Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Kirgistan – dacza Pana Boga
2019-10-07
Anna Głąb, Zenona Ślązak-Biegalijew

Z Zenoną Ślązak-Biegalijew, prezes Polskiego Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego „Odrodzenie" w Biszkeku (Kirgistan), rozmawia Anna Głąb

 

 

 

ANNA GŁĄB: W Polsce mało wiemy o Kirgistanie, mamy ogólny stereotyp, że jest to państwa byłego Związku Radzieckiego. Jakie powinniśmy mieć wyobrażenie o tym kraju?

ZENONA ŚLĄZAK-BIEGALIJEW: Kirgistan to przede wszystkim wysokie góry, siedmiotysięczniki. Właściwie zajmują one 90 procent terytorium. Są przepiękne, i uważam, że tak jak mówi anegdota, jest to taka „dacza Pana Boga”. Kiedy Bóg rozdawał wszystkim ziemię, Kirgiz gdzieś spał. Potem Bóg zainteresował się nim i pyta dlaczego o nic nie prosi, dlaczego nic nie dostał? Tak się stało, że Kirgiz przypadł Bogu do serca i ten oddał mu swoją daczę, którą sobie zostawił. Kirgistan to przyrodniczo rzeczywiście piękny kraj. Jest bardzo malowniczy – wysokie góry i piękne jeziora. Issyk Kul to największe jezioro, ale jest mnóstwo innych położonych wśród gór – Son Kul, Czatyr Kul. Dociera tam turystyka wędrowna, jeśli ktoś szuka jeszcze dziewiczych miejsc, to tam je znajdzie.

Gdy się jedzie przez Kirgistan co piętnaście minut zmienia się krajobraz. Te góry są to czerwone, to szare, to piaskowe, potem skaliste lub zalesione. Bardzo lubię Kirgistan a mało osób wie o tym kraju.

 

Jak trafiła Pani do Kirgistanu?

Studiowałam w konserwatorium w Moskwie, gdzie poznałam swojego męża, również muzyka. Byliśmy unikalnym małżeństwem – Kirgiz i Europejka, w tamtym czasie było to trochę dziwnym zjawiskiem. Teraz takich mieszanych małżeństw jest więcej. W 1989 roku wyjechałam z mężem do Kirgistanu, wtedy był to jeszcze Związek Radziecki. Mieszkaliśmy tam dwa lata i wyjechaliśmy do Niemiec, gdzie mąż dostał stypendium. A gdy wróciliśmy, to Związku Radzieckiego już nie było. Mój mąż miał idée fixe, chciał założyć konserwatorium, a gdy się coś zakłada bierze się za to odpowiedzialność. Dzisiaj to „dziecko” ma już dwadzieścia pięć lat. Drugie nasze dziecko – córka, ma dwadzieścia lat.

Mąż urodził się w wiosce wysoko w górach, trzy tysiące metrów n.p.m. Rodzice wcale nie chcieli, żeby się dalej kształcił, więc on po prostu uciekł z tej wioski do miasta. Muzyka w nim żyła zawsze, dlatego potem starał się dostać do Moskwy. Byli ludzie, którzy widzieli jego zapał i mu pomogli. Kiedy pojechał do Moskwy zdawać egzaminy, sam Aram Chaczaturian dał mu dużo takiej wiary w siebie. Myślałam, że nasze życie będzie się toczyć gdzieś na neutralnym gruncie, na przykład w Niemczech. Tam już go znali, szanowali, wykonywali jego utwory. Mówiłam, że będzie mógł tam pisać, pracować, będzie mieć lepsze warunki niż w rozpadającym się Kirgistanie, i że wszędzie będą grać jego muzykę. Odpowiedział mi wtedy, że „tak, wszędzie będą grać moją muzykę, tylko nie w Kirgistanie”, bo tam nie będzie ani muzyków, ani muzyki. I tym mnie też tak trochę przekupił. Dzięki temu rzeczywiście jest baza ludzka, bo wykształciliśmy młodych wykonawców, instrumentalistów i śpiewaków.

 

Jak wyglądało budowanie instytucji polonijnej, jak to się kształtowało na początku lat dziewięćdziesiątych?

W Związku Radzieckim był jeden naród – radziecki i każdy się jakoś do tego przyzwyczaił. Dopiero gdy to wszystko się rozpadło, ludzie zaczęli się zastanawiać – właściwie to kim ja jestem? Przez długi czas nie spotykałam ludzi, którzy czuli się Polakami. Polacy też nigdy nie byli zsyłani do Kirgistanu i jest ich tam mało. Docierali tam dopiero ci zesłańcy, którzy w latach sześćdziesiątych mogli się przemieszczać z Kazachstanu. Przyjeżdżali z uwagi na lepsze warunki i lepszy klimat. Pierwsze oznaki formowania się polonijnej wspólnoty miały miejsce w 1993 roku, a oficjalnie „Odrodzenie” powstało w 1998 roku. Ponieważ o mnie dużo pisano w różnych gazetach – o Polce, która przyjechała do Kirgistanu itd., zgłosiły się do mnie dwie osoby z polskimi korzeniami, właśnie z rodzin zesłańców. Wcześniej zaczęły się wyodrębniać stowarzyszenia Uzbeków, Ujgurów, Ukraińców i powstała piękna inicjatywa – Zgromadzenie Narodów Kirgistanu – organizacja zrzeszająca różne mniejszości narodowe. W tej chwili zrzeszonych w niej jest około trzydzieści mniejszości, ale w ogóle narodowości, które mieszkają w Kirgistanie jest ponad osiemdziesiąt.

 

Jak obecnie wygląda Polonia w Kirgistanie?

Polonia jest nieduża. W naszym stowarzyszeniu jest około dwieście pięćdziesiąt osób. Według danych statystycznych Polaków jest około półtora tysiąca, ale jest to spis ludności z 1999 roku. Sytuacja od tamtej pory się zmieniła. Część osób już zmarła. Na szczęście udało nam się jeszcze spisać losy tych zesłanych do Kazachstanu, ale mieszkających w Kirgistanie. Wydaliśmy też książkę o losach Polaków w Kirgistanie. Dlaczego nazwaliśmy się „Odrodzenie”? Bo tak naprawdę trzeba było zaczynać od początku, mówić czym są święta Bożego Narodzenia, co to jest Wigilia. Religijnych osób nie było dużo, szczególnie w średnim pokoleniu. Starsze babcie owszem, mogły nie mówić i nie rozumieć po polsku, ale pamiętały modlitwy wyuczone przez matkę jeszcze w dzieciństwie. Wciąż pojawiają się też nowe osoby, bo tak naprawdę wiele osób utraciło język i tożsamość.

 

Jak Polonia działa w Kirgistanie?

Jeśli chodzi o działalność, to jest ona prężna i nie mamy się czego wstydzić. W zeszłym roku obchodziliśmy dwudziestolecie. Od 2001 roku mamy swoje audycje w radio – po polsku i po rosyjsku, a raz w miesiącu po polsku i po kirgisku. Od 2003 roku wydajemy czasopismo, kwartalnik „Polonus”, w tej chwili wyszedł pięćdziesiąty szósty numer. Organizujemy wiele imprez kulturalnych. Ponieważ jestem też związana z muzyką, najczęściej są to koncerty. Staramy się kogoś zaprosić, jak tylko jest taka możliwość, a jeśli nie ma możliwości – to zorganizować coś we własnym zakresie. Mamy też nauczanie języka polskiego. Od 2003 roku przyjeżdża do nas nauczyciel delegowany przez ORPEG (Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą – przyp. aut.). Dajemy ludziom możliwość zapoznania się z historią, językiem, tradycjami, obrzędami. Przychodzi do nas dużo osób nie związanych z Polonią, nie mających polskich korzeni, które chcą się uczyć języka polskiego, gdzieś się z nami zetknęły i chcą się z nami spotykać.

 

Co w polskiej kulturze najbardziej przyciąga mieszkańców Kirgistanu?

Powiedziałabym, że „egzotyka”, chociaż nie jest to za bardzo egzotyczne, bo każdy z narodów, który tam mieszka, jest „egzotyczny”. Mamy wspólne święta, jak Nouruz – święto wiosny czy początek roku po kirgisku, 21 marca. Wtedy wszystkie narodowości wychodzą w swoich kostiumach, przygotowują swoje smakołyki. Każdy naród jest ciekawy, ma swoją indywidualną kulturę. Myślę, że dla Kirgizów Polska jest teraz takim krajem, który daje dobre wykształcenie w dość dostępnej cenie. Zainteresowanie jest także z polskiej strony – do Kirgistanu przyjeżdżały polskie uniwersytety i prezentowały swoją ofertę, by ściągnąć studentów.

 

Zenona Ślązak-Biegalijew – muzyk, prezes Polskiego Stowarzyszenia Kulturalno-Oświatowego „Odrodzenie" w Biszkeku, stolicy Kirgistanu. Mąż – Muratbek Biegalijew – jest kompozytorem, założycielem i rektorem Kirgiskiego Narodowego Konserwatorium.

 

Fot. Prywatne archiwum Zenony Ślązak-Biegalijew


Polecamy inne artykuły autora: Anna Głąb
Powrót
Najnowsze

Kaukaz a turecka inwazja w Syrii

17.10.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Gazprom – rosyjski gigant na progu zmian

16.10.2019
Marek Budzisz
Czytaj dalej

Warszawa: Tango śmierci. Spotkanie z Jurijem Wynnyczukiem i Bohdanem Zadurą

15.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Donikąd. Podróże na skraj Rosji

14.10.2019
Michał Milczarek
Czytaj dalej

Polskie spory o pamięć. Wizyta studyjna

12.10.2019
NEW
Czytaj dalej

Miejsca i duchy bułgarskiej pamięci

11.10.2019
Krzysztof Popek Sylwia Siedlecka
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu