Ta strona używa ciasteczek, dowiedz się więcejOK
Przekleństwo cara Iwana
2019-12-03
Maciej Jastrzębski

Historie starych miast pełne są tajemnic i duchów. A Moskwa jest bardzo stara i na każdej ulicy mieszka tam jakieś licho. Wsłuchując się w szmer wody i zawodzenie wiatru, można usłyszeć opowieści o minionych czasach, gdy włodarze moskiewskiego tronu, chcąc zapewnić sobie potęgę i nieśmiertelność, gotowi byli związać się z nieczystymi siłami. Niektórzy, ściszając głos, powiadają, że i współcześnie na Kremlu chętnie nadstawia się ucha, gdy ktoś szepcze o magicznych księgach, wojennych machinach, podróżach w czasie i portalach do innych wymiarów. Tropem jednej z takich historii podążają Julia, młoda doktorantka wydziału historii literatury rosyjskiej, i Aleksander, dziennikarz telewizyjny, a o ich przygodach opowiada nam Maciej Jastrzębski, mieszkający od lat w stolicy Rosji dziennikarz Polskiego Radia. Już dzisiaj swoją premierę ma książka Przekleństwo cara Iwana­ ­– zachęcamy do lektury fragmentu.

 

— Oddajcie nam wolne wybory! — krzyczał młody mężczyzna.

— Oddajcie wybory… — powtarzali stojący obok.

Ktoś podał mu biało-niebiesko-czerwoną flagę, ktoś inny pomógł wspiąć się na cokół pomnika Aleksandra Puszkina.

— Rosja będzie wolna! — zawołał, patrząc z góry na gęstniejący tłum.

— Rosja będzie wolna!! — odpowiedzieli obserwujący go ludzie.

— Rossija, Rossija… — zaczęli skandować, tupiąc i klaszcząc.

Tego dnia na placu Puszkina i przyległym bulwarze Strastnom zebrało się ponad piętnaście tysięcy zwolenników opozycji. Przyszli, ponieważ byli przekonani, że wybory prezydenckie zostały sfałszowane, a człowiek, który zaledwie cztery dni temu objął najwyższy urząd w państwie, przyłożył do tego rękę.

— Nie ma zgody na dyktaturę — tłumaczyli w rozmowach z dziennikarzami. — Przeżyliśmy już jeden carat, drugiego nie chcemy — dodawali.

Opowiadali o cenzurze, zakazie organizowania zgromadzeń, korupcji i wszechobecnej propagandzie sukcesu.

Kilka metrów dalej stał policyjny kordon. Funkcjonariusze w kaskach, z pałkami i tarczami spoglądali na swoich dowódców, gotowi w mgnieniu oka rozdeptać ciężkimi butami tłum niepokornych. Jednak rozkazu nie było, bo dowódcy nie mogli się skontaktować ze swoimi przełożonymi, ponieważ ci czekali na decyzję ministra, a minister nie wiedział, co ma robić, bo nie mógł się dodzwonić do prezydenta. Dwa dni po zaprzysiężeniu najwyższy dowódca opuścił gabinet i od tamtej pory nikt go nie widział. Zgodnie z instrukcją bezpieczeństwa powinna mu towarzyszyć ochrona oraz oficerowie łącznikowi, ale funkcjonariusze pełniący tego dnia dyżur nie zostali powiadomieni, że szef wychodzi za mury Kremla. Najbliżsi współpracownicy prezydenta zameldowali o zaistniałej sytuacji drugiej osobie w państwie, czyli premierowi, a ten zadzwonił do przewodniczącego Dumy Państwowej. Sprawa nie miała nabrać rozgłosu, ale ktoś puścił farbę i po kilku godzinach internet huczał od plotek. Prokremlowscy dziennikarze przekonywali, że prezydentowi też się należy odpoczynek, więc pojechał na ryby, blogerzy sugerowali wypad do spa, plotkarskie portale pisały o zielonookiej blondynce, natomiast eksperci od spisków snuli teorie o porwaniach, klonach i kosmitach.

Tymczasem na placu Puszkina tłum poczynał sobie coraz odważniej. Młodzi ludzie spalili kukłę prezydenta, zaprawieni w bojach opozycyjni politycy wybierali gabinet cieni, a zwykli chuligani obrzucali policjantów przekleństwami. Funkcjonariusze cierpliwie znosili obelgi, licząc, że wkrótce padnie rozkaz i pokażą wesołej gromadce, gdzie raki zimują.

Stojący po drugiej stronie ulicy dwaj mężczyźni z zaciekawieniem przyglądali się tłumowi. Ukryci w cieniu drzew żywo rozprawiali o wydarzeniach na placu Puszkina i o tajemniczym zniknięciu prezydenta.

— Czy to już początek końca? — pytał młodszy.

Stał wyprostowany z rękami w kieszeniach czarnych spodni, które kontrastowały ze śnieżnobiałą koszulą. Jego gładko ogolona twarz nie wyrażała żadnych emocji, jakby wszystko, co się wokół działo, było grą, a ludzie pionkami poruszanymi ręką gracza.

— Koniec oznaczałby chaos, a tego nie życzę nawet najgorszemu wrogowi — odparł starszy, poprawiając niebieską muchę idealnie pasującą do jasnego, odrobinę staroświeckiego garnituru.

— Chcesz powiedzieć, że nie znasz scenariusza? — Młodszy mężczyzna był wyraźnie zdziwiony.

— Scenariusz? — Jego towarzysz podniósł głos. — Nie ma żadnego — dodał już nieco ciszej.

— Czyż właśnie brak scenariusza nie prowadzi do chaosu? — drążył młodszy.

— Możliwe. — Starszy skinął głową i ponownie poprawił muchę. — Oni nie potrzebują scenariusza, życie nie potrzebuje scenariusza — ciągnął, wskazując głową na rozwrzeszczany tłum. — Każda próba narzucenia rozwiązania kończyła się wojną albo rewolucją. Wychwalamy demokrację, a chcemy postępować jak dyktatorzy. W dyktaturze tyrani wymyślają instrukcje obsługi człowieka, a w demokracji każdy pisze swoją historię i dopiero z ich sumy powstaje wspólny scenariusz. Czyżbyś zapomniał, że chaos jest początkiem harmonii? — dorzucił, z uśmiechem spoglądając na młodszego towarzysza.

Ten jednak nie odpowiedział, zajęty przypalaniem papierosa.

— Zawsze robią na mnie wrażenie kobiety z wyraźnie zaznaczonymi siekaczami — zmienił temat, odprowadzając wzrokiem długonogą brunetkę. — Jest w ich uśmiechu coś takiego, że czuję ukłucie w sercu.

— Być może wcale nie pochodzimy od małp, ale od jakichś gryzoni — zażartował starszy.

— Jestem skłonny się zgodzić, pod warunkiem że masz na myśli króliczki — odparł z ironią młodszy.

— Króliki nie są gryzoniami — zauważył starszy.

Najwyraźniej byli już znużeni obserwowaniem hałaśliwego tłumu i ledwie panujących nad sobą policjantów, bo ruszyli Twerską w stronę placu Maneżowego. Po drodze minęli grupkę zdziwaczałych zwolenników dyktatury, wymachujących pomarańczowo- czarnymi flagami, i weteranów wojsk desantowych, demonstrujących muskularne torsy upchnięte w prążkowane biało-niebieskie koszulki. Na wysokości hotelu Ritz-Carlton Moscow drogę blokowały radiowozy. Dalej policjanci pozwalali przejść tylko osobom ze specjalnymi przepustkami. Nie wiadomo dlaczego, ale na obu mężczyzn nikt nie zwrócił uwagi, nie wylegitymował ich, nawet nie zapytał, kim są i dokąd idą. Lawirując między metalowymi barierkami, dotarli do Ochotnego Riadu. Przeszli podziemnym tunelem na drugą stronę ulicy, minęli siedzącego na koniu spiżowego marszałka Żukowa i weszli do Ogrodów Aleksandrowskich. Z dala od zgiełku ulicy, jedynie w towarzystwie ptaków i gwardzistów strzegących Grobu Nieznanego Żołnierza, szli wąską alejką, rozkoszując się zapachem kwiatów.

— Co teraz będzie? — Mężczyzna w czarnych spodniach i białej koszuli wrócił do przerwanej rozmowy.

— Czas pokaże — odparł jego towarzysz.

— Nie mamy czasu — zauważył młodszy z mężczyzn.

— Mamy tyle, ile potrzeba — uspokajał starszy.

Przystanął na środku alejki i nie przestając gładzić siwej brody, odwrócił głowę do kolegi, mierząc go badawczym spojrzeniem.

— Winston Churchill mawiał, że prawdziwy dyplomata dwa razy się zastanowi, zanim nic nie powie. Podobnie jest z nami: lepiej się uzbroić w cierpliwość i zostawić sprawy własnemu biegowi, niż działać pod wpływem emocji i wszystko zepsuć — wyrecytował.

— A co z kuciem żelaza, póki gorące? — Młodszy nie dawał za wygraną.

— W ten sposób możesz produkować gwoździe, a nam chodzi o miecz z hartowanej stali — odparł siwobrody. — Zresztą nie zapominajmy, że wszystko na tym świecie ma swój czas — skwitował i ruszył w dół parkowej alejki.

— Wasylu Jakowlewiczu, nic z tego nie rozumiem. Czyżbyśmy mieli pozwolić temu szaleńcowi na rozpętanie kolejnej wojny? — Mężczyzna w białej koszuli i czarnych spodniach wskazał głową mury Kremla.

— Boże broń — zaprzeczył stary.

— Więc? — dopytywał młodszy.

— Pomożemy mu zapomnieć — rzucił mężczyzna nazwany Wasylem Jakowlewiczem. — Nie będziemy stosować metod, które potępiamy. Rewolucje, wojny domowe, zamachy czy polityczne mordy zawsze prowadziły do jeszcze większych nieszczęść — mówił cichym, ale stanowczym głosem. — Ci, co go uwielbiają, niech myślą, że pojechał na ryby, a ci, którzy go nienawidzą, niech snują spiskowe teorie. My zrobimy swoje. Bez świadków, po cichu, tak aby nawet on tego nie zauważył. Ludzie najpierw muszą dojrzeć do zmian, aby później mogli napisać swoją historię. W przeciwnym razie wciąż będą powtarzali te same błędy — stwierdził tonem kogoś, kto zgłębił mechanizmy społecznej świadomości.

Ponownie przystanął, ujął młodszego towarzysza za ramię i patrząc mu głęboko w oczy, dodał:

— Najważniejsze, żeby klucz do nieograniczonej wiedzy pozostał w ukryciu, dopóki nie nadejdzie odpowiedni czas.

W tym momencie poryw wiatru cisnął im pod nogi kolorową ulotkę reklamującą biuro podróży. Na pierwszej stronie widniała fotografia soboru Wasyla Błogosławionego. Młodszy mężczyzna schylił się, podniósł zabłoconą kartkę i zaczął czytać:

— „Legenda głosi, że w moskiewskiej świątyni pod wezwaniem Opieki Matki Bożej, znanej jako sobór Wasyla Błogosławionego, mieszka stary mnich, który ma klucze do wszystkich wrót, nawet tych ukrytych przed ludzkim wzrokiem…”. — Przerwał, spojrzał na starszego towarzysza i obaj wybuchnęli śmiechem.

 

Premiera 12 listopada

Więcej


Polecamy inne artykuły autora: Maciej Jastrzębski
Powrót
Najnowsze

Energia na Wschód. Polskie plany i ukraińska rzeczywistość

12.12.2019
Wojciech Jakóbik
Czytaj dalej

Szczyt potrzebny jego uczestnikom

10.12.2019
Andrzej Szeptycki
Czytaj dalej

Armenia: Serż Sarkisjan trafi do aresztu?

09.12.2019
Mateusz Kubiak
Czytaj dalej

Koń trojański? Zwrócenie ukraińskich okrętów

09.12.2019
Marek Bogdan Kozubel
Czytaj dalej

Macron i Europa Środkowa, czyli samotność liberałów

05.12.2019
Piotr Oleksy
Czytaj dalej

Rumunia. Wybory, których ostateczny wynik poznamy za rok

04.12.2019
Michał Torz
Czytaj dalej

copyrights © 2010-2017 by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu