z ostatnich, którzy ucierpieli od dyktatury w latach siedemdziesiątych. Wówczas Tito wydał pewne postanowienie, po epoce liberalizmu ponownie nadszedł czas „twardej ręki”. Pytanie właściwie nie dotyczyło tylko tej książki, byłem wówczas redaktorem studenckiej gazety, miałem inne grzechy wobec reżimu na sumieniu. Ta książka była tylko ostatnią kroplą. Otrzymałem wyrok jednego roku więzienia, z którego odsiedziałem trzy miesiące, później objęła mnie amnestia, zostałem ułaskawiony. Było to ciekawe doświadczenie, które opisałem następnie w powieści pod tytułem Zvenenje v glavi (Dźwięczenie w głowie). Ten epizod nie był to aż tak znaczący, gorsze natomiast było to, że później, w ciągu jeszcze około 5–6 lat nie mogłem niczego publikować. Był to ciężki dla mnie okres.

W Jugosławii w tym czasie, w porównaniu do innych krajów Europy Wschodniej, rzeczywiście było znacznie więcej wolności. Należy jednak podkreślić: wolność była relatywna. Po roku 1964 granice były otwarte, w sferze kultury również odczuwało się wolność. Wszystkie moje teksty – przed i po wspomnianej historii – były publikowane, dramaty wystawiane na scenach teatrów, dużo tłumaczyliśmy, mieliśmy wszystkie aktualne tłumaczenia angielskiej, francuskiej literatury, cały Sołżenicyn został przetłumaczony, polscy autorzy, którzy byli na indeksie w Polsce – wszystko to było dostępne niemal bez ograniczeń w Jugosławii. Krótko mówiąc, w sensie kulturowym, Jugosławia była otwartym krajem, aczkolwiek ta otwartość miała również swoje ograniczenia. Powiedzmy, w literaturze wszystko było mniej więcej dozwolone, w teatrze również, jednak jeśli chodzi o kino, to sprawy wyglądały już nieco inaczej. Chociaż tzw. czarna fala kina jugosłowiańskiego była bardzo znana i ceniona, powstawały filmy, które pozwalały sobie na ostrą krytykę reżimu, jak chociażby „Czarny film”[3]. Nie mogliśmy też wydawać niezależnej prasy, o polityce w ogóle nie należało mówić. Była to taka wyrafinowana gra komunistów, sądzę, że jeśli tylko ten reżim w jakikolwiek sposób byłby w stanie demokratyzować się, możliwe, że nie doszłoby do rozpadu Jugosławii. Jugosłowianie, na odmianę od innych narodów Europy Wschodniej, np. Czechów i Słowaków (Czechosłowacja w okresie do drugiej wojny światowej należała przecież do najbardziej rozwiniętych państw Europy), w odróżnieniu też od Polaków, mogli podróżować, czuli się wolni i najzwyczajniej nie pragnęli zmian, nie dążyli do obalenia reżimu. Oczywiście, w świetle wszystkich problemów, które jednak wkrótce zaczęły się mnożyć, istotną rolę zagrały później również rozbudzone nacjonalizmy.

 

W tekście Wspomnienia o Jugosławii (Spomini na Jugoslavijo)[4] pisze Pan między innymi, że Jugosłowianie nie odczuwali solidarności z narodami Europy Środkowej: Polakami, Czechami, Węgrami...

Nawet później, na przykład w latach dziewięćdziesiątych, na adriatyckim wybrzeżu z góry patrzono na turystów z Czech, dla nich prawdziwi turyści to wyłącznie byli Niemcy. Teraz jest inaczej. Z kolei w Europie Wschodniej na Jugosławię patrzono jak na coś lepszego – przykładowo Tito w Pradze był witany z ogromnym entuzjazmem. W Budapeszcie w 1955 roku ludzi wieszano za podejrzenie o „titoizm“. Jugosławia z pewnością nie była złym krajem. Nie dała rady utrzymać się nie z powodu jakiegoś wybuchu nacjonalizmów, chociaż, oczywiście, to również miało miejsce i odegrało swoją rolę, lecz przede wszystkim dlatego, że była to dyktatura. Wciąż powtarzam: to nie były jakieś dzikie bałkańskie plemiona, które raptownie skoczyły sobie do gardeł. Gdybyśmy mieli jakąkolwiek normalną formę parlamentaryzmu, w ten lub inny sposób prawdopodobnie dalibyśmy radę dojść do porozumienia.

 

Wydawało się jednak wówczas, iż Jugosławia, podobnie jak Związek Radziecki, będzie istnieć wiecznie. „Czuliśmy, że żyjemy w epoce wieczności”, są to pańskie słowa. W przywołanym już Pańskim tekście Wspomnienia o Jugosławii napisał pan: „Tak, żyliśmy w epoce nieśmiertelności i wieczności. Pewien zespół muzyczny zdobył wielką popularność swoją piosenką o tytule «Imię wieczności», której refren brzmiał: «Jeśli istnieje wieczność i jeśli wieczność ma imię, to jest to imię Tity»”.

Nie przypominam sobie nazwy tego zespołu, jednego z wielu w tym czasie. Lecz należy podkreślić, że wówczas, właśnie zawdzięczając świadomości tego, że Jugosławia jest wolnym krajem, znacząca część kultury otwarcie i autentycznie wspierała reżim. Znani i wybitni reżyserowie organizowali święta stadionowe, odbywały się inscenizacje obchodów Dnia Młodości[5], tzw. sztafety Tity itp. Przypominało to sceny z Korei Północnej – tłumy młodych ludzi kłaniają się wielkiemu wodzowi. Brali w tym udział bardzo znani działacze kultury, popularne zespoły. Historia ich z czasem „detronizowała”, że tak się wyrażę. Nie powinno jednak nas to dziwić, gdyż na przykład kiedy zmarł Stalin, Jewtuszenko pisał, że wiele ludzi płakało z tego powodu, nie tylko w Moskwie, ale w całym tym ogromnym kraju. Ludzie szczerze wierzyli, że ich świat upadł, i tak w rzeczywistości było z ich punktu widzenia. Nie należy zapominać, że ludzie żyli w zakłamaniu, ułudzie, co było zresztą cechą wspólną wszystkich dyktatur XX wieku. Przecież dyktatury istnieją nie tylko przy pomocy wojska lub policji, lecz również zawdzięczając to przekonaniom ludzi.

 

Był Pan jednym z nielicznych, którzy okazali solidarność również z narodem litewskim w jego walce o niezależność. Symboliczne, że właśnie 13 stycznia 1991 roku (w dniu ataku wojsk sowieckich na cywili w Wilnie) napisał pan: „Ale, mimo wszystko, nawet najgorsza demokracja jest lepsza niż jej brak. I nieskończenie lepsza od czołgów na ulicach. A czołgi są w tej chwili, gdy kończę pisanie tego tekstu, w niedzielę, 13 stycznia o godzinie 14.00, na ulicach Wilna. Litwa przeżywa los Czechosłowacji z 1968 roku“. Przypomina Pan sobie te wydarzenia?

Bardzo dobrze pamiętam. W moim otoczeniu mieliśmy takie na wpół dysydenckie grono intelektualistów i pisarzy, stowarzyszone dookoła czasopisma „Nova revija“, dużo o tym wówczas dyskutowaliśmy. Wydarzenia w Wilnie – wstrząsające. Niewielki naród, o bogatej historii i kulturze, okazał się sam w obliczu tak brutalnej agresji. Baliśmy się, że to dopiero początek, przypominam sobie te krzyże, ten ludzki łańcuch, obronę gmachu parlamentu, tę odwagę cywilną. Pamiętam to natchnienie, wynikające z tych wydarzeń, obserwowaliśmy je z wielkim wrażeniem. Osobiście znałem kilku Litwinów – Vytautasa Landsbergisa, poznałem go w emigranckim PEN klubie w USA, Tomasa Venclovę, który później gościł u nas, w Słowenii, na festiwalu poetyckim w Vilenicy. Później również odczuwaliśmy solidarność z Litwinami właśnie z powodu tych wydarzeń. To, co dzisiaj wydaje nam się jako coś zwykłego, wówczas miało zupełnie inny wymiar, ogromne znaczenie.

 

Napisał Pan wówczas: „Los Litwy jest również losem Słowenii. Europa, o której tyle mówimy na Litwie, w Słowenii i w innych małych wschodnioeuropejskich państwach, powinna wiedzieć, że jest to także jej los”. Czy dzisiaj, po upływie niemal trzydziestu lat, zgadza się pan z tym własnym oświadczeniem?

Tak, zgadzam się. Losy wszystkich małych narodów w dzisiejszej Europie są wyjątkowo powiązane ze sobą. Kiedy gdzieś w Europie zaczyna dziać się źle, zaczynają mieć miejsce próby podążania do dyktatury, ma to wpływ na nas wszystkich, rzekłbym, działa efekt domina. Wszyscy w Europie jesteśmy bardzo ze sobą powiązani również z powodu współczesnych technologii oraz szerzenia się komunikacji społecznościowych. Wszystko odbywa się w sposób wyjątkowo szybki, przykładowo, wydarzenia w Austrii kilka dni temu w tej samej chwili wstrząsnęły całą Europą i będzie to miało jakiś wpływ również na wybory[6].

Zastanawiam się jednak, czy wciąż istnieje ryzyko jakiegoś zagrożenia dla Litwy czy Słowenii? Esencja i sens Europy w obecnej postaci polega właśnie na tym, że jesteśmy obecnie – zarówno pod względem kulturowym, jak identyfikacji – bardziej bezpieczni niż kiedykolwiek wcześniej. Co prawda, borykamy się z problemami innego rodzaju, na przykład w Słowenii coraz bardziej mamy do czynienia z przenikaniem języka angielskiego we wszystkie niemal sfery życiowe, instytucje etc. Sądzę jednak, że jakoś damy sobie z tym radę, zwłaszcza porównując to do tego, czemu musieliśmy stawić czoła w ciągu całej naszej burzliwej historii...

 

Jest pan znany również jako prekursor idei Europy Środkowej – Mitteleurope. Jednak Litwa, o której również pan wspominał, wówczas była okupowana przez Związek Radziecki i w mniemaniu wielu, również w samej Europie Środkowej, ten kraj zdawał się być poza granicami tej przestrzeni ideowej. Owszem, tworząc kiedyś razem z Polską Rzeczpospolitą Obojga Narodów Litwa wniosła znaczący wkład w rozwój kultury Europy Środkowej, jednak w wieku XX świadomość tego faktu niemal zanikła. Związek Radziecki wydawał się trwać wiecznie, nawet kiedy zaczęły upadać kolejne reżimy komunistyczne. Co wówczas wiedział pan o Litwie?

Litwa przez cały czas była obecna w naszej świadomości jako kraj o mocnym poczuciu własnej tożsamości, powiedziałbym, jako kraj o silnym dążeniu ku wolności. Powiedzmy, o Estonii wiedzieliśmy dużo mniej, również o Łotwie. Litwa, możliwe właśnie zawdzięczając to wspomnianym wyraźnym więziom z Europą Środkową i tradycji katolickiej, była nam lepiej znana, bardziej zrozumiała. Jednocześnie chciałbym zaznaczyć, że idea Europy Środkowej może wyglądać dziś jako przestarzała, niewspółczesna, lecz wtedy rozmawialiśmy o wizji Europy, o tym, jaką Europa mogłabyby być w przyszłości, możliwe, że dzisiaj wciąż pragnie taką być. Idea Europy Środkowej – to opowieść o różnicach, które nie zważając na wszystko, tworzą możliwości współistnienia dla nas wszystkich. Monarchia Habsburgów, cokolwiek o niej myślimy, była przestrzenią, którą, zawdzięczając to pewnym wzajemnym wysiłkom, różne narody zamieszkiwały wspólnie. To z kolei oznacza, że ten model Europy w pewnym sensie wciąż jest aktualny i nie stracił swojego sensu.

 

Czesław Miłosz, w swoich wspomnieniach o międzywojennym Wilnie, opublikowanych w 1979 roku w paryskiej Kulturze“ napisał m.in.: dziwne miasto, miasto barokowej architektury, wśród północnych puszcz (...). Myślę, że dzisiejsza młodzież z trudem może zrozumieć status międzywojennego Wilna, kiedy tworzył swoistą enklawę: niby Polska, nie Polska, niby Litwa, lecz nie Litwa, nie prowincja, ale i nie stolica, chociaż bardziej jednak prowincja, i oczywiście Wilno, jak widzę z perspektywy, było dziwaczne, miasto pomieszanych, zachodzących na siebie stref, jak Triest albo Czerniowce”. Jak to wyglądało, patrząc z innej perspektywy, z jakby nie było innej strony żelaznej kurtyny – z Lublany lub Mariboru? Czy również użyłby Pan metafory Wilna jako północnego Triestu, miasta zajmującego przecież tak istotną pozycję w słoweńskiej mitologii narodowej?

Tak, Wilno, siłą rzeczą, było bardzo daleko, na innym końcu świata. Jednak w pewnym sensie ma Pan rację, to można pod pewnym względem określić jako Triest, który jednak dla Słoweńców pełnił wówczas rolę okna na świat. To, o czym mówi Miłosz... Kiedy byłem w Wilnie, po prostu chodziłem ulicami jego śladami, widziałem gimnazjum, w którym się uczył. Rozumiem te zagadnienia – językowe i inne, o Mickiewiczu i Mickevičiusie i tym podobne, znam na pamięć „Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” (cytuje po słoweńsku: „Litvo, domovina, ti si kako zdravlje”), werset, który został przecież wykorzystany m.in. również przez naszego Ivana Cankara[7]. Nie chciałbym przez to powiedzieć, że całkowicie ogarniam temat i znam się na wszystkim, jednak powtórzę – Litwa zawsze w jakiś sposób była w naszej świadomości i pamięci. Zarówno jak Lwów i Galicja, o której, jak z pewnością Pan wie, Joseph Roth w swojej powieści Marsz Radetzkiego napisał, że jest „północną siostrą Słowenii”. Wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani, dlatego też nasza historia jest dla nas tak ważna, nie tylko z powodu losów ludzkich – jak w moich powieściach – również dlatego, że przypomina nam o tym, że kiedyś również wiele nas łączyło, zanim czas i odległość wymazało to z naszej pamięci.

 

Upadek Jugosławii, tego „wiecznego kraju”, nastąpił bardzo szybko i przyniósł najbardziej przerażające zbrodnie przeciw ludzkości od czasów drugiej wojny światowej. Mam tu na myśli przede wszystkim wojny w Chorwacji i Bośni. Słowenia miała szczęście, za swoją wolność zapłaciła „jedynie” dziesięciodniową wojną. Ponownie, był Pan jednym z niewielu, którzy okazali zrozumienie i solidarność, biorąc udział w tzw. desancie literackim do oblężonego Sarajewa. Opisał pan to w swoim tekście Krótki raport z długo oblężonego miasta[8]. Po upływie dwudziestu trzech lat po zakończeniu wojny w Bośni wciąż wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Dlaczego ten tekst, napisany w 1994 roku, wciąż może wydawać się aktualny?

Tekst ten nie stracił na aktualności, chociażby z tego względu, że Bośnia i Hercegowina, ta część byłej Jugosławii, wciąż nie ma wyraźnej wizji przyszłości, kraj jest źle zarządzany i niewłaściwie skonstruowany. Po wojnie, na podstawie umowy pokojowej w Dayton (z 21 listopada 1995 roku – przyp. NS), został na szybko zmontowany w jedną względną całość, lecz ten model nie działa. Ten tekst pomoże czytelnikowi zrozumieć kontekst wspólnot kulturowych i ich tożsamości, pomoże zrozumieć Chorwatów i tak charakterystyczny dla nich patetyczny nacjonalizm i katolicyzm, Serbów – którzy – nie wiedzieć czemu – ciągle czują się pokrzywdzeni, Boszniaków – którzy byli zmuszeni do ukrywania swojej muzułmańskiej tożsamości. Ostatecznie należy ciągle powtarzać ludziom, że egzystują przecież również wartości wyższe: ludzkie życie, demokracja, prawo do wolności słowa.

 

Dziś może się wydawać, że ponownie wracamy do epoki niestabilności. Co niektórzy już zdążyli określić to mianem „nowej zimnej wojny”. Jest to szczególnie odczuwalne w krajach „na obrzeżu”, na przykład na Litwie. Agresja rosyjska na Ukrainie, rosnące zagrożenie populizmem w Europie i świecie, powiększająca się polaryzacja społeczna, między innymi również w Polsce – jest to codzienność, w której żyjemy. Jak to wygląda z perspektywy Słowenii, kraju, który wydaje się być z daleka od zarzewia wielkich konfliktów „spokojną oazą w cieniu Alp”?

Sądzę, że o ile nie dojdzie do jakiegoś globalnego konfliktu na większą skalę, pewne rzeczy już raczej nie powrócą. Nie mogę sobie wyobrazić, to zwyczajnie nie mieści się w głowie, żeby jakieś wojskowe jednostki rosyjskie wtargnęły na Litwę. Możliwe, że ponownie się mylę, ale widzę Europę dziś jako bezpieczne miejsce. O ile tylko nie dojdzie do rozkładu wewnętrznego (z przyczyn migracji, biurokracji brukselskiej czy innych problemów) – nie sądzę, żeby czekały na nas jakieś poważne wyzwania: ani Litwę, ani Słowenię, czy, dajmy na to, Czechy. My wciąż będziemy borykać się z rozwiązywaniem własnych problemów wynikłych z naszych okropnych wewnętrznych prowincjonalnych konfliktów politycznych. Właśnie to jest największe zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa. Uświadomienie obywateli Europy, że mamy teraz największą historyczną szansę, że jest to najlepsze, co kiedykolwiek nas spotkało w historii – mamy własne państwa, tożsamość, demokrację, całkiem dobry poziom życia – jest właśnie największą siłą Europy. Chociaż Europa nie posiada własnego wojska, jest większą siłą niż NATO. Dopóki w to wierzymy, jest to największą gwarancją naszego bezpieczeństwa.

W Rosji również dojdzie do zmian, kraj ten posiada wewnętrzny potencjał kulturowy, osobiście wątpię, że wszystko tam jest tak jednoznaczne, jak to może wyglądać. Możliwe, że to uczucie zagrożenia, które polityka rosyjska wciąż generuje i utrzymuje, kiedyś również przeminie. Doświadczenie Jugosławii również jest tu dobrym przykładem, jeśli chodzi o ciągłe poszukiwanie wyobrażalnych wrogów dookoła siebie. Jeśli tylko w jakiś – słabo wyobrażalny w tej chwili – sposób dojdzie do uregulowania stosunków Rosji i Ukrainy, nieuchronnie przejdziemy do pytania, w jaki sposób Rosja ma się rozwijać dalej. Dziś wygląda na to, że zwyczajni Rosjanie, których dobrze jednak nie znam, utożsamiają bardzo osobliwie rozumiany patriotyzm z ich doświadczeniem drugiej wojny światowej, które to, aczkolwiek niewątpliwie okropne, dla nich obecnie ma wymiar większy niż wartości demokratyczne, prawa człowieka etc. Jednak jeśli dojdzie do jakiejś normalizacji, pytaniem pozostaje, czy to społeczeństwo pozostanie takie same. Panuje przekonanie, że Rosjanie nie potrafią żyć bez dyktatury, bez cara, bez Iwana Groźnego, bez Piotra I – który de facto był nie mniej „groźny”, choć i „proeuropejsko” skierowany – a teraz również bez Stalina, Putina itp. Nie wiem, osobiście nie do końca w to wierzę. Rosja jest wielkim krajem, który posiada swoją kulturę, a czas zmian nadejdzie również tam, nic nie jest scementowane na wieki.

 

Czy Pana zdaniem intelektualiści dzisiaj wciąż są odpowiedzialni za losy Europy Środkowej? Czy ich przynależność do pewnej wspólnoty należy już raczej do przeszłości?

Cóż, czytamy się nawzajem, poznajemy się, spotykamy, jednak ta odpowiedzialność za Europę Środkową czy – w sensie bardzie ogólnym – za demokrację i za swoje narody w chwili obecnej już zanikła, to przeminęło. Wszystko opanowała banalna pragmatyczna polityka w swoim pędzie za kapitałem, w całej Europie Wschodniej miały miejsce procesy prywatyzacyjne, nazwane trafnie przez Rosjan „prychwatyzacją“, wszyscy przez to przeszliśmy... Z drugiej strony doznaliśmy uderzenia ze strony nowych technologii. Rola intelektualistów, na takim poziomie i w takiej postaci, jak Kundery, Venclovy lub Miłosza, już nie istnieje. Dzisiaj wcale nie widzę osobistości, które wzięłyby na siebie odpowiedzialność podjęcia się podobnej roli i posiadały do tego odpowiednią wagę. Powiedzmy, Michel Houellebecq we Francji ma pewne śmiałe, prowokujące pomysły, lecz nie ma odpowiednio dużej wagi społecznej, poza tym nie podejmuje się żadnej odpowiedzialności, uprawia prowokacje i tyle. Nie jest to postać poziomu, chociażby Güntera Grassa i wielu innych, którzy odeszli. W tym sensie z jednej strony mamy do czynienia z zanikiem roli intelektualistów, gdyż świat stał się bardziej rozproszony, zatomizowany, z kolei polityka ze swojej strony również nie zapewnia możliwości rozwiązania naprawdę istotnych problemów.

 

Drago Jančar (ur. 1948) – to jeden z najbardziej znanych słoweńskich pisarzy, eseista i dramaturg. Działalność literacką rozpoczął jeszcze w Jugosławii za rządów Tity, podczas studiów w Mariborze, w 1974 roku został oskarżony o „szerzenie wrogiej propagandy” oraz krótko więziony. Nie zważając na represje, kontynuował swoją działalność literacką, w latach 1987–1991 pełnił funkcję prezesa słoweńskiego PEN klubu. W 1994 roku brał udział w „desancie literackim” do oblężonego Sarajewa, w celu udzielenia moralnego wsparcia mieszkańcom miasta. Po tej podróży powstał jeden z najmocniejszych tekstów o tragedii Sarajewa – Krótki raport z długo oblężonego miasta (Kratko poročilo iz dolgo obleganega mesta“, przekład polski Joanny Pomorskiej, wydane m.in. przez Wydawnictwo Pogranicze w zbiorze Eseje pod redakcją K. Czyżewskiego, 1999). Jančar jest także znany jako powieściopisarz. Sporo jego utworów przetłumaczono na różne języki europejskie, w tym polski. Jest zaliczany do kręgu pisarzy środkowoeuropejskich, którzy pod koniec XX wieku popularyzowali ideę Europy Środkowej (Mitteleurope) jako wspólnej przestrzeni kulturowej.

28 lat temu, 25 czerwca 1991 roku Słowenia ogłosiła niepodległość. Jednostronne proklamacje niepodległości Słowenii oraz Chorwacji były krytykowane na Zachodzie, zwlekano również z ich oficjalnym uznaniem. Zachodni politycy i przywódcy długo łudzili się iluzją o konieczności zachowania jedności Jugosławii.

O Słowenii, Europie Środkowej i roli intelektualistów we współczesnej Europie rozmawialiśmy z Drago Jančarem pod koniec maja, w Lublanie w Barze Opera.

 

[1] Przekład polski Joanny Pomorskiej, Wydawnictwo Czarne, 2014.

[2] Domobrańcy – członkowie ruchu tzw. Słoweńskiej Domobrany (SD, niem. Slowenische Landeswehr, sl. Slovensko domobranstvo), kolaboracyjniej słoweńskiej formacji pomocniczej o charakterze policyjno-wojskowym, utworzonej przez Niemców po kapitulacji Włoch 24 września 1943 roku na terenie Słowenii na bazie oddziałów Ochotniczej Milicji Antykomunistycznej. W maju 1945 roku większość domobrańców opuściła Słowenię i schroniła się na terenie austriackiej części Karyntii. Jednakże uciekinierzy zostali wydani przez brytyjską administrację wojskową w ręce nowego komunistycznego rządu Jugosławii pod przywództwem Tity, gdzie zostali skazani na śmierć, a następnie rozstrzelani w lasach koło Kočevja – tzw. Kočevskiego Rogu (według szacunków około 10 tys.). Temat ten do dzisiaj budzi spore kontrowersje w słoweńskim społeczeństwie (przyp. NS).

[3] „Czarny film“ ( „Crni film“) – film dokumentalny Želimira Žilnika (premiera w 1971 roku), który powstał jako projekt socjalny, zamiarem którego było podkreślenie problemów społecznych w Jugosławii oraz niemocy reżimu w ich rozwiązywaniu. (przyp. NS)

[4] Przekład polski Joanny Pomorskiej, Eseje, Wydawnictwo Pogranicze, 1999.

[5] Dzień Młodości (Dan mladosti) – święto państwowe w Jugosławii, które obchodzono 25 maja z okazji urodzin marszałka Tito z niezwykłą pompą. Odbywały się wówczas rozmaite ceremoniały i uroczystości na cześć Tity, m.in. właśnie wspomniana sztafeta, której trasa przebiegała przez cały kraj i była nazwana imieniem marszałka. (przyp. NS)

[6] Chodzi o ujawnienie nagrania, na którym zastępca premiera Austrii Sebastiana Kurza, Heinz-Christien Strache, oferował państwowe kontrakty kobiecie, podającą się za inwestorkę z Rosji. Rzekoma inwestorka miała zakupić w zamian udziały w austriackiej gazecie „Kronen-Zeuting” i zmienić politykę redakcyjną na korzyść partii Strache‘a. (przyp. red.)

[7] Ivan Cankar (1876–1918) – słoweński pisarz, uznawany za klasyka literatury słoweńskiej, autor wielu powieści, dramatów, esejów i wierszy, przedstawiciel słoweńskiego ruchu modernistycznego. (przyp. NS)

[8] Przekład polski Joanny Pomorskiej, Eseje, Wydawnictwo Pogranicze, 1999.

 

Fot. ModriDirkac (CC BY-SA 4.0) commons.wikimedia.org


Polecamy inne artykuły autora: Drago Jančar
Powrót
Najnowsze

Kaukaz a turecka inwazja w Syrii

17.10.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Gazprom – rosyjski gigant na progu zmian

16.10.2019
Marek Budzisz
Czytaj dalej

Warszawa: Tango śmierci. Spotkanie z Jurijem Wynnyczukiem i Bohdanem Zadurą

15.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Donikąd. Podróże na skraj Rosji

14.10.2019
Michał Milczarek
Czytaj dalej

Polskie spory o pamięć. Wizyta studyjna

12.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Miejsca i duchy bułgarskiej pamięci

11.10.2019
Krzysztof Popek Sylwia Siedlecka
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu