Koncepcja prowadzenia polityki wschodniej według zasad „Kultury” wydaje się bardziej moralna, humanistyczna i wzbogacająca nasze społeczeństwo niż uprawianie Realpolitik polegającej na pogłębianiu polskiej modernizacji i odwróceniu się plecami od sąsiadów na Wschodzie.
Gdzie i kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z paryską „Kulturą”? Musiała to być druga połowa lat osiemdziesiątych. Byłem wtedy nastolatkiem. Moja mama przywiozła z Paryża „Kulturę” oraz kilka wydanych przez Instytut Literacki książek. Dzięki lekturze Początku Andrzeja Szczypiorskiego poznałem znaczenie słowa szmalcownik. Było też w tej paczce coś o 17 września 1939 roku, radzieckich wywózkach na Syberię, Katyniu oraz teksty piosenek Jacka Kaczmarskiego. Język książek wydawanych przez „Kulturę” – czy to z cyklu Zeszytów Historycznych, czy Biblioteki „Kultury” – był zupełnie inny niż szkolnych podręczników. Zachwycał też lepszy papier i charakterystyczna okładka w szorstką kratkę z wytłoczonym tytułem. Dziś brzmi to może śmiesznie, ale dla ówczesnego dwunastolatka obcowanie z książkami „Kultury” było jak dotykanie zakazanego owocu. Czytałem je ze świadomością, że w miarę moich skromnych możliwości wyrażam w ten sposób sprzeciw wobec sytuacji panującej w Polsce. Samo pismo – przyznam ze wstydem – nie zrobiło na mnie wtedy wrażenia. Pewnie go nie zrozumiałem i nie pamiętam, co w nim było.
Wziąć i wcielić w życie
Regularnie zacząłem czytać „Kulturę” na początku lat dziewięćdziesiątych. Równolegle kiełkowało moje zainteresowanie Wschodem, w pierwszej kolejności rzucałem się więc na teksty o Ukrainie, Litwie, Białorusi, Rosji. Moim abecadłem była przede wszystkim „Kronika Ukraińska” Bohdana Osadczuka i korespondencje z Rosji Mariusza Wilka. Odrabiałem też lekcję z przeszłości, by poznać najważniejsze teksty na tematy sprzed lat. Dopiero wtedy zrozumiałem znaczenie myśli Jerzego Giedroycia i „Kultury” dla polskiej polityki lat dziewięćdziesiątych. Była to gotowa matryca stosunków z krajami powstałymi na ruinach Związku Radzieckiego, wystarczyło ją tylko wziąć i wcielić w życie. Nie wiem, jak potoczyłaby się historia, gdyby nie wizja „Kultury”, zakładająca podmiotowe podejście do sąsiadów na Wschodzie, wsparcie dla ich starań – najpierw o uzyskanie, potem o umocnienie niepodległości – oraz dążeń do budowy własnej tożsamości, wzmocnienia pozycji języków narodowych, kultury, wizji historii.
Dziś coraz częściej słychać głosy, że czas odejść od „doktryny Giedroycia”, że staje się ona archaiczna i nieaktualna, bo Polska jest już w NATO i Unii Europejskiej, że realnym gwarantem naszego bezpieczeństwa jest Artykuł 5. Traktatu Waszyngtońskiego, a nie bliski sojusz z sąsiadami na Wschodzie. W innej odsłonie najważniejszym wyzwaniem dla Polski jest dziś kontynuacja rozpoczętej dwadzieścia lat temu modernizacji, możliwa jedynie poprzez zacieśnienie stosunków z UE, pogłębianie integracji, współpracę z takimi partnerami jak Niemcy i Francja, natomiast utrzymywanie ożywionych stosunków z krajami poradzieckimi pozostającymi na marginesie tych procesów czy wciąganie ich na siłę do eurointegracji jest z punktu widzenia modernizacji Polski bezproduktywne.
Tym bardziej że sukces tych wysiłków wydaje się mocno wątpliwy. Tak mniej więcej myślą i mówią osoby chcące schować Giedroycia do lamusa. Dla mnie ich argumenty są nieprzekonujące. Giedroyć głęboko przeanalizował słabości polskiej polityki przed 1939 rokiem. Jedną z najważniejszych było niezauważanie aspiracji narodów zamieszkujących II RP, przede wszystkim Ukraińców, stanowiących 20 procent ludności kraju. Giedroyć uważał, że bez kompromisowego i trwałego rozwiązania kwestii ukraińskiej Polska nigdy nie będzie stabilna. Po wojnie sytuacja się zmieniła. Problem mniejszości przestał być aktualny, zmieniły się granice, Polska stała się krajem praktycznie pozbawionym mniejszości narodowych, ale Giedroyć czuł, że nie wystarczy dawnych urazów i krzywd zamieść pod dywan. Potrzebne jest realne porozumienie między Polakami a Ukraińcami, Litwinami, Białorusinami i demokratycznie nastawioną częścią Rosjan, tym bardziej że każdy z tych narodów żyje dziś wreszcie we własnym kraju i każdy – często po raz pierwszy w historii – może być kowalem własnego losu.
Pokusa dawnych błędów
W czasach komunistycznych i na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku współpraca Polski i państw ULB miała kontekst geopolityczny. Najpierw chodziło przede wszystkim o osłabienie czy nawet rozbicie imperium. Po 1991 roku na pierwszy plan wysunęła się sprawa bezpieczeństwa w naszym regionie, trwałego powstrzymania odrodzenia się ambicji imperialnych w Rosji. Dziś ten aspekt – z punktu widzenia Polski – rzeczywiście może wydawać się mniej ważny, ale moralny sens idei Giedroycia nie stracił znaczenia.
Jeśli jego dorobek schowa się do lamusa, Polsce zagrozi pokusa popełnienia dawnych błędów wobec naszych sąsiadów na Wschodzie, pokusa kształtowania polityki wobec nich na zasadzie wywyższania się, narzucania im pewnych rozwiązań, przyjęcia pewnej wizji świata. Siłą Polski przez ostatnie dwadzieścia lat było to, że popierała na przykład Ukrainę, nie oczekując nic w zamian, zupełnie inaczej niż Rosja, nieukrywająca swoich ambicji zwiększenia nad Dnieprem wpływów politycznych, gospodarczych, kulturalnych. Efekt jest taki, że dziś w sondażach Ukraińcy wymieniają Polskę jako kraj najbardziej im przyjazny, a Rosję jako największe zagrożenie. To chyba najlepszy dowód, że soft power w stylu Giedroycia jest bardziej skuteczna od brutalnego nacisku a la Putin.
Oczywiście frustrujące bywa to, że ukraińska elita działa czasem wbrew nastrojom społecznym, pokornie zabiegając o rożne sprawy w Moskwie i równocześnie uważając, że o polskie poparcie nie ma się co starać, bo jest ono oczywiste. Ale postawa ta przypomina zachowanie polskich polityków wobec Niemiec. Nie ma w Europie kraju, który więcej zainwestowałby w Polskę w ciągu ostatnich dwudziestu lat niż Niemcy. Nie chodzi mi o bezpośrednie inwestycje gospodarcze, bo w nich przoduje Francja, ale o kapitał polityczny, pomoc strukturalną, poparcie na rzecz członkostwa Polski w NATO i Unii Europejskiej. Mimo to polscy politycy wcale nie zachowują się wobec Niemiec jak potulne owieczki. Wręcz przeciwnie, często zaskakują samowolnymi zachowaniami czy pomysłami politycznymi, jak choćby poparcie amerykańskiego ataku na Irak. Na tej samej zasadzie proponuję wyleczyć się ze złudzenia, że im bardziej będziemy popierać Ukrainę, tym bardziej będzie ona postępować zgodnie z naszymi oczekiwaniami.
Dziś sytuacja w świecie – także w naszej części Europy – ulega zmianie. Europa Wschodnia przesuwa się na margines zainteresowań USA. Na pierwszy plan wysuwają się problemy globalne, których nie rozwiąże się bez wsparcia Rosji czy Chin. Przed podobnym wyborem stoi NATO, liczące na rosyjską pomoc, by skuteczniej prowadzić wojnę w Afganistanie. W dodatku z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii czy Gruzji nie nadchodzą wystarczające sygnały zachęcające zachodnich partnerów do większego zaangażowania.
W pewnym sensie sytuacja jest więc patowa. Paradoksalnie może ją rozwiązać brak umiejętności samoograniczenia i kooperacji ze strony Rosji, która otrzymała od prezydenta Baracka Obamy zaproszenie do współpracy, ale coraz wyraźniej widać, że nie potrafi go wykorzystać. Rosja nie jest w stanie zająć zdecydowanego stanowiska wobec Iranu, a odpowiedzią na wycofanie się przez Waszyngton z projektu tarczy antyrakietowej George’a W. Busha było demonstracyjne naruszenie we wrześniu ubiegłego roku przestrzeni powietrznej państw bałtyckich przez rosyjski samolot oraz białorusko-rosyjskie manewry wojskowe w pobliżu granicy z Polską.
Próba współpracy z Rosją
W odróżnieniu od większości polskich analityków uważam, że Rosja nie jest i nie będzie dla Polski realnym zagrożeniem. Politycy w Moskwie doskonale zdają sobie sprawę z granic, do których mogą się posunąć. Mimo pomrukiwań i ostrej retoryki, konflikt Moskwy z NATO jest nierealny. Rosja go nie chce, bo zna swoją siłę, a raczej słabość. Także obawy o możliwości powtórzenia wariantu gruzińskiego na Ukrainie są przesadzone. Rosjanie doskonale wiedzą, że Ukraina to nie Gruzja, ma lepszą armię i lepiej zorganizowane społeczeństwo – mimo że pozornie podobne do rosyjskiego, to jednak gotowe bronić ojczyzny przed rozpadem. Trudno także wyobrazić sobie przyczynę takiego konfliktu. Sytuacja na Krymie jest dużo bardziej stabilna niż w Abchazji czy Osetii Południowej. Ukraina nie popełniła wobec Krymu takich błędów jak Gruzja na początku lat dziewięćdziesiątych wobec swoich zbuntowanych prowincji. Krymskie elity wydają się zadowolone ze status quo.
Jakikolwiek wariant siłowy byłby fatalny dla biznesu turystycznego, z którego żyje półwysep. Powrót pewnych obaw wywołanych zachowaniem Rosji może być jednak dobrym impulsem, by to nie Giedroycia wyrzucać na śmietnik, ale z większą podejrzliwością przyjrzeć się radom osób lekceważących dorobek „Kultury”.
Nawet jeśli odrzucimy kontekst geopolityczny, to koncepcja prowadzenia polityki wschodniej według zasad „Kultury” wydaje mi się bardziej moralna, humanistyczna i wzbogacająca nasze społeczeństwo niż uprawianie Realpolitik polegającej na pogłębianiu polskiej modernizacji i odwróceniu się plecami od sąsiadów na Wschodzie. Jest w koncepcjach „Kultury” sporo idealizmu, który czasem wydaje się trudny do przełknięcia, a nawet wewnętrznie sprzeczny, ale w gruncie rzeczy jest zgodny z istotą polskiego położenia na Wschodzie. Oprócz współpracy z krajami ULB, wizja „Kultury” zakłada także próbę współpracy z Rosją, co w Polsce jest często przemilczane. Paradoks polskiej polityki wschodniej polega na tym, by nie używać proukraińskiej czy progruzińskiej retoryki jako bata na Rosję, a zarazem, by załatwiając trudne sprawy z Rosją, nie zmniejszać aktywności na Ukrainie, Białorusi, w Mołdawii czy Gruzji. Ktoś powie, że sam sobie przeczę. Odpowiem, że dyplomacja jest sztuką. Polskiej polityce wschodniej nie potrzeba sprawnych rzemieślników, ale wirtuozów z polotem i wizją, którzy będą w stanie poprowadzić i rozwinąć trudną partyturę, zaledwie naszkicowaną przez Jerzego Giedroycia.
____________________________________________________
Marcin Wojciechowski (ur. 1975) jest publicystą „Gazety Wyborczej”. Pisze o sprawach zagranicznych, zwłaszcza wschodnich. Był korespondentem na Ukrainie i w Rosji. Jest autorem książki Pomarańczowy Majdan oraz redaktorem tomu Wołyń 1943-2008. Pojednanie. Stały współpracownik „Nowej Europy Wschodniej”.